Forum

Notifications
Clear all

Pięć minut z...

Strona 33 / 36

Maruta
(@maruta)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4428
 
Wysłany przez: @pawelk

W latach 70 15latka wyjeżdżała na wakacje z koleżankami a nie chodziła z mamą do teatru.

Ale przecież właśnie o to chodzi w tekście, że teatr to głupi pomysł apodyktycznej matki, która nie rozumie i nie zna swojej córki. 

No i żaden rozsądny psycholog by nie postawił diagnozy bez drugiej strony. Więc jedyną odpowiedź jaką powinna uzyskać, to "niech pani przyjdzie z córką".

Moim zdaniem matka nie poszła prosząc o zdiagnozowanie córki, tylko o pytając o to, co ona ma zrobić, żeby rozwiązać swoje problemy z córką. Innymi słowy pacjentką w tej sytuacji jest matka.

A co do imienia, może tak, odziedziczyła po prababci, choć chodząc do dwóch podstawówek i i liceum i będąc na studiach, nie spotkałem się ani w starszych klasach/grupach, ani młodszych z imionami po prababciach. Były Kaśki, Marzeny, Renaty czy Hanki, ale nie Melanie czy Ludwiki.

A ja na studiach miałam koleżankę Bogumiłę, długo przed powrotem mody na staropolskie imiona. Rzadko, ale się zdarza.

Ale wtedy nawet ta 15latka by nie płakała na przystanku.

Wątpię, żeby Mela na przystanku szlochała rozpaczliwie, to by była przesada. Autorka używa słowa "zapłakana", co może równie dobrze oznaczać opuchniętą twarz, czerwone oczy, widoczne ślady łez. A czy piętnastolatka mogła się rozpłakać w czasie gwałtownej awantury z matką? Jak najbardziej, nie tylko z żalu, ale też z gniewu i poczucia bezradności. Kiedy emocje szaleją łzy są częstą reakcją.


OdpowiedzCytat
Kustosz
(@kustosz)
Pan Samolocik Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 10057
 

Problem widzę raczej w matce, że stara baba nie rozumie, że to co dla niej jest fajne, dla dorastającej córki fajne być nie musi (a już na pewno nie "Balladyna").

W każdym razie tekst ten dowodzi, że podejrzenia Hebiusa są w 100% trafne. Widać ten sam styl i filtrowanie treści przez tą samą osobowość.


OdpowiedzCytat
PawelK
(@pawelk)
Member Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 5938
 
Wysłany przez: @maruta

Moim zdaniem matka nie poszła prosząc o zdiagnozowanie córki, tylko o pytając o to, co ona ma zrobić, żeby rozwiązać swoje problemy z córką. Innymi słowy pacjentką w tej sytuacji jest matka.

Naginasz. Sprawa jest jasna, matka ma problem z córką a nie z papierosami czy alkoholem. Jeśli w sprawie są dwie strony to wystawianie diagnozy bez znajomości tej drugiej jest nieprofesjonalne. 

Twtter is a day by day war


OdpowiedzCytat
Hebius
(@hebius)
Męber Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4301
Topic starter  

Wydaje mi się, że jednak Maruta jest bliższa prawdy - też widziałbym sytuację tak, że matka zaszła do psychologa po poradę, co robić, a nie żeby zdiagnozował jej córkę. Swoją drogą w PRL-u chyba inaczej podchodzono do psychologii. AI wyrzuciło mi coś takiego: 

W okresie PRL-u dostęp do pomocy psychologicznej był ograniczony i często wiązał się ze stygmatyzacją, a psychologów traktowano przede wszystkim jako pomocników dla psychiatrów lub w obszarze medycyny pracy. W praktyce psychologowie byli dostępni w placówkach państwowych, takich jak przychodnie czy szpitale, a ich rola często sprowadzała się do diagnozy psychologicznej lub wsparcia w konkretnych problemach (np. trudności wychowawcze, zawodowe, radzenie sobie ze stresem).Psychoterapia w dzisiejszym rozumieniu była rzadkością i nie była powszechnie dostępna ani akceptowana.

Nie wiem, na ile to prawdziwe, ale tak mi się mniej więcej psychologowie kojarzyli z PRL-em - z jakimś pomocnictwem przy wyborze zawodu, czy właśnie z pomocą dla rodziców przy problemach wychowawczych.


OdpowiedzCytat
PawelK
(@pawelk)
Member Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 5938
 

Dlatego napisałem, że szybciej by matka poszła do wychowawczyni niż do psychologa.

Twtter is a day by day war


OdpowiedzCytat
Hebius
(@hebius)
Męber Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4301
Topic starter  

Świat Młodych
nr 70 – sobota 11 czerwca 1977 r.

5 minut z Anką

To już ostatnie dni, ba – godziny niemal, rozkosznego wakacyjnego lenistwa. Pławiłam się w nim, jak królewna na grochu wśród swoich puszystych piernatów! Żaden budzik, żaden telefon – wstawałam, jak się zbudziłam. Bywało, że… bywało to zdecydowanie późno. Żadnego planu dnia, żadnych obowiązków – robiłam to, co chciałam i co mi akurat przyszło do głowy. No, z jednym wyjątkiem, kiedy mi się postawić na swoim nie udało – jak chciałam iść na „Zdjęcia próbne”, a biletów nie było.

Tak mi było przez ten ostatni tydzień milutko, a teraz… Przede mną straszna perspektywa. Kolonie! Tłumiaste, rozwrzeszczane, z obowiązkowym leżakowaniem poobiednim i z codziennym sprawdzaniem czystości pięt. Wymigać się chciałam od tego wyjazdu, ale mama była ściśle niezłomna. Powiedziała, że jestem niewdzięczna, niesprawiedliwa i w ogóle… parszywa owca, bo są takie dzieci, które szczęśliwe by były, gdyby mogły spędzić trzy tygodnie nad morzem, a ja wybrzydzam. Jedyne ustępstwo, na które poszła, to że załatwiła ten sam kolonijny turnus i Ulce – przynajmniej nie będę sama jak palec.

Mama właściwie to… ma rację. Chociaż… niezupełnie! Bo to jest tak. Ja przeciwko morzu nic nie mam, uważam, że sprawa fajna i w ogóle bomba. Jeśli chodzi o kolonijne żarcie, to również nasze obozowe ani się do niego nie umywa – my zawsze na obozie coś przypalimy, czegoś nie dogotujemy, a na koloniach zasuwamy ciacha z kremem na deser i nawet zdarza się, że lody z mleczarni też przywożą. Na koloniach są prysznice z ciepłą wodą, szafa, telewizor, wyro z materacem z gąbki… No – wszystkie takie wygodne zdobycze cywilizacji. Na obozie tego nie ma, ale… ja jednak zdecydowanie wolę obóz. Jakbym miała wytłumaczyć, bo tak w konkretach byłoby mi może trudno, ale fakt jest faktem – wyjazd na kolonie, to dla mnie ciężkie przeżycie.

Ulka z kolei ma zdanie zupełnie odmienne. Lata po mieście i wszystkim opowiada – chce ten ktoś słuchać, czy nie chce – jak to ona się cieszy, że na te kolonie jedzie. Mnie się wydaje, że na koloniach po prostu jest piekielnie nudno: śniadanie, plaża, obiad, plaża, kolacja… Jak długo można żyć takim monotonnym koktajlem?! Ulce to odpowiada, mnie – nie! Nie wolno mi?!

No i właśnie! W tym momencie zaczynam mieć wątpliwości. Różne bardzo. Zaczynając od tego, czy w ogóle powinnam na te kolonie jechać (bo po co się męczyć?!), a kończąc na tym, że przecież i na koloniach można by coś zorganizować. Jak się chce! Hm, w stosunku do wersji pierwszej, mama na pewno zgłosi weto, to wtedy co…?!

ANKA

 

Leżakowanie na koloniach dla siódmoklasistów? No nie wydaje mi się. Ale nie wiem, może całkiem zapomniałem, a bywało.

A teraz zmykam oglądać film, którego nie obejrzała Ania, bo nie kojarzę tytułu, a z opisu bardzo ciekawy mi się wydał.

Zdjęcia próbne – polski film psychologiczny z 1976 roku [data produkcji] we wspólnej reżyserii Agnieszki Holland, Pawła Kędzierskiego i Jerzego Domaradzkiego.

Film, mimo nowelowej budowy i faktu, że jest wczesnym dziełem trójki reżyserów, jest spójny myślowo i formalnie; żaden z twórców nie narzucił mu swojego indywidualnego rysu. Realistyczne obserwacje i fragmenty autentycznych zdjęć próbnych tworzą jedną całość, a obraz jest przez to jeszcze bliższy prawdziwemu życiu.

Licealistka o imieniu Anna chce wyjechać z nudnego miasteczka, w którym mieszka. Wysyła swoje zdjęcia do studia filmowego, które poszukuje młodych aktorów-amatorów. Razem ze swoim chłopakiem, Tomkiem, wyjeżdża na weekend do domku campingowego. Niespodziewanie okazuje się, że chłopak traktuje ją jak sportowe wyzwanie – chce, aby przespała się też z jego kolegą. Wychowany w domu dziecka Paweł podejmuje pierwszą w życiu pracę i nawiązuje romans z Krystyną, starszą od niego zamężną kobietą. Nie chcąc oszukiwać jej męża, wyznaje mu prawdę, ale Krystyna nie chce zerwać małżeństwa. Losy Anki i Pawła splatają się na zdjęciach próbnych do filmu, w których oboje biorą udział.


OdpowiedzCytat
Maruta
(@maruta)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4428
 

@hebius 

Też mnie to leżakowanie zaskoczyło... I "Zdjęcia próbne" - to nie jest film dla siódmoklasistki, zresztą był chyba dozwolony od 16 lat. Jeśli Anka chciała na niego iść to raczej na zasadzie, że był modny. Tzn. nie wykluczam, że jakaś jakaś czternastolatka była dostatecznie dojrzała, by go oglądać "ze zrozumieniem" - ale nie infantylna Anka.


OdpowiedzCytat
PawelK
(@pawelk)
Member Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 5938
 

Nie mam wielkich doświadczeń z koloniami, byłem chyba cztery razy, bo podstawą w wakacje były obozy z Pałacu Młodzieży. Ale nawet na tych najnudniejszych koloniach w Kamnicy, w środku niczego (pozostałe 3 to Zakopane i 2xGrybów) nie były tak nudne, żeby z obrzydzeniem Anki, je wspominał.

Teraz te kolonie wyglądają jeszcze bardziej magicznie. Mieszkaliśmy bowiem tutaj:

To pałac wybudowany w 1925 roku, w tamtych czasach (zdjęcie z 1990) a właściwie trochę wcześniej, był ośrodkiem wypoczynkowym fabryki butów z Miastka, które organizowało kolonie dla dzieci pracowników, firma mojej mamy wykupiła u nich kolonie dla grupy dzieci swoich pracowników. To było trochę jak z Niziurskiego: stary pałac, zamknięty strych, do którego dostawaliśmy się włamując przez drzwi z wyjętymi klamkami (z łóżek sprężynowych wyjmowaliśmy łączenia sprężyn, trochę je trzeba było spłaszczyć na kamieniu i można było przekręcać języczek klamki wkładając do kwadratowego otworu po klamce, po przekątnej), do tego jeszcze wiejskie dzieci, które biły się o cukierki, które rzucaliśmy z okna.

Chodziliśmy na wycieczki, kąpać się w jeziorze, graliśmy w piłkę, albo zwyczajnie bawiliśmy się. Nie było tak źle.

Teraz niestety pałac wygląda tak

i nie widać światełka, żeby mogło być lepiej.

Więcej informacji i zdjęć tutaj.

A wracając do Anki, zupełnie nie kojarzę leżakowania po okresie przedszkolnym, a sprawdzanie czystości pięt, bogowie, śmierdzi bardzo wczesnym Niziurskim, dom dziecka albo internat z lat 50tych.

