Ireneusz Iwański (1957–2025) – dziennikarz, pisarz, przedsiębiorca.
Poznałem go w 2024 roku — trochę późno, a może nawet za późno, bo mieliśmy dobre intencje, by jeszcze coś wspólnie zrobić. Bywałem u niego w firmie Autobox, którą prowadził wraz z żoną, Magdaleną. Plakaty koncertów, które organizowałem w Olsztynie, wisiały w autobusach miejskich, a my w jego biurze rozmawialiśmy o Jerzwałdzie, o literaturze. Ja zapodawałem Nienackiego i Jerzwałd, on po chwili przywoływał postać Ericha Kocha.
Napisał książkę Erich Koch – nazista w więzieniu w Barczewie (1965–1986). Podarował mi egzemplarz z dedykacją. Przyznaję z zażenowaniem, że dotąd jej nie przeczytałem — wówczas koncerty pochłaniały mnie bez reszty, a i temat Kocha niezbyt mnie interesował. Niebawem jednak sięgnę po tę książkę, przynajmniej z obowiązku; wszak podpisał ją dla mnie sam autor.
Zmarł we wrześniu 2025 roku. Zaraz po jego śmierci, na kanwie jego rozmów z Nienackim, przeprowadzonych na przełomie 1985 i 1986 roku,
https://jerzwald.pl/wywiad-ze-zbigniewem-nienackim-rok-1986/
napisałem ten rozdział.
Wczoraj Reda Paweł Haddad przeczytał ten tekst. Wrzucam go tu na „pożarcie”.
Mirek Mastalerz - Skiroławki 40 lat później
Rozdział 73. Zanim dostanę Nobla
„Skromna powinna być zakonnica, panienka z dobrego domu. Pisarz nie musi być skromny.”
O tym, jak zimowa cisza nad Jeziorakiem bywa głośniejsza niż redakcyjne sale i studia radiowe.
Zamknąłem zeszyt, a lampka nad stołem zamrugała jak operator, który daje znak: „koniec ujęcia”. W ciszy po auto wywiadzie usłyszałem drugi głos — mniej poufny, bardziej sceniczny. Ten sam człowiek, który przed chwilą szeptał do siebie, potrafił też mówić tak, by echo niosło się przez lód. Z teczki wysunął się stenogram rozmowy sprzed lat; między kartkami pachniało mrozem i popiołem z pieca. Pomyślałem, że dialog z własnym cieniem bywa tylko próbą generalną przed spotkaniem z cudzym mikrofonem.
A jeśli literatura jest psychiatrią, to wywiad bywa salą operacyjną: światło ostrzejsze, pytania zimniejsze, krew — ta sama. Odsunąłem krzesło, jakby miał wejść ktoś trzeci. I wszedł.
— Odwiedził mnie w Jerzwałdzie Ireneusz Iwański — kiedyś dziennikarz, dziś przedsiębiorca i pisarz. Poznaliśmy się dopiero niedawno, na koncercie w Olsztynie. Teraz przyjechał nad Jeziorak, ze wspomnieniami sprzed wielu lat.
— Prawie czterdzieści lat temu byłem tu po raz pierwszy — powiedział mój gość. — Jerzwałd był wtedy biały jak kartka, na której dopiero miały pojawić się słowa. Grudniowy mróz trzymał wodę w sztywnych palcach, trzciny skrobały o siebie jak stare stalówki, a psy biegały po podwórzu jak dwa ruchome znaki przestankowe — wielkie dogi, przez które nie trzeba było nawet stawiać płotu. Po prostu odgradzały świat zewnętrzny od gabinetu, w którym stała maszyna do pisania, kubek po kawie, popielniczka i ta jedna myśl od rana: dziś trzeba będzie mówić głośno to, co i tak od lat rozbrzmiewa tu szeptem.
Zabłądziłem wtedy w drodze z Olsztyna — dodał.
— Nic nowego — odrzekłem. — W tych stronach łatwo zabłądzić. Nawet jeśli zna się wszystkie kierunki, wieś potrafi skręcić w bok, udając, że jej nie ma.
Zapukałem w furtkę bez dzwonka, psy obiegły mnie jak przecinki zdania, a potem — sam już nie pamiętam jak — znalazłem się w środku. W skromnym domu bez centralnego ogrzewania, ale z bieżącą wodą i ogniem w piecu. — „Jeden z bardziej skromnych w okolicy” — powiedział wtedy pisarz, co brzmiało jak chwila literackiej ironii. Bo jednak był to dom pisarza, a więc miejsce pracy, które z nieporządku robiło metodę.
Kiedy ustawiłem mikrofon bliżej jego twarzy, oparł się łokciami na stole i mruknął:
— Powie pan, że jestem zarozumiały — trudno. Ja się uważam jednak za pisarza bardzo wielkiego. Wypowiedział to bez mrugnięcia, spokojnie, jakby mówił o pogodzie albo o grubości lodu. Na zewnątrz psy zaznaczyły akapit krótkim, donośnym szczeknięciem, a we mnie coś nieznacznie drgnęło.
Od lat wiedziałem, że megalomania mego ojca nie była pozą, lecz pancerzem. Pancerzem koniecznym, gdy całe życie spędza się na granicy — między miastem a wsią, między literaturą a biologią, między „ja” a „my”. Wtedy przytoczyłem słynne słowa ojca: „Skromna powinna być zakonnica, panienka z dobrego domu. Pisarz nie musi być skromny.”
Dziennikarz uśmiechnął się, jakby czekał właśnie na tę frazę, co otwiera tytuły. A potem zaczęliśmy krążyć wokół rzeczy, które od dawna czekały na swój porządek. Ireneusz wspominał, o czym mówił pisarz, gdy przenosili się z kuchni do pokoju.
— Nie jestem lubiany za swoją inność. Ale to nie krytycy literaccy mnie atakują. Prawdziwi milczą. Biją felietoniści — ci od marchewki, ekonomii i wszystkiego po trochu.
Opowiedział mi o „zasadzie czterech szklanek”: trzy to literatura, a ta czwarta — jego — „zjawisko społeczne”. W tej domowej metaforze było coś śmiesznego i coś prawdziwego; śmieszyła tylko do momentu, gdy człowiek uświadamiał sobie, że naprawdę bywa odsuwany od stołu. — Gdybym dostał Nobla — powiedział pisarz — ogłosiliby, że Nobel się zepsuł.
— A gdyby miał pan dziesięć milionów czytelników? — spytałem.
— To by oznaczało, że czytelnicy zgłupieli — odparł z tym swoim spokojem, który bywał gorszy niż gniew.
— Tego spokoju nauczył mnie Jerzwałd: zimy długie, lata krótkie, a praca codziennie — dodał. — Literatura polska choruje na politykę — mówił dalej. — Wszyscy rozliczają, wyliczają, przeliczają. A człowieka brakuje.
Wysunął z półki tomy z zakładkami. Nie były to powieści: genetyka, psychiatria, raporty o ludzkim zachowaniu. Raport Shere Hite — „Narodowe studium kobiecej seksualności”. Po co mi dziesięć kochanek, skoro mogę mieć trzy tysiące spowiedzi? Pisarz nie może udawać, że tego nie czytał.
Mówił o Tomaszu Mannie — ostatnim, który mógł wierzyć, że wie o człowieku wszystko — i o murze między przyrodoznawstwem a humanistyką. O tym, że literat, jeśli chce być uczciwy, musi przełożyć na opowieść to, co nauka dawno już opisała: lęki, popędy, zaburzenia, metabolizm informacji. Kiedy padło imię Justyny ze Skiroławek, która nie może zajść w ciążę, widziałem, jak mu twardniała szczęka. — Pół roku szlifowałem jedno badanie ginekologiczne — powiedział. — Pół roku, żeby było i prawdziwe, i literackie. I co usłyszałem? Że to „czysta natura”.
Uśmiechnął się krótko, bez radości. Potem odchylił zasłonę: Jeziorak zaciągnięty lodem, las stojący jak ściana.
— Oni widzą tylko gołe zadki — dodał. — Ja próbuję widzieć człowieka.
Kiedy mowa zeszła na młodzież, w głosie pojawiła się nuta cierpliwej wyrozumiałości.
— Serial dla młodzieży zrobiłem świadomie — mówił. — Przeczytałem wszystkie globalne bestsellery dla młodzieży, wypisałem wspólny mianownik, zbudowałem własny język przygody. I wystarczy. Dwanaście tomów to ładna liczba. Trzynastego nie będzie. Mądry autor zna prawo przesytu.
Powiedział to tak, jak się zamyka szkatułkę — na klik. Znałem ten dźwięk. Najpierw zapada w pokoju, a potem w człowieku. — Usiadł znów przy mikrofonie, włożył fajkę między palce.
— Wielki las — mówił — to bój z mitologią. U nas las jest dobry, sielankowy. U mnie jest groźny. I jeszcze jedno: chcę podnieść „wagonowy” gatunek do pierwszej ligi. Jak Burgess zrobił ze szpiegówki literaturę.
Opowiadał z blaskiem w oczach. Kiedy mówił o planowanym Ja, Dago, ten blask przesuwał się po ścianach jak płomień. Historia Polski opisana jak fantasy, ale uszlachetniona — rozpięta na źródłach, nie na anegdocie. „To jest przygoda — mówił. — Pieniądze mam. Sławę też. Zostaje walka z sobą: czy potrafię?” — Rano rozpalam w piecu — wyliczał — dwie, trzy godziny pisania. Potem czytanie. Cisza. Żadnego radia. Maszyna i notatki.
W tym wyliczeniu było coś religijnego — powiedziałem. Zresztą on zawsze lubił mówić o uczciwości, niemal jak o cnocie teologalnej. „Byłem uczciwy dla młodzieży, będę uczciwy dla dorosłych.”
— Pamiętam, że wtedy w tle psy znowu zaznaczyły kropkę — wspominał Iwański.
— Kłobuki czasem tu zaglądają — dorzucił pisarz z uśmiechem, jakby wstydził się własnej baśni. — Siadają przy kominku i podsuwają pomysły.
O żonie mówił oględnie — kontynuował dziennikarz — jak o kimś ważnym, ale własnym światem zajętym. O synu — z dumą, która była mu rzadko do twarzy. Lekarz, drugi stopień specjalizacji. „To on mnie popychał, żebym pokazał prawdziwego lekarza, a nie tytuł postaci. W Skiroławkach widać to jak odcisk palca na szkle.”
Na koniec, jakby potrzebował puenty, przytoczył Normana Mailera: „Pisz tak, żeby to, co piszesz, ciebie samego przerażało.”
— To jest moja dewiza — powiedział prosto. — Jak mnie nie przestraszy, nie warto drukować.
Na koniec spakowałem mikrofon — mówił Iwański. Psy przy drzwiach wytarły się wtedy o moją kurtkę. Na zewnątrz trzeszczał lód, śnieg skrzypiał jak stara podłoga. Zostałem jeszcze chwilę przed domem. Patrzyłem, jak zamyka drzwi, wyobrażając sobie, jak wraca do stołu i wsuwa kartkę w maszynę. W tej scenie było wszystko: pycha, która jest pancerzem; samotność, która jest tlenem; i upór, który bywa jedyną formą miłości własnej, jaką uznawał.
Kiedy później czytałem zapis rozmowy w gazecie, rozumiałem, dlaczego ten wywiad stał się kultowy. Nie dlatego, że padło w nim zdanie o wielkości. Dlatego, że Jerzwałd przemówił przez usta człowieka, który wierzył, iż można pisać o człowieku bez polityki, o ciele bez wstydu, o wsi bez cepelii — i że za to nie przeprasza się nikogo.
Ale jeśli kiedyś dostałby Nobla i ogłoszono by, że Nobel się zepsuł, uśmiechnąłby się tym swoim spokojem i wrócił do biurka. Do maszyny. Do ciszy.
Bo w głębi rzeczy nagrody są tylko słowami na papierze, a życie — to codzienny rozruch klawiszy, trzask lodu i psy, które pilnują granicy między światem a zdaniem.
czyta Reda Paweł Haddad:
Bardzo fajnie przetworzyłeś literacko ten wywiad i okoliczności z nim związane. Mam nadzieję, źe to jednak minimum licentia poetica a maksimum autentyczna opowieść Iwańskiego.
Bardzo fajnie przetworzyłeś literacko ten wywiad i okoliczności z nim związane. Mam nadzieję, źe to jednak minimum licentia poetica a maksimum autentyczna opowieść Iwańskiego.
Dzięki. Zależało mi raczej na oddaniu głosu Iwańskiemu niż na literackiej rekonstrukcji. Jeśli brzmi to autentycznie — to najlepszy komplement.
Żal, że tak późno trafiliśmy na siebie. Będę chciał się wkrótce spotkać z Magdaleną, małżonką Ireneusza.
tu można posłuchać głosu Ireneusza
https://radiopolska.pl/90lat/radiofonia-komercyjna/ireneusz-iwanski-o-uruchomieniu-radia-wama
są też inne reportaże Ireneusza Iwańskiego zrealizowane dla Radia Olsztyn:
Miałbym jedną uwagę krytyczną do sceny: zapukałem w furtkę bez dzwonka.
Od takiej furtki, zwłaszcza jeśli po obejściu biegają budzące postrach psy*, to można co najwyżej krzyknąć na gospodarza, żeby wyszedł przed chałupę, bo pukanie jest całkiem bezsensowne.
____
* Tu też się objawia potrzeba posiadania płotu. Nie wiem, czy się psy da wytresować tak, by się trzymały jedynie terenu posesji bez ogrodzenia. Raczej nie przypuszczam. Ale to już szczegół.
Miałbym jedną uwagę krytyczną do sceny: zapukałem w furtkę bez dzwonka.
Od takiej furtki, zwłaszcza jeśli po obejściu biegają budzące postrach psy*, to można co najwyżej krzyknąć na gospodarza, żeby wyszedł przed chałupę, bo pukanie jest całkiem bezsensowne.
____
* Tu też się objawia potrzeba posiadania płotu. Nie wiem, czy się psy da wytresować tak, by się trzymały jedynie terenu posesji bez ogrodzenia. Raczej nie przypuszczam. Ale to już szczegół.
Hebius, Dziękuję za cenne uwagi - uwzględnię w korekcie
