Kolejny typ, który do harcerstwa się nie nadaje.
Twtter is a day by day war
Problem jest szerszy - typ się nie nadawał do PRL-u z odgórnymi czynami społecznymi.
Swoją drogą ciekawe, w jakich też gazetach mógł wyczytać takie antysocjalistyczne mądrości, które chciał wprowadzać w życie na tym obozie.
Problem jest szerszy - typ się nie nadawał do PRL-u z odgórnymi czynami społecznymi.
W tych latach czyny społeczne już raczej tak nie działały. Ja osobiście kojarzę jedną sytuację, gdy panowie z osiedla kopali doły pod położenie kabla telefonicznego u nas na osiedlu. To było takie partnerstwo państwowo-prywatne - chcecie szybciej mieć telefon, to pomóżcie. Podobno jeszcze ludzie z mniejszych miast i miejscowości pomagali w polu, ale w Warszawie raczej to nie było powszechne. Natomiast trudno się nie zgodzić z:
Swoją drogą ciekawe, w jakich też gazetach mógł wyczytać takie antysocjalistyczne mądrości, które chciał wprowadzać w życie na tym obozie.
Twtter is a day by day war
Oj, wydaje mi się, że za Gierka "czyn społeczny" miał się całkiem dobrze.
Tu Polska Kronika Filmowa z 1973 roku
I materiał z 1974
W latach 80. też ze szkołą pomagaliśmy przy zbiorach buraków, ale to już był wyjazd, za który nam płacono. W siódmej czy ósmej klasie wykorzystaliśmy tę kasę na opłacenie kilkudniowej wycieczki do Trójmiasta.
Ale "za Gierka" 1973 a "za Gierka" 1977 to zupełnie inne czasy.
Twtter is a day by day war
Swoją drogą ciekawe, w jakich też gazetach mógł wyczytać takie antysocjalistyczne mądrości, które chciał wprowadzać w życie na tym obozie.
Myślę, że po prostu... autorka zrobiła kardynalny błąd i wszystko poplątała ;-). Napisała:
Dlatego mianowicie, że on uważa, iż wyręczanie kogoś w jego pracy jest demoralizujące. Że zresztą wcale nie on sam to wymyślił, ale w gazecie wyczytał. W mądrej gazecie. I zgadza się z tym zdaniem. Bo nie ma ochoty i nie da się zdemoralizować!
Z miejsca widać, że coś tu nie gra. Pierwsza część "wyręczanie kogoś w jego pracy jest demoralizujące" to tekst w stylu "daj wędkę, a nie rybę", a w bardziej skrajnych przypadkach "dlaczego on dostaje zasiłek, na który ja pracuję". Innymi słowy - wyręczanie jest demoralizujące, ale dla osoby wyręczanej, a nie wyręczającej. Ot, harcerze pomogą w żniwach chłopu, który przepił konia albo po prostu zwlekał się do ostatniej chwili. Choć podejrzewam, że wspomniany tekst w gazecie mógł dotyczyć bardziej codziennych kwestii, np. wyręczanie dziecka w obowiązkach czy kolegi w odrabianiu pracy domowej. I to byłby ciekawy temat, wielowymiarowy etycznie i ekonomicznie. Zresztą my też mieliśmy podobne dyskusje na temat pomagania.
Natomiast autorka ni z gruszki ni z pietruszki każe chłopakowi stwierdzić, że on "nie ma ochoty i nie da się zdemoralizować", co do niczego nie pasuje. Albo więc autorka poplątała, albo Maciek ma problemy z czytaniem ze zrozumieniem. Cała reszta obozu zaczyna mu coś tłumaczyć, ale co właściwie? Że źle zrozumiał? Że są różne sytuacje i nie można wrzucać wszystkich potrzebujących pomocy do jednego worka? Że w tej akcji liczy się efekt (dobre żniwa), a pomaganie jest na drugim planie?
A już kompletny absurd to malowanie przystanku w kropki, bo to akurat przykład nikomu niepotrzebnej pracy, uszczęśliwiania na siłę, a do tego niszczenia mienia.
Wrzucę jeszcze fragment "Tabliczki marzenia", który od razu "się mi przypomniał" 😉
Znaczne oddalenie od miasteczka i okolicznych wsi nie sprzyjało realizacji ich szczytnych zamierzeń. Raz poszli zrywać jabłka w PGR, ale kierownik, młody inżynier rolnik, załatwił ich.
– Najmilsi bracia. Odpalam wam dziesięć skrzynek jabłek w zamian za zobowiązanie, że nie zechcecie więcej pomagać nam w pracy. Niech ktoś tu podpisze. I weźcie sobie dwie bańki kwaśnego mleka. Nie fatygujcie się z odwożeniem skrzynek i baniek, nasz kierowca zabierze, jak wam przywiezie warzywa.
Tu był więc klops, przez chłopaków naturalnie, którym jabłka, jak już mieli pełne brzuchy, kojarzyły się wyłącznie z Wilhelmem Tellem. Potem dzielni warszawiacy chcieli regulować ruch na ulicy miasteczka, ale komendant milicji im wyjaśnił, że jak nie ma targu, to jeden sierżant i tak na rynku tylko się opala, a jak jest targ i dużo furmanek, to już lepiej, żeby oni się do tego nie mieszali.
Potem znowu chcieli odczytywać głośno turystom z przewodnika, to co było tam napisane o kawałku baszty, ale kiedy Karwińska niemal wyuczyła się na pamięć jednej stronicy i przy dybała szczęśliwie ze siedmiu słuchaczy, z baszty wyszła konkurencja nie do pobicia – upiór w czerwonym ubraniu i masce, istny Belphegor, który po bliższych oględzinach okazał się Jackiem Rachwalskim. Najpierw było dużo śmiechu, upiór pozował do zdjęć, a potem przyszła jakaś pani i podziękowała im za pomoc stanowczo, choć uprzejmie. I Rachwalski na etacie upiora występował już tylko na obozie i raz na ognisku.
I tak więdła ich inicjatywa i marniała w oczach. Jeszcze chcieli reperować kajaki w LZS, ale jakiś ciężarowiec w czarnym kostiumie kąpielowym podziękował im za koleżeńską pomoc słowami: „Stleń się, synu”, więc się na LZS obrazili i już nie wypożyczali od nich rowerów, i nie chodzili do klubu ciężarowców, choć ciężarowcy mieli magnetofon i taśmy z Beatlesami.
Nie, to nie, postanowili się zająć swoimi sprawami i nie przyczyniać na siłę do dobra ogółu. Łatwo było pani Mareszowej mówić w klasie, żeby starali się być użyteczni, jak tu ani powodzi, ani gradobicia, ani pożaru lasów nie było choćby na lekarstwo. I tak obóz się kończył, a oni absolutnie nie mieli się czym wykazać. Fiasko.
Ja też nie nadaję się do harcerstwa ani do PRL. Gonienie dzieciaków w wakacje do roboty, za darmo, pod płaszczykiem szczytnych haseł to zwyczajny wyzysk.

Świat Młodych
nr 94 – sobota 6 sierpnia 1977 r.

5 minut z Anką
Ostatnie dni obozu – najsmutniejsze – nikt nie chce wracać do domu z perspektywą, że na następny obóz trzeba czekać cały rok. Strasznie długo! l kto wie, czy ten przyszłoroczny będzie taki jak ten. Na przykład ostatnie ognisko. Wiał wiatr i iskrami sypało na prawo i na lewo. Do wody wpadały niektóre – bo nasze ogniska są nad brzegiem jeziora – i to było takie… romantyczne. Coraz częściej łapię się na tym, że jakaś taka romantyczna się zrobiłam. Nad kwiatkami się rozczulam, nad zachodem słońca, nad tymi iskrami w jeziorze…
Trochę mi wstyd, bo ambicje mam takie pt. „azymut – twardy człowiek”, ale co tam! Te kwiatki były naprawdę liczne. Rumianki, chabry, dwa czerwone maki i jeszcze takie coś lekko liliowe, co nie wiem jak się nazywa. Krzysiek ułożył je w bukiet poprzeplatany kłosami żyta, które łaskotały w podbródek. Bo od Krzyśka dostałam te kwiaty. Na moje imieniny.
Zachód słońca był imponujący. Kula taka wielka i purpurowa, która – hyc i dala nurka pod wodę. Staliśmy wtedy z Krzyśkiem na pomoście, mieliśmy sprawdzać przymocowanie łódek, ale kto by łódki sprawdzał, gdy słońce nurkuje! Więc się na to słońce gapiliśmy. l było tak… No, sama nic wiem, jak to wyrazić!
Jestem zaniepokojona wyraźnie. Ciągle tylko Krzysiek, Krzysiek, Krzysiek… prawie nie jestem w stanie o niczym innym myśleć. Oj, Anka, niedobrze! Wpadłaś! To nie ja to z tym wpadnięciem wymyśliłam, do głowy by mi nie przyszło, ale Ulka. Ona twierdzi, że Krzysiek za mną łazi i oczy ma cielęce, a ja to podobnie jak i on – zgłupiałam.
Hm, zgłupiałam?! Czy to naprawdę dowód głupoty, że jakiś chłopak bardziej mi się od innych podoba? A czy fakt, że ja mu się podobam, znaczy, że on jest głupi? Powiedziałabym raczej – zostało mi mimo romantyzmu trochę tej pewności siebie – że ma dobry gust! Ha!
Niemniej jednak wcale nie jestem pewna, czy chciałabym być zakochana. Wiem jak to jest, mam przecież oczy – nie ma czasu dla przyjaciółek, dla domu, nie ma kiedy się uczyć… Same spacery, wzdychania… A przecież to już będzie ósma klasa i bimbać sobie nie należy. Tak podpowiada mi mój głos rozsądku. Ale mam jeszcze jakiś drugi głos – czyżbym była brzuchomówcą?! – który podpowiada mi, że co tam się przejmować!
Bo w ogóle, to rzeczywiście jest dobrze. Ba, powiedziałabym, że bardziej niż dobrze – wspaniale! Tylko ja taka jestem „psuja” i ciągłe szukam dziury w całym. Ale… jakoś na razie nie mogę jej znaleźć. Dobrze to czy źle, sama nie wiem! Chciałabym… Czy ja zresztą wiem, czego bym chciała…
ANKA
Tak, ale akcja "Każdy kłos na wagę złota" to nie literacki fikcja. "Świat Młodych" pisał o niej kilka numerów przed tym odcinkiem "5 minut z Anką"
Świat Młodych nr 083, wtorek 12 lipca 1977:
Dlatego napisałem, że słyszałem o wyjazdach, akurat wśród moich znajomych, na wykopki, ale takie coś w Warszawie raczej nie funkcjonowało. (to znajomi, którzy wychowywali się nie w Warszawie).
Twtter is a day by day war
Przeglądając kolejne numery zacząłem zwracać baczniejszą uwagę na różne prace społeczne i tego było dużo. Studenci na przykład mieli całą akcję „Chełm-80” od 1975 roku, coś jak wcześniejsza "Operacja 1001-Frombork" dla harcerzy. Tylko nie wiem w jakim zakresie jako czyn społeczny. Bo darmowa pomoc w budowie odcinka kolejowego, to już by było całkowite przegięcie. A taki materiał jest akurat w numerze z tym najnowszym odcinkiem Anki.
Bo darmowa pomoc w budowie odcinka kolejowego, to już by było całkowite przegięcie.
Tego typu prace, czyli akurat układanie torów tramwajowych na pętli przy Cmentarzu Bródnowskim, to kojarzę jako wykonywane przez więźniów. Ale to trochę wcześniej, jak jeździłem do przedszkola.
Twtter is a day by day war
Więźniom to już na pewno płacili.
Więźniom to już na pewno płacili.
pewnie standardowo, pracują to coś dostają, Choć teraz chyba przy takich pracach nie ma więźniów.
Twtter is a day by day war

Świat Młodych
nr 97 – sobota 13 sierpnia 1977 r.

5 minut z Anką
Hej, życie jest jednak cudowne! Co, może nieprawda! Powiedziałam wczoraj o tym odkryciu – że życie jest cudowne – mojej mamie, a mama od razu na to: „zakochałaś się?!”. Ciekawe, skąd ona to tak szybko odkryła> Nic, słóweńkiem nawet, nie napomknęłam w czasie obozowych relacji o Krzyśku, a ona już wszystko wie. Dochodzę do wniosku, że dorośli są o wiele bardziej przenikliwi niż my. Ja sama pewnie bym nigdy nie wpadła na to, że się Krzyśkowi podobam, gdyby mi Ulka me podpowiedziała tej złotej myśli, a mama… Jednak trochę racji jest w tym, że doświadczenie życiowe to rzecz dla człowieka bardzo ważna. Od dzisiaj innymi oczami zaczynam patrzeć na takie różne powiedzenia i potoczne stwierdzenia.
No, może nie od dzisiaj, a od jutra. Dzisiaj idziemy z Krzyśkiem do parku. Zupełnie bez celu, na taki spacer po prostu. Strasznie dawno się nic widzieliśmy, od wczoraj – okropnie dużo mamy sobie do opowiadania. Ale spotykamy się dopiero za 2 godziny. Muszę ten czas jakoś pożytecznie spędzić. Nawet wiem, co będę robiła – będę się zastanawiała jak się na ten spacer ubrać. Dobrze, że nie ma tu Ulki – wyjechała do babci na wieś – dopiero by miała satysfakcję, te dobrze powiedziała, że mi ta miłość „na rozum padła”. Sama to zresztą wiem. Bo przecież, tak rozsądnie rzecz biorąc, głupotą skończoną jest zajmować się przez cale 2 godziny dumaniem nad strojem. Tym bardziej, że wiele do wydumania nie mam – prawie wszystko uprane i suszy się; w grę wchodzi jedynie czerwona sukienka w białe kropki i niebieskie spodnie z kraciastą koszulową bluzką. Ponieważ zaś w czerwonej sukience byłam w parku wczoraj, to zostają tylko te spodnie.
Albo i nie zostają. To rzeczywiście objaw lekkiego obłędu uważać, że nie można po raz drugi wystąpić w tej samej sukience na spacerze z tym samym chłopakiem. Ileż ja bym ciuchów musiała mieć, żeby za każdym razem, gdy spotykam się z Krzyśkiem, wyglądać inaczej! Nie, nie da rady, szafa jest za malał! Gdzie bym to wszystko trzymała, co bym wreszcie z tym wszystkim po jednorazowym założeniu zrobiła?! A więc – zdecydowałam się – idę w czerwonej sukience.
A może to będzie źle! Niektóre moje koleżanki mówią , że chłopcy nie lubią, gdy dziewczyny są jednostajne i monotonne. Ponoć dlatego właśnie tak często zmieniają obiekty swoich zainteresowań. Gdyby Krzysiek miał mnie zamienić na inną z powodu tej czerwonej sukienki, to bym… Stop! Teraz to już się zupełnie zagalopowałam. Co za bzdury przychodzą mi do głowy?!
Tak, miłość to cudowna rzecz, ale wyczerpująca. Umysłowo!
ANKA
Po pół wieku problem nowego stroju na każdą randkę chyba już nie jest problemem, bo ludzie nie mają żadnego oporu przed wyrzucaniem do śmieci dobrych rzeczy. Wg statystyk jedno ubranie średnio używamy siedem, osiem razy.
Wg statystyk jedno ubranie średnio używamy siedem, osiem razy.
Skąd te statystyki? Ankiety jakieś czy coś? Zimową kurtkę noszę przez tydzień i wyrzucam? Czy jeśli ubiorę kurtkę żeby pojechać w sobotę na zakupy a wieczorem w tej samej kurtce jadę na mecz, to kurtka jest używana raz czy dwa razy?
Twtter is a day by day war
To statystyki tworzone na tych samych grupach reprezentatywnych, które występują w artykułach jak "Cała Polska pasjonowała się związkiem X i Y"...
Dobra, wrzuciłem co znalazłem w sieci. Nie ulega w każdym razie wątpliwości, że teraz ma się do ubrań inny stosunek niż 50 lat temu. Pamiętam od siebie z domu (a matka jeszcze często to powtarza, żebym nie zapomniał chyba :D), że w dzieciństwie często nosiłem jakieś ubrania z drugiej ręki, które później nosił mój młodszy brat, a na koniec takie lepsze trafiały jeszcze często do młodszej siostry ojca i jej dzieci. Mama ze swoich sukienek też nigdy nic nie wyrzucała, jeśli coś u nas wyszło z mody czy z rozmiaru, babka wywoziła to na Litwę i na miejscu przerabiała pod wymiary tamtejszych kuzynek (a się zdarzało czasem, ze panie sprzedawały coś markowego z Mody Polskiej w komisie w Wilnie). Wcześniej było tak samo. mama na studniówkę poszła w sukience, która babka jej uszyła z jakiejś swojej jedwabnej, jeszcze panieńskiej.
A jak oceniasz ze swojej kobiecej strony zagadnienie podstawowe, ogłupiającą pierwszą miłość i chęć podobania się chłopakowi? Bo mnie się ten tekst spodobał.
Temat pierwszego zakochania całkiem fajny, przeszkadza mi tylko trochę, że taki przewidywalny. Było wiadomo, że musi się pojawić, ostatnio autorka go sygnalizowała i proszę, jest. Ciekawe, czy Krzysiek będzie mniej irytujący niż Tadeusz? Biorąc pod uwagę, że autorka raczej powtarza, a nie modyfikuje Magdę, to niestety prawdopodobne... Mam nadzieję, że jednak kalki nie będzie. Prawdę pisząc wolałabym, żeby ten związek nie wypalił i Anka miała jeszcze ze dwóch chłopaków w najbliższych latach. To dużo bardziej realistyczne i edukacyjne, bo te szkolne pierwsze miłości rzadko są na lata, a zauroczenie to nie wszystko.
Co do kwestii ubrań, to rzecz oczywista, że podejście się zmienia. Składa się na to wiele czynników, ale dwa główne to powszechna dostępność i gorsza jakość (w przypadku niskich i średnich cen). Odpadają więc dwie główne przyczyny, które determinowały zwyczaje z czasów, kiedy panował odzieżowy deficyt, ale sweter czy spodnie nadawały się do noszenia przez lata. Do tego dochodzą mody i trendy i pewnie jeszcze inne sprawy. Natomiast tekst, że ubranie zakłada się średnio osiem czy dziesięć razy, może być prawdziwe tylko w odniesieniu do jakiejś wąskiej grupy osób uzależnionych od mody i/albo zakupów. Pewnie takie są, ale na pewno nie są reprezentatywną grupą.
Kilka tygodni temu czytałam artykuł w wyborczej "Obiad w termosie, bez kawy na mieście? To żarty, a nie triki na oszczędzanie. One podjęły prawdziwe wyzwanie" na temat ograniczania wydatków. Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ opisywał on przypadek tak absurdalny, że nie wiedziałam, czy to satyra, czy też autorka żyje w jakiejś bańce. Otóż bohaterka tekstu, która podjęła tytułowe "prawdziwe wyzwanie" tak opisuje swoje wydatki: "Niestety, na ubrania i buty dla siebie i córki wydawałam co miesiąc 1-2 tys. zł w zależności od sezonu i potrzeb. W miesiącach, kiedy to było 1 tys. zł, nie było żadnych szaleństw, wydawało mi się, że zakupy są niezbędne. A to przecież i tak dużo na ciuchy, spróbujmy bez tego. Dalej: przekąski w sklepach spożywczych to ok. 300-400 zł miesięcznie w moim przypadku, dodatki do domu to kolejne 500 zł, takie codzienne, jak czegoś brakuje, bo nie robiłam ostatnio remontu. Ale tu kubek do szczoteczek do zębów, tu dywanik do przedpokoju. Restauracje niestety pożerały też ok. 1 tys. zł, jak ubrania." Potem mamy jeszcze poruszający epizod o tym, jak córka zgubiła w krótkim czasie trzy pary rękawiczek, więc mama pojechała do centrum handlowego i musiała kupić jej nowe za 140 zł. I mam wrażenie, że to właśnie na takim wyobrażeniu o finansach i zakupach opierają się też wspomniane badania i statystyki.