Twtter is a day by day war


OdpowiedzCytat
Maruta
(@maruta)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4428
 

Dla mnie kolonie od obozu różniły się raczej organizatorem i miejscem, a nie sposobem spędzania czasu. Przecież na obozie rytm dnia też był uregulowany, a na koloniach też były wycieczki, ogniska (no chyba że miejsce nie pozwalało), sport, jakieś gry, kino... Słowa Anki brzmią tak, jakby na koloniach nie działo się nic, śniadanie, cztery godziny siedzenia w pokoju, obiad, podwieczorek, leżakowanie, siedzenie na ławce, kolacja, mycie, spać. 


OdpowiedzCytat
PawelK
(@pawelk)
Member Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 5938
 
Wysłany przez: @maruta

Dla mnie kolonie od obozu różniły się raczej organizatorem i miejscem, a nie sposobem spędzania czasu. Przecież na obozie rytm dnia też był uregulowany, a na koloniach też były wycieczki, ogniska (no chyba że miejsce nie pozwalało), sport, jakieś gry, kino...

Bo obozy z Pałacu Młodzieży to było zupełnie coś innego. Inny świat wakacji dla dzieci. Własny ośrodek, własny sprzęt, instruktorzy. Plan na cały pobyt włącznie ze "służbą" czyli ochroną terenu, wartowaniem na wejściu, obsługą stołówki. W planie wycieczki rowerowe, kajaki, żeglarstwo w podziale na Optymisty i DZty, plaża, boisko sportowe i wycieczki piesze. Do tego tzw. Pieczarkowanie, czyli forma chrztu, dla wszystkich, którzy pierwszy raz byli w Pieczarkach, wieczorne ogniska i dyskotetki. Nie było czasu żeby się nudzić. Kolonie jednak trochę inne, bo rzadko odbywały się w tak wyposażonych i dedykowanych ośrodkach. Nawet jeśli to nie były kolonie w szkole (tak jak byłem w Zako), to były w normalnym ośrodku wypoczynkowym (w Grybowie), gdzie nie było wyposażenia typowo dla dzieciaków.

Twtter is a day by day war


OdpowiedzCytat
Kustosz
(@kustosz)
Pan Samolocik Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 10057
 

Nie wiem czym różniły się kolonie od obozów w podstawówce, wydaje mi się, że niczym, ale w podstawówce jeździłem tylko na kolonie. Leżakowanie było dla wszystkich, przynajmniej teoretycznie. To znaczy młodszym dzieciom kazano kłaść się do łóżek i próbować spać, a starsze spędzały po prostu ten czas w swoich salach (grało się w planszówki na przykład albo w karty).

Dla mnie zawsze problemem było żarcie. Jadłem głównie suchy chleb z dżemem bo stołówkowe jedzenie brzydziło mnie i nic na to nie mogłem poradzić (nic się tu zresztą nie zmieniło). A taka zupa mleczna to już w ogóle horror. Zdarzyło się nawet (w młodszej grupie), że bezwzględna wychowawczyni trzymała mnie na stołówce od śniadania do obiadu (póki nie zjem). I tym bardziej nie zjadłem. Według dzisiejszych kryteriów to chyba znęcanie się nad małoletnim.

Na obozie (żeglarskim) byłem dopiero w szkole średniej. I tam leżakowania już oczywiście nie było. No i warunki były bardziej spartańskie.


OdpowiedzCytat
Hebius
(@hebius)
Męber Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4301
Topic starter  

Te byłem kilka razy na koloniach (Olsztynek, Nowa Huta, Poznań, samochodzikowe Lesko z kirkutem tuż za budynkiem, w którym mieszkaliśmy) i nie kojarzę tego z nudą. A "Zdjęcia próbne” to kapitalne polskie kino obowiązkowe do obejrzenia dla czytelników tego cyklu 😀

Co prawda pokazuje młodych ludzi będących bardziej rówieśników Magdy, ale mamy też świetny obrazek, widokówkę z PRL-u z połowy lat siedemdziesiątych (słomianka na ścianach, prywatka 😀 spodnie dzwony! jakie to było okropieństwo! :D).
Nie spodziewałem się, że to będzie takie dobre.

https://www.cda.pl/video/1662052224


OdpowiedzCytat
Hebius
(@hebius)
Męber Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4301
Topic starter  

Świat Młodych
nr 73 – sobota 18 czerwca 1977 r.

5 minut z Anką

Mam katar. Nie stwierdzam tego, żeby się chwalić, ale w ramach tzw. skarg i zażaleń na… los. Bo to przysłowiowej ironii losu przejaw, że człowiek zdrowy był jak koń nie przymierzając w czasie całego roku szkolnego, a teraz, gdy niby ma wypoczywać, relaksować się i uzupełniać nadwątlone nauką siły, to z nosa mu cieknie, oczy łzawią i… w ogóle. Wiadomo jak to jest, gdy ma się katar – i forma nie ta, i poczucie humoru jakieś takie bardziej niemrawe.

Najbardziej to mi ten brak poczucia humoru przeszkadza. A szczególnie przeszkadzał wtedy, gdy wybieraliśmy tzw. radę grupy kolonijnej. Gdyby nie ten katar, to… uśmiałabym się setnie. Ale z wyżej wymienionych przyczyn – nie jestem w stanie.

O tym, że będziemy radę wybierać wiadomo było już w pociągu. Pani wychowawczyni powiedziała w każdym przedziale, żebyśmy się… rozejrzeli. Więc się rozglądaliśmy (rozglądałyśmy raczej, bo kolonia jest żeńska) głównie… w pejzażu za oknami. Po przyjeździe rozglądanie koncentrowało się wokół topografii „dookołakolonijnej”, aż tu nagle – zbiórka, wybieramy radę. Dziewczyny rozsiadły się w największej sypialni, pani dała znak, że… możemy zaczynać. I… nic się nie zaczęło. To wtedy pani wygłosiła przemówienie – że rada rzecz ważna. I porównała ją do samorządu klasowego w szkole. I znowu nic, cisza. To wtedy pani się spytała, kogo proponujemy. Zaczęłyśmy się gwałtownie rozglądać – głowa w prawo, głowa w lewo i… znowu nic. To wtedy pani zaproponowała, że może ktoś ma doświadczenie samorządowe ze szkoły, więc żeby sam się zgłosił. I… podniosły się do góry cztery łapy. Autentycznie! Ich właścicielki ochoczo stwierdziły, że owszem, że bardzo chętnie będą w radzie. Pani powiedziała, że – świetnie! No i mamy radę.

Tak! Może rzeczywiście świetnie. Tym bardziej, że cała grupa (33 sztuki jakby nie było, nie licząc pani) też była wyraźnie ucieszona, że już po wszystkim, czyli po wyborach. Ja też byłam ucieszona. W końcu – głupia sprawa takie wybory, na dobrą sprawę to np. ja dobrze znam tylko Ulkę i jeszcze trochę z widzenia taką Grażynę, a reszta to zupełnie obce twarze. Więc niby jak wybierać? Cześć i chwała tym czterem odważnym!

Ale… to jednak śmieszne. Samemu się wybrać. Może to i tak być powinno, bo przecież mówi się, że chodzi o  s a m o r z ą d n o ś ć, ale jak tak sobie o tym rozmyślam (a katar rozmyślaniom sprzyja, sprzyja), to dochodzę do wniosku, że coś jednak nie całkiem gra. Ale nie wiem co. Niby wszyscy są zadowoleni – i pani, i cała grupa, i te cztery. Nie wiem. Czepiam się, czy jak?! Czyżby przez ten katar?

ANKA

Samorządność na sztukę. Całkiem życiowy odcinek. 


OdpowiedzCytat
PawelK
(@pawelk)
Member Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 5938
 

Ciekawe, że się nie znali na tych koloniach.

Bo co do zasady kolonie w PRL chyba były organizowane przez zakłady pracy, dla dzieci pracowników. Nie kojarzę zupełnie formy kolonii komercyjnych gdzie każdy z ulicy mógł zapisać dziecko i zapłacić.

W każdym razie my jeździliśmy na zimowiska i kolonie 'od taty' a ponieważ wcześniej chodziliśmy do zakładowego przedszkola to praktycznie od pierwszej klasy znaliśmy inne dzieci.

Twtter is a day by day war


OdpowiedzCytat
Hebius
(@hebius)
Męber Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4301
Topic starter  

Widać rodzice Anki nie pracowali w takim typowym zakładzie pracy. Moi rodzice pracowali w niewielkim ośrodku szkolenia rolniczego, który był jednym z kilku w województwie i tworzył jakąś taką warmińsko-mazurską strukturę, ale pamiętam z jednych kolonii chłopaków z Wejherowa, więc może te wyjazdy były organizowany przez jakiś niezależny od zakładu pracy podmiot?


OdpowiedzCytat
PawelK
(@pawelk)
Member Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 5938
 
Wysłany przez: @hebius

Widać rodzice Anki nie pracowali w takim typowym zakładzie pracy. Moi rodzice pracowali w niewielkim ośrodku szkolenia rolniczego, który był jednym z kilku w województwie i tworzył jakąś taką warmińsko-mazurską strukturę, ale pamiętam z jednych kolonii chłopaków z Wejherowa, więc może te wyjazdy były organizowany przez jakiś niezależny od zakładu pracy podmiot?

Może tak, tylko że Anka kończy VII klasę i jeździła wcześniej na kolonie. Bardzo dziwnym by było gdyby dzieciaki na koloniach się nie powtarzały, tylko rok w rok były inne.

Twtter is a day by day war


OdpowiedzCytat
Hebius
(@hebius)
Męber Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4301
Topic starter  

Ja jeździłem i nie miałem takich powtarzających się znajomych. 


OdpowiedzCytat
PawelK
(@pawelk)
Member Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 5938
 
Wysłany przez: @hebius

Ja jeździłem i nie miałem takich powtarzających się znajomych. 

Tylko tyle, że z opisów wygląda, że Anka mieszka w dużym mieście. Ale oczywiście istnieje ryzyko, że jeździła na takie mieszane kolonie. Z tym, że, moim zdaniem, to nie było typowe dla PRLu.

Twtter is a day by day war


OdpowiedzCytat
Maruta
(@maruta)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4428
 

A mnie rozbawiło coś innego. Nie jest to właściwie błąd, raczej kolejny dowód na to, że autorka tekstu była dorosła i nie bardzo pamiętała, jak nie była 😉

Chodzi konkretnie o zdania:

Pani wychowawczyni powiedziała w każdym przedziale, żebyśmy się… rozejrzeli. Więc się rozglądaliśmy (rozglądałyśmy raczej, bo kolonia jest żeńska) głównie… w pejzażu za oknami.(...) W końcu – głupia sprawa takie wybory, na dobrą sprawę to np. ja dobrze znam tylko Ulkę i jeszcze trochę z widzenia taką Grażynę, a reszta to zupełnie obce twarze.

Otóż: grupa jedzie na kolonie pociągiem, z Warszawy nad morze. W tamtych czasach to była niemal całodniowa wyprawa, zwłaszcza że raczej nie zatrzymały się w Gdańsku. Krakowskim targiem przyjmijmy, że w Kołobrzegu (bo mogły i pod Szczecinem). Jakieś osiem godzin jazdy, a nie ma wzmianki, że w nocy. Przez osiem godzin osiem nastolatek siedzących razem w ciasnym przedziale zgodnie podziwiało widoki za oknem? Przez taki czas dziewczyny powinny się już dobrze poznać, zaprzyjaźnić albo pokłóci, sporo o sobie wiedzieć. Nastolatki są kontaktowe, a znajomości w pociągu nawiązuje się super łatwo. No chyba że biedna Anka była tą 33-cią, która nie zmieściła się w czterech przedziałach i siedziała cały czas z wychowawczynią w piątym... w co nie wierzę, bo w takiej sytuacji raczej dopchnęłaby się na dziewiątą razem z Ulką.


OdpowiedzCytat
PawelK
(@pawelk)
Member Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 5938
 
Wysłany przez: @maruta

. No chyba że biedna Anka była tą 33-cią, która nie zmieściła się w czterech przedziałach i siedziała cały czas z wychowawczynią w piątym... w co nie wierzę, bo w takiej sytuacji raczej dopchnęłaby się na dziewiątą razem z Ulką.

Moje doświadczenie mówi, że często siedzieliśmy po 10 osób w przedziale 🙂

Twtter is a day by day war


OdpowiedzCytat
Strona 33 / 36
Share: