Forum

Notifications
Clear all

Pięć minut z...

Strona 32 / 36

Maruta
(@maruta)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4428
 

Kilka uwag 😉

Po pierwsze (subiektywnie) dziwi mnie pomysł chodzenia na bez do cudzego przydomowego ogródka. Owszem, zdarzało mi się urwać to i owo, ale z terenów publicznych (PRL-owska mentalność, wspólne więc niczyje) lub zdziczałych. Bzu było pełno, w parkach, alejkach, na skwerkach... Włażenie komuś za płot to mogło być wyzwanie albo "próba odwagi", ale one najwyraźniej latały tam regularnie?

Po drugie, harcerze też nie uznają kradzieży. I naprawdę spodziewałam się powtórki z rozrywki, czyli "narwałyśmy bzu, żeby zanieść pod pomnik w czasie obchodów, a szczepowy na nas nakrzyczał i kazał iść z przeprosinami, chyba miał rację...". Plus za inne rozwiązanie, minus za kolejną sytuację, kiedy nastolatki zachowują się, jakby nie znały żadnych norm i zasad.

I tu po trzecie - naprawdę się uśmiałam, porównując ten tekst z wcześniejszym, o podkradającej pieniądze rodzicom Wandzi. Hipokryzja level master. Że zacytuję autorkę/Ankę: "myślę, że takie podstawowe rzeczy pt. „co jest dobre, a co jest złe?” każdy powinien wiedzieć sam z siebie. Nie powinien?!…" 


OdpowiedzCytat
PawelK
(@pawelk)
Member Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 5938
 

No to my mieliśmy prosto. U nas nie trzeba było kraść ani jabłek, ani bzu, ani irysów, ani tulipanów. Bo mieszkałem w "rozwijającej się" dzielnicy. Co faktycznie oznacza, że wysiedlono ludzi z ich murowanych domków, pod budowę nowych osiedli mieszkaniowych, ale przez lata nie zlikwidowano budynków albo przynajmniej ogrodów. Więc mieliśmy tzw. sady, zarówno niedaleko bloków, gdzie było boisko/klepisko piłkarskie z pełnowymiarowymi bramkami, ale również kawałek dalej - za torami kolejowymi a przed FSO (tam gdzie teraz jest Trasa Toruńska i na dole jest mnóstwo torów) oraz cały kwartał Kondratowicza x Rembielińska x Wyszogrodzka x Chodecka, czyli tam gdzie teraz są bloki i Park Bródnowski. Choć miałem zdarzenie, że siedziałem na drzewie zrzucając jabłka i pojawił się były właściciel, który zaczął nas wyzywać od złodziei. Ale to zupełnie inny przypadek. Bo należy tutaj jednak podkreślić "były".

Twtter is a day by day war


OdpowiedzCytat
Maruta
(@maruta)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4428
 

Właśnie coś podobnego miałam na myśli pisząc o zdziczałych terenach. Pamiętam taką willę (z perspektywy dziecka, więc możliwe, że był to po prostu duży dom). Ewidentnie budynek mieszkalny, ale zrobiono tam małą fabryczkę-szwalnię. Tyle że willa stała w wielkim ogrodzie, którego częścią był wiśniowy sad, kompletnie zdziczały. Cała okolica chodziła tam z wiaderkami, nikt nie miał z tym problemu, bo było wiadomo, że inaczej owoce się zmarnują...


OdpowiedzCytat
PawelK
(@pawelk)
Member Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 5938
 

U nas to były potężne tereny. Zaznaczyłem na mapie google.

1764145342-Sady.jpg

Twtter is a day by day war


OdpowiedzCytat
Hebius
(@hebius)
Męber Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4301
Topic starter  

Świat Młodych
nr 61 – sobota 21 maja 1977 r

5 minut z Anką

Obłęd, koniec świata, wszyscy kota istnego dostali z poprawianiem stopni. Ulka twierdzi, że przez cały tydzień z 10 godzin najwyżej spała, bo ryje historię. Marzena poprawia się z kilku przedmiotów, ja sama spędzam co drugi dzień w towarzystwie syna koleżanki mojej mamy, studenta chemii. Cóż, chemia mnie nie leży, o własnych siłach (i aspiracjach) wyżej czwórki nigdy w życiu bym nie dociągnęła. Mama ma aspiracje większe, a i mnie się ta kolarska atmosfera już też udzieliła. Kolarska, bo to zupełnie jak w Wyścigu Pokoju – meta tuż, tuż, a wszystko może się jeszcze zdarzyć. Np. … lider odpaść na ostatnim etapie. Podejrzewam, że grozi to Ulce. Ona tak się tej historii zaciekle uczy, że w moim przekonaniu szczyt formy osiągnęła już przed kilkoma dniami, a teraz – czym więcej kuje, tym bardziej jej się wszystko plącze. Mnie też może grozić – dawka chemii, którą w siebie teraz wtłaczam stanowczo przekracza moją wytrzymałość. Ale kto wie – może  d o s t a n ę   p i ą t k ę ? !

Byłoby to spełnienie marzeń mojej mamy, nie moich. Ja chemikiem nie mam w życiu zamiaru zostać, probówek z różnymi kwasami wręcz się boję, że wybuchną, zadania nie wydają mi się wstrząsające, a pani od chemii mało sympatyczna. To nie znaczy, że nie uczę się chemii lub jej nie umiem. Umiem, czwórkę dostałabym zapewne sama z siebie, ale wyścig do piątki – to katorga. Całe szczęście, że superklasówa dla poprawiających się będzie już w poniedziałek! Ulka ma gorzej – historię poprawiają dopiero w czwartek. Biedna Ulka! Ja sobie w poniedziałek pójdę na duże lody i do kina, a ona będzie jeszcze ryła jak kret. Siebie zresztą też mi żal – jutro niedziela, a ja dwie najpiękniejsze godziny dnia muszę spędzić w towarzystwie studenta. Całe szczęście, że jest przystojny! Do Marzeny przychodzi taka korepetytorka z matematyki, która ma 65 lat, wąsy jak mężczyzna i przemawia do niej per „droga dziecinko”.

Właściwie, to… nie rozumiem. Tyle się wszędzie mówi i pisze o tym, że dobry uczeń, to taki, co ma sprecyzowane zainteresowania i w wybranych przedmiotach reprezentuje wiedzę wykraczającą poza program szkolny, a z innych ma mocne tróje i czwórki. I co z tego, że się tak mówi i się pisze?! Dlaczego nikomu poza mną nie wystarcza moja mocna trója (lub nawet czwórka) z chemii?! Dlaczego wszyscy uważają, że Ulka, która jest super gwiazdą szkoły od matematyki i fizyki powinna mieć piątkę z historii?! Dlaczego musi mieć piątki ze wszystkiego Marzena i jeszcze inni?! Kto mi na to odpowie?!

ANKA

 


OdpowiedzCytat
Maruta
(@maruta)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4428
 

Nie będę krytykować, bo mogło być różnie, ale u mnie takie sytuacje zdarzały się raczej w szkołach średnich i to nie masowo. W podstawówce to były jednostkowe przypadki. Ale może Warszawa w latach 70. była ambitniejsza?


OdpowiedzCytat
PawelK
(@pawelk)
Member Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 5938
 
Wysłany przez: @maruta

Ale może Warszawa w latach 70. była ambitniejsza?

Nie kojarzę takiej presji wcale. Wiadomo, że były sytuacje, w których niektórzy musieli wyciągnąć się z dwójki, ale presji na wszystkie przedmioty nie było. Choć w liceum jeden z kolegów, po maturze, przyznał się, że brał korki z polskiego przez całe liceum. Polonistce szczęka opadła, bo to był jeden z najlepszych uczniów.

Twtter is a day by day war


OdpowiedzCytat
Hebius
(@hebius)
Męber Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4301
Topic starter  

Świat Młodych
nr 64 – sobota 28 maja 1977 r.

5 minut z Anką

Od paru lat łamie mnie pod koniec maja ten sam dylemat – Dzień Dziecka. Dotyczy mnie to święto czy nie?! Właściwie, to czym więcej świąt do obchodzenia, tym człowiekowi lepiej – okazja do porcji tortu, do prezentów… Czemu niby nie?! Z drugiej jednak strony, nijako jakoś – dzieci, to przecież raczej takie zupełne maluchy, a ja już do maluchów od wieków się nie zaliczam. I wcale bym się do nich zaliczać nie chciała!

Tata się z tych moich łamań mocno nabija i już od połowy maja zadaje w mojej obecności babci takie pytania: „No, jaką też mi mama na Dzień Dziecka niespodziankę szykuje?! Umieram z niecierpliwości! Mamusia zdradzi rąbka tajemnicy, co?!” A gdy babcia robi tzw. zdziwione oczy, dodaje: „Przecież jestem Twoim dzieckiem, no nie?!”. Babcia się wtedy śmieje, a ja – czuję się… drętwo. Wiem przecież, że ta cała mowa nie taty dotyczy tylko mnie i że to jest takie pokpiwanie sobie ze mnie.

Najgorsze ze wszystkiego to to, że dylematy, to ja mam, ale z ambicją w tej dziedzinie niestety u mnie krucho. Nie mogę się zdobyć jakoś na dorosłą decyzję, żeby powiedzieć: „Kochani, nie jestem już dzieckiem, a więc żadnego Dnia Dziecka nie obchodzę!” Po prostu i najzwyczajniej w świecie jest mi żal. I tego tortu świątecznego, i prezentu, który na pewno dostanę… I ten mój brak ambicji powoduje, że jednak Dzień Dziecka obchodzę. Cichcem, bo cichcem, ale tak.

Cichcem dlatego, że wstydziłabym się swojej klasy. W końcu już prawie w VIII jesteśmy i cała klasa chóralnie wyraża swój brak zainteresowania dla tego święta. Owszem, w ogóle, to się do niego przygotowujemy – wszystkie siódme organizują wielki festyn dla maluchów w wieku przedszkolnym i zuchowym, ale cały czas jest mowa o tym, że my jesteśmy ci dorośli organizatorzy, którzy dla tych małych szykują niespodziankę. Ale byłoby śmiechu, gdyby okazało się, że ja w swoim domu też jestem taki maluch!

Podejrzewam co prawda, że tak naprawdę, to nie jestem w tym swoim strachu całkiem odosobniona, ale… nikt się do czegoś takiego głośno nie przyzna. Ulka np. twierdzi, że u niej w domu Dzień Dziecka skończył się gdy przeszła do IV klasy, a Marzena jest tak dorosła już od urodzenia, że ponoć nigdy go nie obchodziła. Czy ja wiem…?! Zaczynam nabierać kompleksów. Ale co mi tam! Uwielbiam torty i nie jestem w stanie darować tej okazji. A kto w końcu może stwierdzić, że wcinam ten świąteczny tort jako dziecko czy jako osoba dorosła?! Nikt, prawda?!

ANKA

_____

Powtórka z rozrywki i to taka z dość słabszych w sumie, z wydumanymi problemami. I zaczyna mnie irytować, że autorka zapomniała całkiem, że Anka ma starszego brata. Przy Dniu Dziecka by to można rozegrać jakoś ciekawie.

Rozterki Magdy, gdyby ktoś chciał sobie przypomnieć, są tu: Rozterki szarpią mą duszę. Jak zwykle już od paru lat w dniu 1 czerwca.


OdpowiedzCytat
Maruta
(@maruta)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4428
 

Niestety mam coraz silniejsze wrażenie, że autorka idzie na łatwiznę, żeby nie użyć bardziej dosadnego określenia... Już wcześniej wspominałam o zaginionym bracie, ale tutaj aż się prosi, by o nim wspomnieć. Po pierwsze, dowcipy taty Anki są właśnie na poziomie starszego brata, który na dodatek mógłby dokuczać siostrze bardziej złośliwie. Po drugie, jeśli Anka ma starszego brata to przecież nie jest to taka pierwsza sytuacja w rodzinie, albo nadal (mimo wieku) obchodzi on Dzień Dziecka, albo jakoś to obchodzenie się zakończyło. A po trzecie - podejrzewam, że cały ten odcinek to przeróbka jakiegoś nieudanego tekstu o Magdzie, bo ni z gruszki, ni z pietruszki pojawia się babcia, której w życiu Anki dotąd nie było, ale która odgrywała ważną rolę w historiach Magdy.


OdpowiedzCytat
Maruta
(@maruta)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4428
 

I jeszcze jedno - kiedy "Magda" ogłosiła, że przekazuje pałeczkę młodszej koleżance, miałam wątpliwości, czy to może się udać. Pisałam wtedy: "Ponieważ powtarzanie wątków z Magdy byłoby nudne może się okazać, że ma sporą rodzinę, psa i jest humanistką 😉 No i na chłopaka za wcześnie, więc pewnie będzie jakiś wieloletni kumpel, bo w tym wieku mieszane grupy koleżeńskie są bardziej rozpowszechnione.", bo uznałam, że jedynym sposobem, żeby to wypaliło, jest duże odróżnienie tych postaci. Inne środowisko, inna rodzina, inny charakter. Na początku wydawało się, że przynajmniej częściowo tak będzie - Anka ponoć lubi historię, ma brata a "jej" zastęp składa się z dziewcząt i chłopców. Niewiele, ale jakiś tam punkt wyjścia do nowych problemów jest. Niestety dosłownie nic z tego nie zostało wykorzystane! Zwłaszcza ten brat, który powinien pojawić się już w wielu opisanych sytuacjach, a o którym nie pamięta ani Anka, ani autorka. 


OdpowiedzCytat
Hebius
(@hebius)
Męber Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4301
Topic starter  

No właśnie, nieobecność brata, który miał być a nie jest, coraz mocniej uwiera. Mam nadzieje, że autorka w końcu sobie jednak o nim przypomni, bo Anka przekaże pałeczkę Grażynie z VIII klasy za kilka lat dopiero (ostatni odcinek "5 minut z Anką" to "Świat Młodych" 1981-01-03 nr 001). 

Co do Grażyny - wydaje mi się, że jej karierę zakończył stan wojenny. Przeglądałem początkowe numery Świata Młodych z 1982, te zaraz po reaktywacji pisma i już nie trafiłem w nich na "Z notatnika Grażyny".


OdpowiedzCytat
Hebius
(@hebius)
Męber Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4301
Topic starter  

Świat Młodych
nr 67 – sobota 4 czerwca 1977 r.

5 minut z Anką

No i tak! Nawet szybko poszło, ani się obejrzałam, a już… jestem ósmoklasistką. Niby to dopiero od sierpnia, ale przecież dzisiaj dostanę świadectwo w garść, a na nim jak wół napisane, że promocję do klasy ósmej niniejszym uzyskałam. Więc tak naprawdę, to już od dzisiaj.

Cieszę się! Autentycznie! To jednak dobra sytuacja, gdy człowiek jest najstarszy w szkole i gdy już nikt nie może z przekąsem powiedzieć: „Co ty tam wiesz, ty pętaku!” A bo raz nas tak dotychczasowi ósmoklasiści traktowali?! Teraz już nie będą, sami nimi będziemy. Ho-ho, to się naużywamy ósmoklasowych przywilejów! U nas w szkole, jak idziemy np. do kina, to najlepsze miejsca dostaje zawsze ósma klasa. W bibliotece szkolnej też – ósma klasa ma pierwszeństwo w wypożyczaniu najatrakcyjniejszych książek. Jak jest jakaś wycieczka – tak samo, ósma klasa na czele, przed wszystkimi. Fajnie, nie?! Dotychczas, to… złościłam się lekko na tych uprzywilejowanych i na te zwyczaje, ale teraz – bomba, któż nie lubi być sam w pozycji uprzywilejowanego?

Przypadną nam też w związku z tym w udziale najważniejsze funkcje w samorządzie szkolnym, to też zwyczaj – ale się narządzimy! Sama mam kilka pomysłów w sprawie kapci, tarcz, mleka na śniadanie itp. Pozmieniałabym tu i owo, usprawniła gdzieniegdzie. Co ja zrobię, kiedy lubię tak sobie planować?! Ulka się ze mnie naśmiała, kiedy jej o tych swoich rozmyślaniach na wyżej wspomniany temat doniosłam. Mówi, że jestem naiwna, bo bycie najstarszym, to żadna frajda tylko orka. Hm, dlaczego zaraz orka?!

Fakt, w ósmej klasie człowiek musi się uczyć znacznie solidniej, żeby mieć dobrą średnią, ale to przecież rzecz oczywista i bez przesady – trudno uczyć się 24 godziny na dobę! Nie wiem, Ulka coś tam szeptała o obowiązkach, o odpowiedzialności… Jeśli o mnie chodzi, to obowiązków się nie boję, byle były sensowne, a odpowiedzialność, to też zaszczyt a nie ciężar. No… może czasami faktycznie bywa ten zaszczyt co nieco uciążliwy, ale tak na ogół, to przecież przyjemnie wiedzieć, że jest się ważnym, że od ciebie coś tam zależy.

Stop! Coś mi się wydaje, zaczyna mi się wydawać, że strzeliłam jak ostatnia samochwała. Tak by Ulka pewnie powiedziała. Może by i miała odrobinę racji, ale tylko odrobinę. Bo to przecież chyba nie wstydliwego, jeśli człowiek jest zadowolony, że robi się dorosły. Ja tam się nie wstydzę – niech żyje ósma klasa!

ANKA

 

Tekst mi się skojarzył jakoś średnio pozytywnie, z falą w wojsku. 

Ze swojej edukacji nie zapamiętałem żadnych przywilejów dla ósmoklasistów.


OdpowiedzCytat
Maruta
(@maruta)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4428
 

Przyznam, że mam w tym momencie skojarzenia z Niziurskim 😉 .

Też nie pamiętam przywilejów dla ósmoklasistów. Za to rozbawił mnie fragment o samorządzie. U mnie w podstawówce większość wcale się do samorządu nie rwała. To było atrakcyjne dla czwarto - czy piątoklasistów, którzy nie wiedzieli za bardzo, o co chodzi. Potem wyłaniała się z rocznika grupa "zaangażowanych", którzy jakoś tam działali i było wiadomo, że to oni będą w samorządzie. Dodatkowo nie było tak, że w skład wchodzili sami ósmoklasiści, byli i uczniowie rok młodsi, z tym że nie na najważniejszych miejscach. W rezultacie o rok następowała wymiana pokoleniowa: ci siódmo, którzy stawali się ósmo, przejmowali główne funkcje, a resztę składu uzupełniali nowi ósmo i siódmo. 


OdpowiedzCytat
PawelK
(@pawelk)
Member Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 5938
 

Trochę to brzmi infantylnie. Chodziłem do 8 klasy kilka lat później i takie rzeczy brzmią jak ze słabej książki dla dzieci. To chyba jest błędne wyobrażenie dorosłych zajmujących się wówczas systemem nauczania, że każde dziecko marzy o tym żeby być w samorządzie bo to nobilituje. I nie jest ważne czy klasowym czy szkolnym. Poza tym sto procent szkół w tym czasie w Polsce, to były szkoły osiedlowe/wiejskie i do szkoły przenosiło się zasady z podwórka a tam nie wychodziło się ze swojej roli przed ukończeniem 16-17 lat, gdy gówniaki już nie były partnerami.

Twtter is a day by day war


OdpowiedzCytat
Hebius
(@hebius)
Męber Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4301
Topic starter  

Ja ze swojej podstawówki w ogóle nie kojarzę samorządu szkolnego. Może nie było? W klasie był jakiś przewodniczący, który nic nie robił (chyba kilka razy mi się zdarzyło pełnić taką funkcję, bo kogoś trzeba było wybrać i padało na mnie, fujarę) i skarbik do zbierania składek. 


OdpowiedzCytat
Maruta
(@maruta)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4428
 
Wysłany przez: @hebius

Ja ze swojej podstawówki w ogóle nie kojarzę samorządu szkolnego. Może nie było?

Być musiał, ale to właśnie tak działało, że 90% uczniów miało to gdzieś...


OdpowiedzCytat
Hebius
(@hebius)
Męber Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4301
Topic starter  

Ostatnie teksty były tak słabe, że pomyślałem - wrzucę coś dodatkowego, ciekawszego, dla podtrzymania zainteresowania tematem. A akurat w numerze z kolejnym felietonikiem "5 minut z Anką" trafił mi się tekst podpisany przez samą Barbarę Tylicka, którą jest nadal moją główną podejrzaną jeśli chodzi o autorstwo tych przedrukowywanych dziewczęcych wynurzeń.

Świat Młodych
nr 70 – sobota 11 czerwca 1977 r.

Znam pewną sympatyczną rodzinę: ojciec, matka, dwie dorastające córki, starsza Kasia i młodsza Mela. Pewnego dnia spotykam na przystanku zapłakaną Melę w towarzystwie zdenerwowanej matki. Przeczuwając jakąś tragedię, nie śmiem zadawać pytań, rzucam więc nieobowiązująco:

– Spieszycie się gdzieś, może zatrzymać taksówkę?

– Nie, nie potrzeba, my do teatru, na siódmą, mamy jeszcze czas.

Odetchnęłam z ulgą, ale zastanawiałam się dalej nad możliwą przyczyną zdenerwowania i rozpaczy. Dopiero jednak następnego dnia matka Meli wpadła do nas niespodziewanie i tym razem ona zalewała się łzami.

– Mam niewdzięczną córkę, chciałam zrobić jej przyjemność… Z Kasią miałam kłopoty, ale Mela jest wprost niemożliwa; kiedyż wreszcie minie ten wiek przejściowy…

Otóż matka Meli nie mogąc sobie wyjaśnić, skąd się u jej córki biorą muchy w nosie, nagłe stany rozdrażnienia, niewytłumaczone powody do łez itp., udała się do psychologa. Pani psycholog wytłumaczyła zmiany nastrojów jako naturalne: Mela przechodzi okres dojrzewania, jest w wieku przejściowym. Poradziła, aby matka starała się częściej przebywać z córką, niech idą razem na spacer, do teatru…

Dalszego ciągu łatwo się domyśleć. Właśnie wczoraj matka Meli odkupiła od koleżanki dwa bilety na „Balladynę”, a w domu już od progu zawołała uradowana:

– Córeczko, pójdziemy dziś razem do teatru!

Mela spojrzała na matkę z najwyższym zdziwieniem i oburzeniem.

— Co mamie nagle przyszło do głowy! Ja się umówiłam z Elką…

— Sama rozumiesz — tłumaczyła mi potem matka Meli — że w tym momencie wyszłam z siebie. To ta spieszę się do domu, obładowana tymi siatami, w perspektywie mam nocne gotowanie, a ta… Postanowiłam jednak na swoim. Pobeczała się, ale do teatru razem poszłyśmy. Siedziałyśmy obok siebie milczące jak dwa kołki w płocie, a dziś ona się do mnie w ogóle nie odzywa…

Niewdzięczna córka, despotyczna matka — czyżby to była prawda?

— Ile masz lat? — zapytałam mojej znajomej.

— Ja, no przecież wiesz, czterdzieści osiem.

— To znaczy ty także jesteś w wieku przejściowym jak Mela, ona dojrzewa, a ty przekwitasz — takie życie. Czy ona próbuje się tobą opiekować?

Pytanie wprowadziło moją znajomą w najwyższe zdziwienie: przecież to dziecko, ona jest matką — więc próbuje może nieudolnie, pomóc córce, to przecież naturalne, jej obowiązek, chciałaby jej pomóc, ulżyć…

A córka? Mela, skądinąd bardzo miła dziewczyną, ani przez chwilę nie pomyślała o matce, o jej intencjach, o sposobie załagodzenia sporu…

Cóż, zrozumieć drugich jest czasem równie trudno jak zapomnieć o sobie a nieporozumienia zdarzają się w najlepszych rodzinach. Rzecz w tym, aby próbować wyjaśniać, a nie zapiekać się w dumie i krzywdzącej niewytłumionym żalu. A z tym wiekiem przejściowym chyba zwykła przestaje eksponować się na całe nasze życie jest poniekąd przejściowe, czyż nie tak?

BARBARA TYLICKA


OdpowiedzCytat
PawelK
(@pawelk)
Member Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 5938
 

No chyba ta kobieta żyła w jakiejś bańce. Co to za imię Mela? Melania? Tak mogła mieć na imię jej babcia, ale nie dziecko urodzone w latach 60. Mama ma 48 lat, więc młodsza córka pewnie ok. 18. Powaga? Z 18 letnią córką mama idzie do teatru??? Moja mama chodziła z nami do teatru jak mieliśmy 7-10 lat, później czasami ze szkołą. Ale nie 18 latka. A pomysł, że w 77 roku matka poszła z 18 latką do psychologa to już zupełny odlot. Dziewczyna by matkę wyśmiała a matka by się bała odezwać, żeby ta nie uciekła z domu, bo "już jest dorosła".

Twtter is a day by day war


OdpowiedzCytat
Maruta
(@maruta)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4428
 

No nie, tekst jest całkiem dobry i życiowy. Imię dziwne, ale czy niemożliwe? Zdarzały się takie przypadki, że córka dziedziczyła imię po prababci. Albo mama była fanatyczną wielbicielką "Przeminęło z wiatrem". Druga sprawa - jeśli matka ma 48 lat, to córka może mieć spokojnie 14 czy 15. Owszem, w latach 60. wiek matek był niższy, ale późne ciąże nie były jakimś ewenementem. Moja babcia pierwsze dziecko urodziła jako dziewiętnastolatka, drugie w 14 lat później. Na ok. 15 lat wskazują też słowa o wieku przejściowym, a także to, że tekst ukazał się w "Świecie Młodych", a nie np. "Filipince". Po trzecie nie ma wzmianki o tym, że matka Meli zabrała ją do psychologa. Podejrzewam, że sama do niego poszła z "nie mogę sobie poradzić z córką, ona jest taka nieposłuszna, co mam robić, pani doktor?". W końcu, pomysł pójścia z córką do teatru "na siłę" jest przykładem dość częstego zachowania rodziców, którzy w pewnym momencie orientują się, że stracili kontakt z dzieckiem. Oczywiście to nie musi być teatr, może być wycieczka na łono przyrody, wizyta w muzeum, zabawa kolejką elektryczną czy seans "Nowej nadziei". Kluczowe jest to, że rodzic zakłada, że wie, co będzie dobre dla dziecka, nie próbując zorientować się, co to dziecko lubi, a wręcz ignorując jego preferencje. Dlatego efekt jest odwrotny do zamierzonego - zamiast zbliżyć wywołuje konflikt.

Dla mnie najsłabsza jest końcówka, która została skonstruowana tak, by uzasadnić publikację tego tekstu (skierowanego raczej do dorosłych) w gazecie dla młodszych nastolatków.


OdpowiedzCytat
PawelK
(@pawelk)
Member Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 5938
 

I tak i nie. Ok, niech będzie 15latka, i matka sama poszła do psychologa. W latach 70 15latka wyjeżdżała na wakacje z koleżankami a nie chodziła z mamą do teatru. A mama chodziła do wychowawczyni w szkole a nie do psychologa. No i żaden rozsądny psycholog by nie postawił diagnozy bez drugiej strony. Więc jedyną odpowiedź jaką powinna uzyskać, to "niech pani przyjdzie z córką".

A co do imienia, może tak, odziedziczyła po prababci, choć chodząc do dwóch podstawówek i i liceum i będąc na studiach, nie spotkałem się ani w starszych klasach/grupach, ani młodszych z imionami po prababciach. Były Kaśki, Marzeny, Renaty czy Hanki, ale nie Melanie czy Ludwiki.

No i ten nieszczęsny teatr, poważnie? Teatr z Balladyną, przecież dobrze wiemy, że 15latka chętnie by poszła do teatru, pod warunkiem, że w sztuce by grał Leszek Teleszyński, może Marek Perepeczko. Wtedy sztuka nieważna. Ale wtedy nawet ta 15latka by nie płakała na przystanku.

Twtter is a day by day war


OdpowiedzCytat
Strona 32 / 36
Share: