Forum

Notifications
Clear all

Pięć minut z...

Strona 34 / 36

Maruta
(@maruta)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4428
 

@pawelk 

Dokładnie. W czasie pewnej wycieczki jedna osoba siedziała na półce bagażowej 😉 .

W każdym razie wielogodzinna podróż pociągiem to była najlepsza i najszybsza integracja na świecie.


OdpowiedzCytat
PawelK
(@pawelk)
Member Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 5938
 
Wysłany przez: @maruta

W czasie pewnej wycieczki jedna osoba siedziała na półce bagażowej

My na zimowisko jechaliśmy nocą. Na półce się spało.

Twtter is a day by day war


OdpowiedzCytat
Maruta
(@maruta)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4428
 

Ach, ta pokoleniowa wspólnota doświadczeń 🙂


OdpowiedzCytat
Hebius
(@hebius)
Męber Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4301
Topic starter  

A faktycznie. Pamiętając ta warunki, w jakich się wtedy jeździło - przecież ta nauczycielka mogłaby mieć problemy z przemieszczaniem się po korytarzu miedzy przedziałami. 


OdpowiedzCytat
Hebius
(@hebius)
Męber Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4301
Topic starter  
Wysłany przez: @pawelk

Tylko tyle, że z opisów wygląda, że Anka mieszka w dużym mieście.

Podobnie jak Maruta zakładam, że Anka mieszkała w Warszawie. W jednym z tekstów było co prawda, że dwóch chłopców z VIII „,b” zamiast do szkoły — wyrwało się do Warszawy na „Trzęsienie Ziemi”, ale traktuję to jako tekstową niezręczność, bo z treści wynikało, że chodziło o zwykłe wagary.


OdpowiedzCytat
Hebius
(@hebius)
Męber Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4301
Topic starter  

Świat Młodych
nr 76 – sobota 26 czerwca 1977 r.

5 minut z Anką

Podniecenie. Wzrastające zresztą. Niby nic się nie dzieje, ale jednak uważny obserwator naszej kolonii dostrzeże, że coś… No właśnie, nasunęło mi się w tym momencie określenie „nie gra”, ale w ostatniej chwili doszłam do wniosku, że sytuacja jest… odwrotna – bo raczej „gra”. Tak jakoś szumi, brzęczy, syczy. A wszystko na jutro, bo jutro jest tzw. dzień odwiedzin rodziców. Mnie to na szczęście nie grozi, bo moi staruszkowie okazali się w tym momencie być na wysokim poziomie, ale w ogóle to będzie cały zakładowy autokar rodziców, a najprawdopodobniej trafią się i jacyś indywidualiści, którzy przytuptają indywidualnie.

Więc się na to kolonijne święto całą parą szykujemy. Dosłownie to para bucha z łaźni, bo na okoliczność odwiedzin odbywa się generalne mycie i pranie. Czyściutcy mamy być jak złoto. To jest przygotowanie numer pierwszy. Punkt drugi, to występ artystyczny, z którym nadjeżdżający autokar powitamy. Z występem jest masa kłopotów, bo każda grupa miała przygotować występ 7-minutowy, jako że grup jest sześć i w sumie powinno to dać prawie 45 minut przeżyć artystycznych. Teoretycznie. Na wczorajszej generalnej próbie tej gigant-składanki okazało się, że niektóre grupy przygotowały po 20, a nawet i więcej minut – biedni rodzice! Teraz więc odbywa się skracanie i targi, nie wszyscy chcą ze swojego produkcji zrezygnować. Nie wiem, jak sytuacja wygląda aktualnie, ale podejrzewam, że kiepsko – powitamy rodziców bardzo, bardzo hucznie! Punkt trzeci przygotowań ma charakter prywatny – po południu będzie czas wolny i każdy będzie go mógł ze swoimi jak chce spędzić.

Punkt trzeci, czyli czas wolny, jest powodem największego podniecenia – jedni planują sobie wyprawę do kawiarni, inni – wycieczkę do lasu, jeszcze inni – chcą zostać na naszym terenie. Wszystkie jednak plany łączy jedna cecha – kulinaria. Ciastka, pierożki, coca-cola, naleśniki, rolady, czekolady – to temat lwiej części rozmów ostatnich dni. Jeszcze ktoś gotów pomyśleć, że nas tutaj głodzą!

Mam wygodną pozycję obserwacyjną, moi nie przyjadą, ale mimo tego… dziwię się. No, jeszcze rozumiem, że maluchy z młodszych grup, ale my?! W gruncie rzeczy kolonia jest zupełnie interesująca, czas płynie szybko i mile, więc skąd ta tęsknota za domem rodzinnym?

Ulka mówi, że to kwestia przekory i… liczy godziny do jutrzejszego ranka. Ja zaczynam zastanawiać się: „A może by tak wysłać telegram, żeby przyjechali?” Wysłać?!

ANKA

___________

Na żadnych koloniach z tych, na których byłem, nie mieliśmy dnia otwartego i odwiedzin rodziców.

A występy artystyczne - nie wiem - zawsze mi się kojarzyły z jakimś koszmarnym, przykrym obowiązkiem, w którym brałem udział tylko z przymusu i nie pamiętam żeby się inni do tego garnęli jakoś gremialnie i z zachwytem.


OdpowiedzCytat
Maruta
(@maruta)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4428
 

Był taki dzień. Zresztą majaczy mi się, że i w Magdzie się ten wątek pojawiał. Co do występów, to z innej beczki - autorka miała chyba jakiś uraz, bo co najmniej trzeci raz przedstawia sytuację, kiedy młodzież przygotowuje coś przesadnego.

No i mamy potwierdzenie, że kolonie są zakładowe 😉 .


OdpowiedzCytat
PawelK
(@pawelk)
Member Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 5938
 

I okazuje się, że mogą być ciekawe. No kto by pomyślał.

Tak były odwiedziny ale nigdy się nie spotkałem z autokarem zakładowym.

Twtter is a day by day war


OdpowiedzCytat
Hebius
(@hebius)
Męber Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4301
Topic starter  

Aha. Do mnie rodzice mogli najwyżej list przysłać, albo kasę. Bo kasy to do końca kolonii nigdy nie wystarczyło.


OdpowiedzCytat
Kustosz
(@kustosz)
Pan Samolocik Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 10057
 

Może i gdzieś tak było, że kolonie organizował jeden zakład pracy. W moim przypadku było inaczej. Kolonie organizowane były przez jakieś organizacje branżowe. W czasach wczesnej podstawówki moi rodzice pracowali w Centralnym Ośrodku Informacji Drogownictwa i na koloniach były dzieciaki z całej Polski, których rodzicie związani byli z branżą drogownictwa. I zawsze dzieciaki były inne, incydentalnie ktoś się powtórzył. Potem, jak mój ojciec został prywaciarzem, żadne kolonie oficjalnie mi się nie należały, ale czasem załatwił mi wyjazd ojciec kolegi z ministerstwa komunikacji (też branżowe).

Żadnych zorganizowanych odwiedzin nigdy nie było. Jak kolonie miałem w Józefowie, pod Warszawą to rodzice odwiedzali mnie indywidualnie w każdą niedzielę, jak gdzieś dalej, to z oczywistych powodów odwiedzin nie było.


OdpowiedzCytat
Hebius
(@hebius)
Męber Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4301
Topic starter  

Świat Młodych
nr 79 – sobota 2 lipca 1977 r.

5 minut z Anką

Dwadzieścia minut drogi od naszej kolonii jest obóz harcerski. Przyjechali kilka dni temu. Jak się o tym dowiedziałam, aż podskoczyłam z radości – strasznie mi się marzy harcerskie ognisko! I wcale się nie przeliczyłam – wczoraj nasze starsze grupy dostały zaproszenie. Na jutro. Że czekają na nas nad brzegiem jeziora punktualnie o 20.00.

Od tego terminu wszystko się zaczęło. Wszystko, co złe. Pani kierowniczka powiedziała, że owszem, że zaproszenie na ognisko przyjmujemy, ale… żeby było po południu. Najlepiej gdzieś około 15-tej, po nocy zaś – nie ma mowy!

Ciekawe, co to znaczy „noc”? Przecież teraz, jak czas jest tzw. letni, o ósmej jest zupełnie jasno i na dobrą sprawę prawdziwe ognisko powinno się zaczynać co najmniej o dziewiątej. Są to rzecz jasna rozważania raczej teoretyczne – zaczynać ognisko o dziewiątej, nikt się nie zgodzi, bo rzeczywiście strasznie późno musiałoby się skończyć. Ale ósma?! W moim przekonaniu pora to całkiem przyzwoita.  N i e  w y o b r a ż a m sobie ogniska, gdy okoliczności takie bardziej… plażowe! O trzeciej po południu to można najwyżej wystąpić z programem artystycznym. Tylko – po co?! Jak czas plażowy, to lepiej iść na plażę. Przynajmniej ja tak wolę. I nie tylko ja.

Rozumiem naszą panią kierowniczkę. Bezpieczeństwo, higiena i tak dalej. Ona, biedna, boi się, żebyśmy się przypadkiem nie zgubiły w tutejszej „głuszy”, nie zmęczyły i nie zdemoralizowały. Podejrzewam nawet, że to ostatnie dręczy ją najmocniej. Zgroza by była nie z tej planety, gdybyśmy wróciły na teren kolonii po dwudziestej drugiej!

Ja ją rozumiem. Wcale nie wiem, czy chciałabym być kiedyś w życiu odpowiedzialna za gromadę takich niepoważnych istot jak my. To jednak, że rozumiem – nie znaczy, że się z nią zgadzam. Bynajmniej! Ciekawe, czy gdy ja będę miała lat trzydzieści, też będę uważała, że osoba piętnastoletnia to znaczy to samo, co niepoważna i nieodpowiedzialna?! Teraz wydaje mi się, że nigdy mi takie coś do głowy nie przyjdzie – czuję się tym z góry założonym brakiem zaufania bardzo niesprawiedliwie potraktowana, ale… kto wie? Nasza pani kierowniczka też przecież miała kiedyś lat piętnaście i chyba lubiła wtedy siedzieć przy ognisku, patrzeć na gwiazdy, nucić piosenki…

Chociaż… Nie wiem, może nigdy nie miała okazji być na takim ognisku. Większość dziewczyn z naszej kolonii też nigdy nie była. I pewno nie będzie. Przynajmniej jutro. Musieli sobie ci harcerze o nas pomyśleć, że jesteśmy skończone maminsynki!

ANKA


OdpowiedzCytat
Hebius
(@hebius)
Męber Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4301
Topic starter  

Świat Młodych
nr 82 – sobota 9 lipca 1977 r.

5 minut z Anką

Choć pora dawno już „pośniadaniowa” w sposób bezwstydny wręcz wyleguję się na tapczanie i pławię w… samotności. Ciekawe, zawsze myślałam, że istota ze mnie bardzo towarzyska i bez ludzi dokoła siebie żyć nie mogę! Cóż jednak znaczy zdobyte doświadczenie! Trzy tygodnie kolonii – bez przerwy w grupie! – zrobiły ze mnie… samotnicę. No tak, przez ostatnie dni, doczekać się już nie mogłam tej chwili, gdy wreszcie będę sama. Sama, sama, sama! Do szału doprowadzał mnie niemal ten zgiełk dokoła. W sypialni – kupa ludzi, na boisku – kupa ludzi, w stołówce, łazience, sali telewizyjnej, świetlicy etc. – takoż. Dotychczas, to tylko moja babcia wszem i wobec głosiła, że nie lubi tłumów. Czyżbym ja się tak gwałtownie postarzała!? Brrr!

Chyba… nie, bo na ogół czuję się ciągle młodo, ale coś się tak jednak we mnie jakby… przekręciło. W tej chwili, to nawet towarzystwa Ulki bym nie zniosła. Zastanawiam się, dlaczego? Nikt mi nic złego nie zrobił i w gruncie rzeczy było na tej kolonii morowo (z wyjątkiem faktu, że… przytyłam o 2 kilogramy!), ale odczuwam tego szczęścia lekki nadmiar. Na obozie jest jednak inaczej. Też w końcu jesteśmy wszyscy razem, ale po pierwsze, to zastęp liczy osób kilka, a grupa kolonijna kilkadziesiąt, a po drugie – są takie momenty, gdy się jest albo zupełnie samemu, albo maksimum we dwójkę. Chociażby na warcie nocnej. Jest czas, aby podumać indywidualnie a niekoniecznie zespołowo.

Nigdy nie przypuszczałam, że to jest takie ważne. Teraz wiem, i tak sobie myślę o naszym obozie, który zaczyna się już za dni 10. Będę prowadziła zastęp. Z jednej strony mnie to cieszy (nie byłam jeszcze zastępową na obozie), a z drugiej – martwię się, czy podołam. W tym sensie, czy członkowie mojego zastępu będą się dobrze czuli. Przed wakacjami, myślałam, że żadna sztuka. Zaplanowałam sobie zresztą mnóstwo różnych rzeczy – że zrobimy to, tamto, owo. Teraz dochodzę do wniosku, że chyba jednak powinnam ten plan co nieco skorygować – za dużo zaplanowałam zadań wykonywanych zespołowo, za mało indywidualnie.

Oh, bynajmniej nie mam zamiaru dokonać rozparcelowania zastępu na pojedyncze sztuki. Po prostu, wydaje mi się, że zastęp będzie się bardziej lubił, jeśli każdy będzie mógł sobie od czasu do czasu od niego odpocząć.

Przeczytałam to, co napisałam i wpadłam niemal w zachwyt. Ze tak mądrze jestem. I przewidująca. Zaraz lecę do Ulki, żeby skonsultować z nią swoją „złotą myśl” i zastanowić się nad tym obozowym planem.
Zaraz lecę…? Zaraz! Ciekawe o czym świadczy brak konsekwencji?!

ANKA

-----

Jak dla mnie - problem znowu za bardzo wydumany. Zwłaszcza że kolonie aż tak bardzo od obozu się nie różniły. Myślę, że nawet na koloniach było więcej okazji do bycia gdzieś samemu, bez grupy. 


OdpowiedzCytat
Maruta
(@maruta)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4428
 

A dla mnie problem właśnie dobry, choć może nie najlepiej pokazany. Dotąd było raczej socjalizowane na siłę, więc to miła odmiana. A zrozumienie, że potrzeba samotności i wyciszenia jest naturalna i normalna, jest ważne w tym wieku.


OdpowiedzCytat
Hebius
(@hebius)
Męber Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4301
Topic starter  

Ale kolonie to nie jakieś więzienie, że człowiek cały czas jest w grupie. Pamiętam u siebie, że mieliśmy różne wycieczki, wyjścia do miasta, w czasie których fragment "A teraz macie godzinę/dwie na lody" był czymś stałym - towarzystwo się rozchodziło każdy w swoja stronę i robił co chciał. W ciągu dnia w miejscu noclegu też nikt nam nie organizował całego czasu, nie pilnował non stop, żeby towarzystwo siedziało w kupie.  


OdpowiedzCytat
PawelK
(@pawelk)
Member Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 5938
 

A dla mnie problem wydumany. 

Generalnie dzieci ciągnęĺy do innych. Dlatego największą karą był zakaz wyjścia na podwórko.

Ale oczywiście mogła się trafić samotnica, która nie lubi towarzystwa. Tyle, że chyba to nie Anka.

Zmęczenie tłumem i natłokiem spraw dopada raczej starszych ludzi.

Twtter is a day by day war


OdpowiedzCytat
Maruta
(@maruta)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4428
 
Wysłany przez: @hebius

Ale kolonie to nie jakieś więzienie, że człowiek cały czas jest w grupie. Pamiętam u siebie, że mieliśmy różne wycieczki, wyjścia do miasta, w czasie których fragment "A teraz macie godzinę/dwie na lody" był czymś stałym - towarzystwo się rozchodziło każdy w swoja stronę i robił co chciał. W ciągu dnia w miejscu noclegu też nikt nam nie organizował całego czasu, nie pilnował non stop, żeby towarzystwo siedziało w kupie.  

Dlatego napisałam, że problem nie najlepiej przedstawiony, ale ważny. Już poprzednio ustaliliśmy, że Autorka ma dziwne wyobrażenie kolonii.

 
Wysłany przez: @pawelk

A dla mnie problem wydumany. 

Generalnie dzieci ciągnęĺy do innych. Dlatego największą karą był zakaz wyjścia na podwórko.

Ale oczywiście mogła się trafić samotnica, która nie lubi towarzystwa. Tyle, że chyba to nie Anka.

Zmęczenie tłumem i natłokiem spraw dopada raczej starszych ludzi.

Z tym że tu nie chodzi o zmęczenie ale to, co dziś nazywa się przebodźcowaniem. Tak jak obecnie psychologowie krzyczą, że dziecko musi mieć czas na nudę, bo wtedy budzi się kreatywność, tak nastolatek rozwija się nie tylko przez interakcje ze światem, ale i ze sobą. I dotyczy to wszystkich, nie tylko introwertyków. Anka jest towarzyska, nawet jej pragnienie odreagowania trwa tylko chwilę, niemniej nie jest niczym dziwnym. Dlatego uważam, że problem jest ważny, bo to coś podobnego do dojrzewania, tyle że o dojrzewaniu nastolatki się uczyły, a o tym, że jak nie chcę iść na prywatkę do Gośki to nie znaczy, że coś ze mną nie tak, już nie.

 

 


OdpowiedzCytat
Hebius
(@hebius)
Męber Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4301
Topic starter  

Świat Młodych
nr 85 – sobota 16 lipca 1977 r.

5 minut z Anką

Przedobozowa gorączka to takie coś, co bardzo lubię. Z jednej strony rozpiera cię radość, że to już, za parę dni, czyli kilkadziesiąt zaledwie godzin, a z drugiej – sytuacja nerwowa. A to nie załatwione, a to coś tam strasznie jest potrzebne lecz dostać nie można, a to najważniejszy dokument został zapakowany na dno największej skrzyni i żeby go wydostać, trzeba ją całkiem wypakować… Może to śmieszne, ale ja bardzo to wszystko lubię. Właśnie dlatego, że taki… cocktail – radość i złość.

Co najważniejsze, to w imię tej radości i tego, że już, że nareszcie, człowiek ze skóry wychodzi, żeby wszystkie drobne mankamenty natychmiast zmieść z powierzchni ziemi. Operatywny taki jest, energiczny, pomysłowy… To nie jest tylko moje osobiste zdanie. Co najmniej połowa ludzi z naszego szczepu w takie „tużprzedobozowe” dni kręci się wokół szkoły i gotowa jest na wszystkie najbardziej nawet karkołomne zadania, żeby tylko było o.k. Dokonujemy różnych cudów niemal, dosłownie wychodzimy z siebie, a przy okazji psioczymy i narzekamy, że cóż to np. za idiotyczny pomysł, aby kupowanie kolorowych flamastrów zostawiać na ostatnią chwilę, jakby nie można było zrobić tego spokojnie wcześniej. I tak sobie narzekając na tych „jakichś innych” robimy wszystko, aby te flamastry skompletować w maksymalnej ilości kolorów. Powód do dumy potem jest, że ho, ho – patrzcie, gdyby nie ja, to guziki byście mieli, a nie flamastry! I do przydania sobie ważności również. Przede wszystkim w oczach własnej rodziny. Jak np. dzwoni się do domu, że niestety, ale na obiedzie nie będę, bo mam strasznie ważną służbową sprawę!

Moja niezbędność w przedwyjazdowym młynie docenia głównie mama. Tata to sobie pokpiwa. Wczoraj wieczorem, gdy wróciłam do domu zziajana, zmachana i brudna, bo jakieś gary przepakowałyśmy, to tata powiedział, że podejrzewa, iż… specjalnie sobie tę robotę na ostatni dzwonek zostawiamy.

Wtedy, wczoraj wieczorem, to się na niego porządnie oburzyłam. Że – jak on śmie takie podejrzenia na nas rzucać?! Dzisiaj, jak już trochę z oburzenia ochłonęłam, to sobie tak myślę, że trochę racji chyba ma. Bo gdyby wszystko było porządnie, spokojnie, systematycznie, to przecież nie byłoby tej cudownej przedwyjazdowej gorączki. A jakby nie było, to gdzie okazja, żeby wykazać swoją operatywność, poświęcenie?!

Hm, jak na razie do żadnego konstruktywnego wniosku nie doszłam. Czyżbym obawiała się go sformułować?

ANKA


OdpowiedzCytat
Hebius
(@hebius)
Męber Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4301
Topic starter  

Świat Młodych
nr 88 – sobota 23 lipca 1977 r.

5 minut z Anką

Leżę więc myślę! Przerobiłam to znane powiedzenie, bo w ten sposób bardziej do mnie pasuje – myślę zawsze (albo niemal zawsze) w pozycji horyzontalnej. W tej chwili też. Koc na trawie, panorama na jezioro się rozpościera… Cały nasz zastęp wybrał się na minirajdzik, a ja, ponieważ skręciłam sobie nogę w kostce, zostałam. Skręcenie głupstwo, nawet nie boli – ot, takie profilaktyczne działanie ze strony pani doktor, które skwapliwie podchwyciłam. Nad paroma sprawami rzeczywiście muszę pomyśleć.

Zaczęło się od głupstwa. Gdy rozbijaliśmy obóz, to takiemu jednemu Wojtkowi wypadła służba przy kopaniu latryny, a on nie chciał. Ubaw mieliśmy nieziemski,, jak tłumaczył, dlaczego. Głównym powodem był fakt, że on jest „obrzydliwy” i niedobrze mu się robi przy „tego rodzaju” czynnościach, od „tego rodzaju” zapachów. Nie wiem, co naprawdę miał w trakcie tłumaczenia na myśli, ale chyba całkiem nie zrozumiał, na czym to jego zadanie ma polegać. Zapachy?! Głównie poziomkowy był „wywęszalny”, no a poza tym las. To resztą była jedna strona zagadnienia, ta, co śmieszna. Druga była mniej śmieszna, bo nas wnerwiała. A nawet jeśliby i nie pachniało zbyt ładnie, to co?! Jakby każdy sobie wybierał tyko taką pracę jaką najbardziej lubi, to, ta która nie jest najprzyjemniejsza, w ogóle nie zostałaby zrobiona. I co wtedy? Tym bardziej, że na dodatek tak się perfidnie składa, iż ta najmniej przyjemna jest najbardziej potrzebna!

W efekcie podziałaliśmy wtedy kolektywnie na Wojtka bardzo pedagogicznie, bo zadanie do końca wykonał. Choć… minę miał nieszczególną – pal go sześć!

Cała sprawa wróciła jak przysłowiowy bumerang, gdy tuż przed Świętem Lipcowym szczepowy na ognisku podjął dyskusję o patriotyzmie. Temat to jak rzeka, a i dyskusja taka bardziej… normalna – bez strzelania trudno mówić o „prawdziwym” patriotyzmie. Wiecie zresztą! Najbardziej żołądkował się właśnie ten Wojtek. Że on marzy o tym, żeby patriotą być, że wielkie czyny dla ojczyzny gotów jest dokonywać, ale… szans nie ma.

Kiedy się tak żołądkował, któraś dziewczyna przypomniała mu tę historię z latryną. Że jak się to jego wielkie poświęcenie ma do faktu, że nie chciał wykonywać zwyczajnego, banalnego zadania, które mu w podziale przypadło? Wtedy Wojtek obraził się – zrobił się cały czerwony i powiedział, że ona uwłacza jego godności, on o rzeczach wielkich i poważnych, a ona – o latrynie! I wyszedł, to znaczy odszedł, od ogniska. I nikt za nim się nie ruszył.

Nad tym właśnie rozmyślam. Może ktoś powinien za nim wtedy pognać?…

ANKA

____

Mocno lewackie w wymowie. Końcowa refleksja Anki trochę psuje wrażenie z lektury.


OdpowiedzCytat
PawelK
(@pawelk)
Member Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 5938
 

Takie ponadczasowe.

Jeśli chcesz być prawdziwie wolnym, to nie zapisujesz się do harcerstwa, tylko zostajesz hipisem albo punkiem.

No i niezły przekaz do tych co mają gęby pełne frazesów o wierze, patriotyzmie i innych górnolotnych filozofiach, a w codziennym życiu stosują zasady bliższej koszuli, Kalego i kilka innych.

Twtter is a day by day war


OdpowiedzCytat
Hebius
(@hebius)
Męber Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4301
Topic starter  

Świat Młodych
nr 91 – sobota 30 lipca 1977 r.

5 minut z Anką

Dochodzę do wniosku, że o przysłowiach nie tylko się mówi iż są mądrością narodu, ale że rzeczywiście są mądre. Chociażby to mówiące, ze trzeba beczkę soli z człowiekiem zjeść, aby dobrze go poznać. Oczywiście beczka jest w przenośni – człowiek by się w Morze Bałtyckie zmienił – ale zamiast beczki może być równie dobrze zwyczajny obóz harcerski.

Wydawało mi się przedtem, że Maćka znam na wylot. Od wieków na tym samym podwórku mieszkamy, lata całe w jednej klasie – na pamięć wiem, ile piegów ma na nosie. No, ale na obozie jesteśmy razem po raz pierwszy. I od razu…

Może nie całkiem od razu. Najpierw było świetnie i Maciek był taki jak zawsze – morowy kumpel i chłopak z głową, w której co minutę rodzi się jakiś nowy pomysł. Dopiero w momencie, gdy komendant zaproponował nam do przystąpienia do współzawodnictwa „Każdy kłos na wagę złota”, to … nie strzelił żadnym nowym pomysłem. Objaw, który mógł zostać uznany za niepokojący. Mógł, ale kto by miał na obozie takie „kosmate” podejrzenia – ja tam sobie wtedy pomyślałam, że po prostu się zmęczył! Potem przez parę dni nic ciekawego się nie działo. Przedwczoraj dopiero zwiad wytropił w najbliższej wsi najbardziej potrzebujących i zapodał na wieczornym ognisku, jak nas wszystkich na żniwne dni rozplanował. Że zastęp ten pomaga na polu pana X, zastęp tamten – na polu Y itd… Jak doszło do wyliczenia naszego zastępu, to Maciej wtrącił się, żeby… jego osoby nie brać pod uwagę, on nie pójdzie.

Od razu zaczął też uzasadniać, dlaczego. Dlatego mianowicie, że on uważa, iż wyręczanie kogoś w jego pracy jest demoralizujące. Że zresztą wcale nie on sam to wymyślił, ale w gazecie wyczytał. W mądrej gazecie. I zgadza się z tym zdaniem. Bo nie ma ochoty i nie da się zdemoralizować! I w związku z tym on chętnie dla społeczeństwa popracuje, ale robiąc coś extra, coś, czego kto inny by nie zrobił. Ot, gotów jest np. przystanek PKS pomalować w kolorowe kropki. Nikt na to przednim nie wpadł, a będzie ładnie! Wyręczać zaś żadnego pana X czy Y nie ma zamiaru.

Zaczęliśmy mu wszyscy z komendantem na czele tłumaczyć, że zupełnie mu się pod sufitem poplątało. Ale do Maćka nic z naszych przemówień nie trafiało. Uparł się jak kozioł! Hm, na upartych nie ma rady, więc… daliśmy sobie na razie spokój. Skutek jest taki, że cały obóz szykuje się do wyjścia w pole, a Maciek – szykuje sobie wiadra z farbami i pędzle.

Ciekawa jestem, jak to się skończy. Czyżby rzeczywiście wieś miała zyskać… pokropkowany przystanek?!

ANKA


OdpowiedzCytat
Strona 34 / 36
Share: