Zenon Nocoń (ur. 2 sierpien 1923-zm.1992), polski aktor. W latach 1980-1992 mieszkał w Rucewie k. Jerzwałdu.
Kupił stary dom (dworek) po Gotowcu.
Zenon Nocoń był barwną postacią i warto go wspomnieć czasami. Choć nie zapisał się złotymi zgłoskami w polskiej kinematografii czy też teatrze, był człowiekiem niezwykłym. Żył w czasach niezbyt przychylnych ludziom dobrej woli, którzy mimo swych wad i czasami złych nawyków, potrafił przytulić, może czasem także ochronić dobrych ludzi.
Wiem, że wiele takich osób odwiedzało go wtedy w Rucewie.
Pierwszą żoną Noconia była Halina Winiarska, znana aktorka teatralna i filmowa z Gdańska. Mieli syna Krzysztofa, który przyjął nazwisko swojego ojczyma Jerzego Kiszkisa, aktora.
Jego drugi syn z drugiego małżeństwa miał na imię Wojciech, przyjeżdża czasami do Jezwałdu jako, że Beaty ojciec przyjaźnił się z Zenonem, który zmarł wiosną 1992 roku w morąskim szpitalu na raka krtani. Beata z ojcem byli na pogrzebie aktora na śląsku.
Poniżej fotografia przed jego domem w Rucewie k. Jerzwałdu z roku 1980 przedstawiająca aktora z zaprzyjaźnioną z nim dziennikarką Barbarą Szumską, która również mieszkała w Jerzwałdzie w latach 1978-85 ( to ona swój dom odsprzedała Michałowi Nałęckiemu).
Niestety dom Noconia, w stylu dworku pruskiego już nie istnieje (spalił się). Obecnie znajdują się tam nowe zabudowania, w których mieszkają bezdomni.
To były wizyty mocno zakrapiane alkoholem, takie były czasy, alkohol był najważniejszy."
Krzysiek swojemu ojcu podarował dwa motorowery marki Honda .. ( to był Hit w tamtych czasach)."
Strasznie nie lubił pijaństwa. Często wytykał Zenkowi ze jest alkoholikiem. Z. Nocoń w ogóle nie zważał na jego opinię"
Miał gości z warszawy siedzieli w kuchni , a on swoim motorowerkiem przez kuchnię jedzie do garażu . To było śmieszne..."
A druga, czerwona chyba dostała się w ręce p. Puszkarskiego"
LATA PATYKIEM PISANE
Z jednej strony jest alkoholizm, alkohol wypełniający Polskę po brzegi i codziennie miliony pijących. Z drugiej – dobra wola i skromne środki materialne. A także Pan Nocoń. Zenon Nocoń, aktor, robi dobrą robotę.
Od ośmiu lat przemierza kraj – samolotem i koleją, samochodem i konnym wozem. Z początku woził z sobą stołki barowe i stosował podkład muzyczny, potem stopniowo pozbywał się rekwizytów, trochę z racji kłopotów transportowych a głównie – w wyniku przemyśleń i doświadczeń artystycznych. Teraz wystarcza mu odrapane krzesło i – słowo. Siada więc na owym krześle i mówi do ludzi swym głębokim barytonem. Zaczyna tak:
- „Alkoholizm…
Alkoholizm nie rodzi się pod pamiętną datą pierwszego pijaństwa i w zasadzie nie ma potrzeby dociekania kiedy i dlaczego wypiłem pierwszą wódkę. Dziesięć lat piłem jak człowiek, potem żłopałem jak … świnia. Te pierwsze dziesięć lat absolutnie nie zapowiadały nałogowego finału”.
Niedługo Pan Zenon będzie obchodził jubileusz, zbliża się tysięczne przedstawienie jego monodramu „Lata Patykiem Pisane”, opartego na głośnej książce autobiograficznej Zdzisława Korczaka. Teraz odpoczywa przed nowym sezonem w swym domu na Mazurach i rąbie drzewo na zimę. Pada deszcz, wieje wiatr, ostatni turyści uciekają do domów pozostawiając po sobie ślady ognisk i puste półlitrówki. Pan Zenon rąbie i nachodzą go jubileuszowe refleksje, to znaczy powraca myślami do początków swej przygody z monodramem, którą można także nazwać misją. Któregoś oto dnia, przed laty, przybył do jednego ze znanych zakładów odwykowych, by przed jego pacjentami wystąpić z recitalem poetyckim. Dyrektor zakładu pokazał mu wtedy nie publikowany jeszcze wówczas pamiętnik jednego ze swych pacjentów, rękopis głośnej później książki. Pan Zenon siadł i czytał:
„W szpitalu psychiatrycznym spędziłem trzydzieści cztery dni… Nie! Właściwie to trzydzieści cztery dni i trzydzieści cztery noce, gdyż różnica między dniem i nocą w życiu pacjentów jest tam minimalna. Część z nich w ciągu dnia a część w ciągu nocy przeżywa tam swoje nieszczęścia. To jest czas ich trwania przejawiający się w godzinnych monologach z sobą samym lub z kimś urojonym, w godzinach jęków, modlitw, przekleństw, zapatrzeń, chichotów, skomleń i furii kończących się w pasach kaftanów bezpieczeństwa”.
Czytał godzinę i drugą i wiersze, które miał recytować przed ludźmi, zaczęły nagle wydawać mu się bez znaczenia. Nad swoim monodramem pracował blisko rok, w zupełnym niemal osamotnieniu i bez najmniejszej pewności , że pracy tej będzie ktoś potrzebował. Dopiero w ostatniej fazie przyszli mu z pomocą przyjaciele z Krakowa, zwłaszcza Lidia Żukowska, która monodram wyreżyserowała.
Po premierze w Sali krakowskiej estrady Zenon Nocoń mógł już wyruszyć „w Polskę”. Początki były trudne. Działacze Polskiego Komitetu Przeciwalkoholowego, przyzwyczajeni do schematycznych form propagandy antyalkoholowej, często wzruszali ramionami w odpowiedzi na propozycję zorganizowania występu. Nie potrafiono jakoś dostrzec szansy odejścia od sztampy w tej dziedzinie. Nie umiano nawet monodramu zareklamować. Kiedyś na dworcu autobusowym pan Zenon z osłupieniem przeczytał ręcznie wypisany afisz: „Dzisiaj wystąpi pan Nocoń z latem patykiem pisanym „.
Przełom nastąpił dopiero po przestawieniu w znanym zakładzie odwykowym w Warszawie przy ulicy Kolskiej, w obecności przedstawicieli Ministerstwa Zdrowia i Zarządu Głównego SKP. Po tym występie pan Zenon otrzymał od wysokich czynników antyalkoholowych polecający dokument, który otworzył mu sale świetlic i klubów w całej Polsce.
Pan Zenon siada na krześle, czeka aż sala ucichnie i mówi „ Alkoholizm”… Po kilku minutach mógłby już pokazać palcem – tam siedzi żona albo córka alkoholika. „ Z zadowoleniem zebrani na Sali członkowie wysłuchali monodramu pt. „Lata Patykiem Pisane”. Ze spektaklu tego wielu z nas po raz pierwszy zetknęło się z problemem alkoholizmu” – napisał w książce pamiątkowej przewodniczący zarządu ZSMP pewnej jednostki wojskowe. Tak jakoś mu się napisało. Pan Zenon uważa bowiem na podstawie swoich obserwacji, że „problem alkoholizmu w ten czy inny sposób dotyczy każdego”.
Pan Zenon mówi, a ludzie się przejmują. Mało kto pozostaje obojętny wobec tej historii bezprzykładnego ludzkiego upadku. Zdarza się, że ktoś dotknięty mocniej niż inny „problemem alkoholizmu” – płacze na Sali. Kiedyś na spektaklu dla pracowników gastronomii, zorganizowanym pod kontem „jak odróżnić alkoholika od zwykłego pijaka”, pewien nie proszony gość polemizował żywo i z wprawą z tezami monodramu. Pobudziło to pana Zenona do jeszcze większej koncentracji i awanturnik umilkł wreszcie zupełnie zdruzgotany. Okazało się później, że był adwokatem, pozbawionym z powodu wódki prawa wykonywania zawodu. Dowodzi to, jak mocno sztuka może być osadzona w realiach naszej rzeczywistości.,
Często po spektaklu padają z Sali pytania. Wielu ludzi po raz pierwszy dowiaduje się, że z wódki można się wyleczyć. Pytają więc – gdzie iść i do kogo. Pan Nocoń stara się odpowiedzieć wszystkim , ale nie zawsze czuje się kompetentny. Dlatego lubi, gdy na występ organizatorzy zapraszają lekarza, i prawnika. Przeważnie jednak musi radzić sobie sam. Zawsze i przy każdej okazji podkreśla więc po pierwsze, że alkohol przed ukończeniem 25 roku życia powoduje nieodwracalne uszkodzenie szarych komórek i zaleca młodzieży przemyślenie tej kwestii.
W swoim archiwum ma Zenon Nocoń gruby plik listów od swych widzów. Wielu z nich zdołał pomóc w sposób jedynie konkretny, załatwiając przez swoje znajomości wśród lekarzy i działacz SKP leczenie w zakładzie. Oczywiście jest to kropla w morzu potrzeb.
Pan Zenon występował ze swym monodramem w Warszawie i w Bieszczadach, w świetlicach wielkich zakładów przemysłowych i w ciasnych wiejskich klubach. Rozmawiał ze studentami, z lekarzami, z więźniami odsiadującymi wyroki. Niepostrzeżenie monodram stawał się częścią jego życia. Pan Zenon jest przede wszystkim aktorem, ale także w coraz większym stopniu działaczem w tej niewdzięcznej dziedzinie, jaką jest walka z alkoholizmem. Ostatnio wraz z prokuratorem Ruszkowskim i innym działaczem prężnego SKP w Iławie planuje zorganizowanie ogólnopolskiego sympozjum na temat roli form artystycznych w propagandzie antyalkoholowej. To pierwsze chyba w skali kraju spotkanie pisarzy, plastyków, aktorów i filmowców poświęcone tej sprawie, może dodać rozmachu owej propagandzie, tak często dotąd schematycznej i infantylnej. Pan Zenon jest tu optymistą, choć jeśli chodzi o alkoholizm w ogóle to nie robi sobie złudzeń. Widzi przecież co się dzieje. Obok wiejskich klubów, w których występuje , widzi sklepy i nastolatków biesiadujących pod gołym niebem przy winie patykiem pisanym. Obok domów kultury – straszne polskie knajpy.
Prześladuje go wspomnienie występu w pewnej wiejskiej świetlicy. Twarze, na których nawet w najdramatyczniejszych momentach spektaklu nie drgnął ani jeden muskuł, tępo nieruchomo oczy. W jakimś momencie za drzwiami klubu rozległo się wołanie umyślnego gońca „dinks przywieźli, dinks”. Dopiero wtedy na wieść o dostawie denaturatu wśród widzów zrobiło się poruszenie a siedzący najbliżej drzwi zaczęli pośpiesznie wymykać się z sali.
Niedługo Zenon Nocoń wyruszy w Polskę z nowym monodramem antyalkoholowym. Będzie to „Edyp” według Remigiusza Napiórkowskiego pod tym samym tytułem. „Jest to historia upadku większego niż ten , w którym pogrążył się Edyp”. Na razie pan Zenon rąbie drzewo i myśli o tym, co opowiadał mu znajomy lekarz położnik z Krakowa. Znajomy ten odebrał pewnego dnia dziecko dziwnie spokojne i senne – okazało się następnie, że noworodek miał we krwi 0,5 promile alkoholu.
STANISŁAW GRZEGORZ ŁYŚ
„Nowa Wieś” nr 43 z 26.X.1980 r str. 5 i 13
zebrała: Wilhelmina Skulska
wydawca: Książka i Wiedza
były dwa wydania 1972 oraz 1974
Gorąco ją poleca znany muzyk Marek Dyjak:
Może podyskutujemy o Noconiu? Napisałem o nim rozdział.
Zenon Nocoń miał w sobie coś takiego, co mają tylko prawdziwi aktorzy: nawet gdy milczał, człowiek miał wrażenie, że scena już się zaczęła. Pod koniec życia wybrał Rucewo — i to pasuje idealnie: zamiast wielkich świateł i braw, spokój, jezioro, cisza i własny rytm. Jakby zamienił teatr na Warmię i Mazury, bo tutaj każde spojrzenie sąsiada i każde „dzień dobry” bywa bardziej prawdziwe niż niejedna rola. A jak to u aktorów — pewnie i tak do końca miał w kieszeni jakąś ripostę, której nikt się nie spodziewał.
Po jego śmierci przez ponad 30 lat w tym gospodarstwie działał MARKOT, a później — już po odejściu Marka Kotańskiego — Stowarzyszenie „Pomocni Ludziom – Rucewo” im. Zenona Noconia, prowadzące schronisko dla osób w kryzysie bezdomności. Słyszę, że możliwe są wkrótce zmiany i przeniesienie schroniska do nowych obiektów, bo właściciel nieruchomości, Krzysztof Kiszkis (syn Zenona Noconia), planuje tam nową inwestycję.
Napisałem dziś post na FB poświęconego postaci Zenona Noconia i, na co czekałem kilka osób zareagowało. Będą nowe zdjęcia i opowieści o Zenonie Noconiu.
A tymczasem wstawiam tu fragment z książki Agnieszki Wiśniewskiej:
Duża solidarność, mała solidarność. Biografia Henryki Krzywonos
Seria Publicystyczna. Warszawa 2010, Wydawnictwo Krytyki Politycznej. Str. 138-143
"Na początku 1984 roku zdecydowała się wyjechać z Trójmiasta. Wszyscy ją tu znali, ukrywanie się było więc trudne. Nie mogła pracować, nie miała pieniędzy. Dostała tysiąc złotych z kasy związkowej, czyli skarbonki, z plebanii księdza Jankowskiego, i pojechała na wieś. Znajomy powiedział, że zna miejsce, gdzie może się zatrzymać – Rucewo niedaleko Iławy. Mieszkał tam aktor Zenon Nocoń. To jego syn zaproponował Krzywonos wyjazd do Rucewa. Nocoń przygarnął Heńkę.
Kupił na początku lat 80. dom, stary zniszczony dwór w pruskim stylu. W Rucewie mówi się, że to dom „po Gotowcu”, bo wcześniej mieszkał w nim gospodarz o takim nazwisku. Nocoń stworzył w nim swoistą enklawę. Hodował kozy, krowę, konia. Sam robił meble z desek po rozebranej stodole, zbudował kominek z kamieni. Uprawiał ogród, miał nawet plantację tytoniu.
Kiedy przyjechała do niego Heńka, tytoniu nie było. Był luty, zima, w starym domu nie było szyb w połowie okien. Zaradzili temu dziarscy studenci z Gdańska. W tej połowie domu, w której nie było szyb, ostały się na szczęście futryny. Powstawiali w nie szybki, przybili elegancko listewki i wiatr przestał nawiewać śnieg do pokoi. Heńka wstawiła tam swoje meble i urządziła piękne, przytulne mieszkanko.
Ta część, w której mieszkał Nocoń, tak piękna nie była. Próbował ją sprzedać. Kiedy pewnego dnia Rucewo odwiedzili potencjalni kupujący i zobaczyli połowę domu Krzywonos, natychmiast stracili zainteresowanie połówką Noconia. Był zły na Heńkę. „Ona już taka jest, że gdziekolwiek się pojawi, zaraz zaczyna budować dom, jak bóbr” – mówi o niej Kazimiera Szczuka. Po miesiącach rewizji i zatrzymań stworzyła dom w Rucewie i miała chwilę spokoju.
Ludzie we wsi szybko dowiedzieli się, że przyjechała „ta” Krzywonos. Przyjęli ją serdecznie. Na dobry początek dostała worek kartofli. Podrzucono go jej w zasadzie ukradkiem, przypadkiem. Fura jechała koło domu, zamiast ominąć go, jak to normalnie robi, przejechała środkiem podwórka, z fury wypadł worek. Na start w nowym miejscu kartofle były jak znalazł.
Zaraz po pojawieniu się w Rucewie Heńka wybrała się do urzędu gminy, żeby zgłosić swój przyjazd. Autobusy odjeżdżały z Rucewa rzadko, więc najlepszym rozwiązaniem było złapanie stopa. Zamachała i zatrzymał się jakiś samochód.
– Dokąd? – zapytał kierowca.
– Do Jerzwałdu.
– Pani wsiada.
Wsiadła. Zaczęli rozmawiać.
– A pani skąd?
– Tutaj, z Rucewa
– A u kogo pani jest?
– U wujka.
– Hm, pani uważa, bo tam przyjechała jedna taka Krzywonos.
Ona jest antykomunistką. Niech się pani ani pani wujek z nią nie zadają.
Heńka zdębiała. Kilka dni wystarczyło i wszyscy wiedzą, że przyjechała do wsi.
– A pan ją zna? – zapytała.
– Oczywiście. Ach, nie przedstawiłem się. Zbigniew Nienacki.
Ten Nienacki – pisarz.
Heńka znów zdębiała. Chwalipięta, a do tego krętacz.
Dojeżdżali już na miejsce, samochód zatrzymał się pod gminą.
Heńka wyjęła z torebki dwa złote – tyle, ile kosztował bilet autobusowy – i wysiadając położyła na siedzeniu.
– A ja jestem Krzywonos – ta Krzywonos.
Teraz Nienacki zdębiał.
Pisarz mieszkał w Jerzwałdzie od drugiej połowy lat 60. Porzucił miasto i kupił gospodarstwo na wsi. To tu powstawały kolejne części przygód Pana Samochodzika. Rucewo i sąsiadujący z nim Jerzwałd to wsie, w których wakacje spędzali warszawscy opozycjoniści: Jan Józef Lipski czy Grażyna Kuroń, żona Jacka.
Przyjeżdżali do państwa Dramińskich. Obok domu Noconia było to drugie miejsce we wsi przyjazne opozycjonistom. Nieprzyjazny był im jeden z najbardziej znanych mieszkańców Jerzwałdu – właśnie Nienacki. „ I co za paradoks: wszak w mojej wsi każde lato spędzał Jan Józef Lipski i mieszkał niemal po sąsiedzku ze mną. On tutaj, z wyjątkiem mnie, z nikim nie rozmawiał o polityce; pływał łódką, zbierał grzyby. Nikt tu nie ma pojęcia, że to był założyciel KOR-u. Taka jest ta polska prowincja” – pisał Nienacki. Ciekawe, czy to prawda.
W latach 80. ostro krytykował Solidarność. Potępiał rządzących za ustąpienie robotnikom, poparł stan wojenny – chodził wtedy po wsi z bronią. Ludzie za nim nie przepadali, nie tylko dlatego, że informował władze, kto kłusuje i kto kradnie drzewo z lasu, ale też dlatego, że opisywał mieszkańców wsi w książkach i nie były to opisy szczególnie sympatyczne. Kiedy ukazała się powieść erotyczna Raz w roku w Skiroławkach, ludzie wkurwili się na Nienackiego strasznie. – Co mnie w babach interesuje, to tylko ich dupa – podsumował pewnego razu, jakby w duchu tej powieści, jedną z kłótni mieszkańców Nienacki. Heńka akurat przechodziła obok. – Przepraszam, pani Heniu, do pani nic nie mam – rzucił pisarz, gdy ją zobaczył. „Cham” – pomyślała Heńka i do dziś zdania nie zmieniła.
Nienacki był ormowcem, podobno dostał kiedyś reprymendę od przełożonych, że nie pilnuje porządku, a tu mu pod nosem opozycjoniści pomieszkują. Przełożeni próbowali pilnować sami. Szczególnie Heńki. Ale ludzie we wsi lubili ją i nie bali się z nią rozmawiać. Podobnie jak studenci, którzy przyjeżdżali do niej tłumnie w letnie miesiące.
Któregoś dnia dom Noconia odwiedził sołtys. Przywitał się elegancko i mówi do Heńki, że ma spisywać dane młodzieży, która do nich przyjeżdża. Siedzą tu, namioty rozstawiają, brzdąkają coś na gitarach. Władza musi wiedzieć, co to za jedni. Wystarczy, że Krzywonos będzie dostarczać numery ich dowodów osobistych, imiona, nazwiska. Żeby porządek był – powiedział sołtys i wyszedł.
Heńka przypomniała sobie szybko ten ton – niby – grzeczna prośba, ale za odmowę jej spełnienia dostaje się wpierdol. Usiadła do maszyny do pisania Noconia i z dawną wprawą zaczęła stukać w klawisze. Wstukała nazwiska studentów, wyjęła kartkę z maszyny, porwała, strzępy spaliła, a studentom powiedziała, że może lepiej będzie, jeśli już pojadą do domu. Ładnie było w Rucewie, ludzie mili, ale milicja i służby te same, co wszędzie. Heńka ukryła więc wszystko, co by mogło sprowadzić na nią kłopoty.
Nocoń był alkoholikiem. Miał kumpla Wojtka, lekarza pracującego we Fromborku. Kiedy Nocoń przesadził i nie mógł wyjść z ciągu, kolega przyjeżdżał i zabierał go do siebie do szpitala. Po doprowadzeniu go do porządku odstawiał z powrotem do Rucewa. Po którejś z takich akcji Heńka dała Wojtkowi wszystkie ważne papiery na przechowanie. Dzięki temu, gdy po wizycie sołtysa zjawili się panowie, żeby zrobić rewizję w domu Noconia, nic u niej nie znaleźli. Zaczęło się znów: rewizje, wizyty przedstawicieli władz. Rucewo to nie Gdańsk. Tam, kiedy głośniej krzyknęła, to jakiś sąsiad chociaż usłyszał; tu mogła się drzeć do woli. Do najbliższych zabudowań było z 500 metrów.
Kiedy Nocoń wpadał w ciąg, parę dni go mogło nie być. Heńka zaczęła spać z siekierą pod poduszką. Którejś nocy w domu zabrakło prądu. Pewno w całej wsi zabrakło, co się w sumie zdarzało. Heńka wyjrzała przez okno, zobaczyła, że w innych domach świeci się światło w oknach. Tylko u niej ciemno, głucho. „Pierdolę – pomyślała – trzeba stąd wiać”. I zwiała. Do Szczecina.
Zenon Nocoń znany był ze swojej gościnności i serdeczności. Brodaty artysta, w koszuli z podwiniętymi rękawami, z psem burkiem przy nodze, opiekował się tymi, którzy nie bardzo mieli gdzie się podziać. Podzielił się dachem nad głową i wódeczką.
Zmarł na początku lat 90. Po jego śmierci w domu w Rucewie powstało schronisko dla bezdomnych. Potem dom się spalił. Dziś działa we wsi Stowarzyszenie „Pomocni Ludziom” im. Zenona Noconia. Pomaga osobom bezdomnym, ofiarom przemocy w rodzinie oraz więźniom opuszczającym zakłady karne. Wspiera w trudnym powrocie do społeczeństwa, w załatwianiu prostych spraw formalnych, w zapobieganiu kryzysom rodzinnym. Pomaga ludziom.
Po latach Henia wybrała się z mężem Krzysztofem w podróż sentymentalną do Rucewa. Gdy zajechali do całkowitej głuszy, w środku lasu, Krzyśkowi łzy w oczach stanęły. Pomyślał sobie, że w tym przypominającym jakiś Ural pustkowiu młoda, trzydziestoletnia Henia mieszkała zupełnie sama. Był poruszony jej odwagą.








