Nawet na wsi nikt się brudną wodą nie oblewał, więc tutaj autorka trochę odjechała.
Obżeranie, no fakt, obserwuje się wzmożony ruch po sklepach, ale wydaje mi się, że już nie ma niegdysiejszej tradycji długiego biesiadowania przy stołach, bo i rodziny nie spotykają się w dużym gronie przy okazji świąt. Akurat nie bardzo pamiętam jak to było przy Wielkanocy, ale przy wigilii, gdy chodziliśmy z rodzicami do dziadków, a czasem do kumów dziadków, bo był jakiś okres, gdy święta urządzali wspólnie i naprzemiennie, to kolacja trwała od pierwszej gwiazdki do momentu wyjścia na pasterkę, czyli tak mniej więcej od 17 do 23:30, bo do kościoła było blisko.

Świat Młodych
nr 46 – sobota 16 kwietnia 1977 r

5 minut z Anką
Wszystkie kochamy się w… Pst, to tajemnica – w jednym Aktorze. Już dawno, niedługo będzie rok. Zbieramy Jego zdjęcia, wycinamy z gazet i czasopism artykuły o Nim… Największy album ma Marzena, bo jej rodzice prenumerują chyba wszystkie kolorowe tygodniki. Ale zaraz po Marzenie jestem ja. Bo ja Go więcej niż kocham. On jest moim ideałem. Raz widziałam Go w ciągu tego roku w teatrze, raz – na ulicy, pod domami „Centrum” w Warszawie.
Ulka mówi, że jestem frajerką, bo trzeba było podbiec i o autograf poprosić, a ja – zaniemówiłam, nogi mi wrosły w chodnik, oczy wytrzeszczyłam w jeden punkt. Dziewczyny miały potem do mnie przez dobrych parę tygodni pretensje, że nie wykorzystałam okazji. To było jeszcze przed feriami zimowymi.
Potem… jakoś o Nim zapomniałam. Owszem, album prowadziłam nadal, ale już bez… bicia serca. Dopiero teraz, niedawno. Właściwie to Marzena zaczęła. Przyszła któregoś dnia i mówi, że trzeba do Niego list napisać. Papeterię nawet ze sobą przyniosła, taką superextra – seledynową w białe serduszka, co to jej tata w zeszłym roku z Finlandii przywiózł. Marzena bardzo ją oszczędza i tylko Najważniejsze Listy Miłosne na niej pisze. Czyli ten list jest dla niej, dla Marzeny, ważny – aż coś we mnie w tym momencie z zazdrości podskoczyło. Ale nic, na razie nie mówiłam. Dopiero potem, jak przyszło do zdjęć – Basia zaproponowała, żebyśmy do listu dołączyły swoje zdjęcia, niech wie, kto pisze – pomyślałam sobie, że wcale nie chcę, aby moje zdjęcie było w tłumie innych. I powiedziałam, że nie, że ja swojego nie dam.
Ale na mnie naskoczyły! Że egoistka jestem, że jak razem, to razem, że ja się ze spółki wyłamuję… Też mi spółka – do miłości! Zacięłam się jednak w sobie i – nie. One na mnie huzia, a ja – ani słowa. W końcu dały mi spokój, ale – to było przedwczoraj – od dwóch dni się do mnie nie odzywają, jestem dla nich powietrzem.
Nie wiem, czy wysłały do Niego ten list na seledynowym papierze w białe serduszka. Pewnie… tak, bo takie zadowolone są z siebie. A ja – listu nie wysłałam. Próbowałam, ale… nawet zacząć nie potrafię, nie wiem jak. I myślę, że pewnie już nigdy go nie wyślę. Bo niby o czym mam w nim napisać – że album od roku kleję?! Bezsens! W ogóle – po co mi ten album?! – po co mi ten Aktor?!
Nie mam pojęcia, ale… chyba po nic!
ANKA
_________
Autorka wróciła do tematu. Przypomnę, że koleżanki Magdy kochały się w Stasiu Tarkowskim, czyli Tomku Mędrzaku. W kim się kochała Anka trudno zgadnąć. W 1976 sukcesy na polskich kinowych ekranach święciła Trędowata, więc może dziewczyny zachwyciły się Leszkiem Teleszyńskim?
Leszkiem Teleszyńskim
Leszek Teleszyński sympatyczny facet. Miałem okazję widywać go regularnie w bufecie Teatru Polskiego, 30 lat temu. Zawsze wchodząc mówił dzień dobry, paniom w bufecie dziękował. Co nie zawsze było normą, szczególnie wśród młodych aktorów.
Na stówę by dał autograf.
Twtter is a day by day war
Drugi z rzędu tekst powtórkowy. Jak się spodziewałam, autorka robi recykling popularnych tematów. Czytelnicy się pewnie wymienili, tylko osoby czytające niejako ciągiem(jak my 😉 ) mogą się zorientować.
Rzeczywiście pasuje chyba tylko Teleszyński. Kilka miesięcy później wybór byłby większy, ale pierwsza połowa 1976 roku to była amantowa posucha 😉 . Swoją drogą, miło ujął mnie fragment o tym, że Anka swojego idola widziała w teatrze. Choć może ze szkołą poszli? Tylko trudno zgadnąć, na co (zakładając, że chodzi o Leszka). Teleszyński po "Trędowatej" zrobił sobie przerwę od teatru, a do tego można wprawdzie znaleźć daty premier, ale trudno ustalić, jak długo grano poszczególne spektakle i co mogła widzieć Anka. Ale to już tylko zabawa, bo nie ma pewności, czy autorka podała prawdziwe informacje. Ale jakby tak było, to mi pasuje "Mazepa" 😉
Mazepa dla siódmoklasistki to nie zbyt ambitnie?
A tak ogólnie - w zasadzie większość problemów w życiu nastolatków z różnych pokoleń jest powtarzalna. Chociaż akurat to prowadzenie zeszytów z wycinkami zdjęć idoli skończyło się chyba jakoś w połowie lata osiemdziesiątych. Nie pamiętam, żeby moje koleżanki z klasy miały takie albumy.
Mazepa dla siódmoklasistki to nie zbyt ambitnie?
Ci aktorzy nie grali w przedstawieniach dla dzieci, a u Teleszyńskiego w tym okresie nie było nic pasującego, jak np. "Zemsta". Ewentualnie "Pigmalion", ale tam grał małą rolę. Tylko w "Mazepie" większą. A że Słowacki, to i siódmoklasiści mogli iść. Oczywiście przy założeniu, że chodzi o Teleszyńskiego, a nie jakiegoś fikcyjnego Aktora, któremu autorka mogła przypisać dowolną ścieżkę kariery.
A tak ogólnie - w zasadzie większość problemów w życiu nastolatków z różnych pokoleń jest powtarzalna. Chociaż akurat to prowadzenie zeszytów z wycinkami zdjęć idoli skończyło się chyba jakoś w połowie lata osiemdziesiątych. Nie pamiętam, żeby moje koleżanki z klasy miały takie albumy.
Ja miałam zeszyt z wycinkami, najpierw ze "Świata Młodych", potem z innych kolorowych czasopism, ale nie poświęcony żadnemu konkretnemu tematowi czy osobie. Jeszcze z "Filmu" coś wycinałam na początku, jednak szybko zaczęłam zbierać całe numery. Ostatnie wycinki, jakie pamiętam, były z gazet typu "Tele Tydzień", gdzie pojawiały się ciekawe artykuły, ale nie opłacało się zachowywać całości z programem, z tym że wtedy już od dawna ich nigdzie nie wklejałam. Na pewno miałam zachowany artykuł po śmierci Kieślowskiego, czyli 1996 rok.

Świat Młodych
nr 49 – sobota 23 kwietnia 1977 r

5 minut z Anką
Osłupiałam! Autentycznie i dokumentnie! Bo rzecz jest niebanalna – ni mniej ni więcej tylko… oświadczono mi się. Albo, prawie że. Fakt!
W ogóle – głupia sprawa. Cała głupota zresztą po mojej jest stronie. Chociaż… troszkę winna jest Marzena. Było to zaraz po rozpoczęciu roku szkolnego, przeglądałyśmy jakieś czasopismo, gdzie były adresy takich, co chcą korespondować. Marzenie bardzo przypadły do gustu zdjęcia dwóch chłopaków, bo i zdjęcia przy tych adresach były. „Do tego napisz, ja, a do tego – ty!” stwierdziła. No i napisałyśmy. Ponieważ zaś kandydatami na korespondentów byli studentami, doszłyśmy do wniosku, że nie honor przyznawać się do naszego mikro-wieku, postanowiłyśmy więc, że wystąpimy w charakterze uczennic szkół średnich, najlepiej – klas maturalnych. I tak się też stało. Z tym, że Marzena na swój list żadnej odpowiedzi nie dostała, a „mój” Andrzej odpisał mi zaraz. Zupełnie sympatyczny to był list i nawet żal mi się zrobiło, że takiego miłego chłopaka nabieram, ale Marzena szybciutko wybiła mi skrupuły z głowy.
„Coś ty — mówi — chcesz zepsuć taką bombową zabawę?! Ja ci pomogę pisać listy do niego!” Najpierw pomagała, potem znudziło jej się i zabawę kontynuowałam dalej sama. Starałam się jak mogłam, żeby wydać się Andrzejowi prawdziwą maturzystką o głębokich zainteresowaniach. On studiuje polonistykę więc napisałam mu, że i też bym chciała podjąć te same studia po maturze. Bardzo się ucieszył. Przysłał mi mnóstwo różnych informacji i wskazówek jak przygotowywać się do egzaminów wstępnych. Ja z kolei zdawałam mu sprawozdania z tych moich niby przygotowań. Dyskutowaliśmy w listach o książkach, o filmach i tak w ogóle, o życiu. Okazuje się, że moje wysiłki nie poszły na marne i gra udała mi się na medal, bo Andrzej uwierzył, że ma do czynienia z zupełnie poważną osobą.
Ten ostatni list przyszedł we czwartek. Andrzej zaprasza mnie w nim, zaraz po mojej maturze do swoich rodziców. Chce żebym ich poznała, żeby oni poznali mnie, bo… jestem rozsądną dziewczyną. Tak napisał — „rozsądną dziewczyną”. Rety, żeby on wiedział, jaka ja naprawdę jestem!
Za Chiny nie wiem po jakiego diabła to zrobiłam?! Muszę mu odpisać. Że moja matura, to w najlepszym wypadku za pięć lat będzie. Muszę go przeprosić. Za ten kosmiczny wygłup. Muszę…
No nie! Zupełnie nie warto udawać kogoś innego!
ANKA
Catfishing w wersji retro... I bardzo głupia, nieprzyjemna sytuacja. Aż chciałabym, żeby Anka poniosła jakieś poważniejsze konsekwencje, nie dlatego, że jakoś potężnie ją winię, ale dlatego, że wydźwięk tekstu jest niby potępiający, ale tak płytko, że właściwie może zachęcić do takich "zabaw".
Oj, nie zapominaj, że to tylko dziecko, ona jeszcze nawet piętnastu lat nie ma (data urodzin – 11 listopada 1962 r.).
W każdym razie problem poruszany przez autorkę jest na pewno nadal żywy, w naszych internetowych czasach zapewne nawet aktualniejszy, bardziej powszechny, niż pół wieku temu. Bo to u Anki to jednak tylko głupiutka zabawa dziewczynek, które nie myślały o konsekwencjach i w sumie nic złego nie chciały zrobić.
Oj, nie zapominaj, że to tylko dziecko, ona jeszcze nawet piętnastu lat nie ma (data urodzin – 11 listopada 1962 r.).
W każdym razie problem poruszany przez autorkę jest na pewno nadal żywy, w naszych internetowych czasach zapewne nawet aktualniejszy, bardziej powszechny, niż pół wieku temu. Bo to u Anki to jednak tylko głupiutka zabawa dziewczynek, które nie myślały o konsekwencjach i w sumie nic złego nie chciały zrobić.
I dlatego ten odcinek jest nieprawdziwy. Czternastolatka dyskutująca ze studentem polonistyki o literaturze? By musiała być wybitnym umysłem. Oni nawet wspólnych lektur nie mieli prawa mieć, więc o czym dyskutowali? O Rogasiu z doliny Roztoki? A może o filmach w kinach? Przecież ona nawet na filmy od 16 lat nie mogła wchodzić. Dwa rozłączne światy bez części wspólnej.
Twtter is a day by day war
Napisałam, że jej szczególnie nie winię, ale tekst ma mieć wydźwięk wychowawczy. Żeby osiągnąć ten cel musi udowodnić, że zachowanie Anki w tym przypadku było złe i na 100% nie należy robić takich rzeczy. A tymczasem jako minus dostajemy "ojojoj, trochę głupio wyszło", a po stronie "plusów" (w oczach młodych czytelników): zainteresowała sobą dużo starszego chłopaka/studenta, wykazała się wiedzą i inteligencją, dobrze się bawiła, ów dużo starszy chłopak zaczął traktować ich znajomość poważnie, na tyle, że chciał kontynuować ją w realu, czyli w jakimś stopniu się zakochał. Dla czternastolatki to potężny zastrzyk satysfakcji i pewności siebie, jakby odniosła jakiś sukces. Przedstawiony w takiej formie, że nic tylko znaleźć potencjalną ofiarę i pisać listy używając fałszywej tożsamości.

Świat Młodych
nr 52 – sobota 30 kwietnia 1977 r

5 minut z Anką
Jak fajnie! Bardzo lubię jutrzejszy dzień – 1 Maja. Jak byłam zupełnie mała, to data ta kojarzyła mi się z… pierwszymi w danym sezonie lodami. Bo przedtem, to zawsze było za zimno i jeszcze nie lato, a 1 Maja, to już był rytuał – chociaż nie wiem jaki ziąb, lody były obowiązkowe. Pamiętam jak dziś: tata niesie mnie na barana, a ja liżę taakiego wielgachnego loda. A dookoła flagi i wszyscy jacyś bardziej mili niż zazwyczaj. Zdarzało się, że 1 Maja śnił mi się niekiedy w środku głębokiej zimy, gdy się po przebudzeniu pytałam, kiedy będzie naprawdę, rodzice śmieli się – że niby taki łakomczuch lody ze mnie!
Jak dorosłam – no bo przecież na barana nikt mnie już nie nosi – wcale nie przestałam 1 Maja lubić, chociaż lody żadną sensacją już nie są. Niby dlaczego miałyby być – „Hortex” całą zimę działa!
Do ubiegłego roku chodziłam na pochód z rodzicami, albo z mamą, albo z tatą. Jutro po raz pierwszy idę w sposób indywidualny – ze szczepem. To zresztą wcale nie było takie proste, osiągnięcie tej indywidualności. Zupełnie nie wiem dlaczego, w naszym hufcu na pochód idą tylko drużyny HSPS, a z podstawówek tylko kadra i w najlepszym wypadku ósma klasa. Co to, oni są lepsi?! Zaparliśmy się więc, przypaliliśmy szczepowego do muru i przekonaliśmy go – my też idziemy! Już przedwczoraj odprasowałam sobie na tę okoliczność mundur.
Mama podśmiewa się ze mnie z tego powodu. Może rzeczywiście wydaje się jej śmieszna, ale mogłaby przecież zrozumieć, że jak ona idzie ze swoim zakładem pracy, a tata ze swoim, to ja nie chcę być do kogoś na przyczepkę. Dlaczego ona nie idzie razem z tatą, chociaż tata ma zbiórkę później?! Otóż i ja mam takie same powody i prawo do indywidualności w tej dziedzinie jak i ona! I kropka.
Podejrzewam, że wieczorem nie zasnę z wrażenia. Będę sobie wyobrażała ten jutrzejszy pochód, wszystkie flagi, wszystkie kwiaty… Myśmy też robili wczoraj na zbiórce kolorowe kwiaty z bibuły. Bardzo ładnie wyszły – żeby tylko deszcz jutro nie padał…
Z tym deszczem, to ja się zawsze denerwuję. Chociaż jak na razie, nigdy go 1 Maja nie było – widać to denerwowanie się pomaga. Ulka mówi, że jestem głupia, bo i co z tego, że byłyby deszcz – z cukru przecież nie jesteśmy, żebyśmy się rozpuścić mieli! Fakt, my nie! Ale połowa całej świąteczności, to na pewno.
Więc tak sobie myślę – może palce do atramentu włożyć, żeby go nie było?!…
ANKA
_____
W nowym odcinku autorka odjechała nieźle.
Za Wikipedią:
Harcerska Służba Polsce Socjalistycznej (HSPS) – ruch programowy wewnątrz Związku Harcerstwa Polskiego wprowadzany od 1973 roku jako program dla drużyn harcerskich działających w szkołach średnich. VII Zjazd ZHP podjął decyzję o likwidacji HSPS w marcu 1981.
W nowym odcinku autorka odjechała nieźle.
Dlaczego?
"Już jutro majowe święto, cieszy się cały świat,
Przywdziewa szatę odświętną stolica Kraju Rad"
"Teraz śmielej wiej nam wietrze,
Pozdrawiamy wsie spółdzielcze"
W Pałacu Młodzieży, w rzeczach do wyrzucenia znalazłem kiedyś takie filmy do rzutnika właśnie o pierwszym maja. Ale to były filmy z lat 60 a nie z 1977.
Ja chodziłem na pochód ale nie z rodzicami (no chyba, że byłem bardzo mały i nie pamiętam) ale właśnie z Pałacem Młodzieży. Przyczyna była prosta, u nas kasą nie śmierdziało nigdy, oboje rodzice na państwowym, w tym tata na uczelni, a za uczestnictwo w pochodzie dawano punkty do wyjazdu na obóz w Pieczarkach. Dzięki tym punktom można było obniżyć koszt wyjazdu nawet do 50%. A obóz w Pieczarkach to był inny świat w porównaniu ze zwykłymi koloniami.
Inną sprawą jest ta pogoda, rzeczywiście teraz ma się takie skojarzenia, że zawsze na Lany Poniedziałek i 1 maja była słoneczna pogoda 🙂
Twtter is a day by day war
Wiosenna pogoda była niewątpliwie atutem przy tym świętowaniu.

Świat Młodych
nr 55 – sobota 7 maja 1977 r

5 minut z Anką
Afera! W całym tego słowa znaczeniu i pisana z dużej litery. Szkoła – wre! A powodem tego wrzenia jest ni mniej, ni więcej tylko Wanda, taka jedna dziewczyna z równoległej siódmej klasy. Cichutka, grzeczniutka, zawsze doczesana i domyta i zawsze w wypucowanych pantoflach. Ale poza tymi pantoflami, to nic się w niej w oczy nie rzuca. Zupełnie nie wiedziałabym, o kim jest mowa, gdyby nie to, że jest harcerką i w ubiegłym roku stałyśmy raz razem na warcie nocnej. Cały czas się wtedy bała. I gdyby wtedy ktokolwiek mi powiedział, że właśnie ona stanie się bohaterką wszechszkolnego skandalu, to kazałabym mu pukać się w czoło. Wanda!? Ta strachliwa układność?!
A jednak! To był nie z tej planety moment, kiedy na dużej przerwie mama Wandy wtargnęła do pokoju nauczycielskiego. Krzyczała tak, że na całym korytarzu było słychać. Odkryła bowiem, że Wanda… regularnie podbiera rodzicom pieniądze z kieszeni. Migiem sprowadzono tam Wandę. Myśmy – ci, co pod drzwiami, a drzwi są szklane – zmartwieli. Wanda zachowała absolutny spokój i bardzo grzecznie wyjaśniła, że… to prawda, ale ona nie widzi w tym nic złego. Skoro rodzice nie chcieli dobrowolnie podnieść jej kieszonkowego, postanowiła braki wyrównać sama. Po prostu.
Identycznie spokojna była na zebraniu samorządu szkolnego, który otrzymał polecenie rozpatrzenia tej sprawy i na zbiórce rady szczepu. Oto jej argumenty: „Czego się mnie czepiacie?! Czy przekroczyłam jakikolwiek punkt jakiegokolwiek regulaminu?!” Fakt, nie ma o podbieraniu rodzicom pieniędzy mowy ani w Kodeksie Ucznia, ani w Prawie Harcerskim. A na obydwa te dokumenty Wanda się powoływała. I udowadniała, że jest dobrą uczennicą i dobrą harcerką. Punkt po punkcie. Systematycznie i rzeczowo, pewnie tak samo systematycznie czyści do blasku swoje pantofle.
Powiedziała jeszcze, że wstydzi się za swoją mamę. I że przeprasza za całą awanturę. I… nic a nic się niczym nie przejmuje. To my się przejmujemy, dyskutujemy, przekonujemy siebie wzajemnie… Wanda zachowuje się tak, jakby to nie ona była bohaterką afery.
A może… może rzeczywiście ma w tym miejscu rację?! Może to my – koledzy, szkoła, szczep – jesteśmy winni, że stało się tak, jak się stało?! Nie wiem… tak trochę, to czuję coś w rodzaju wyrzutów sumienia, ale jednocześnie myślę, że takie podstawowe rzeczy pt. „co jest dobre, a co jest złe?” każdy powinien wiedzieć sam z siebie. Nie powinien?!…
ANKA
_______
Problem jak na lata siedemdziesiąte jakiś taki... wydumany. Gdyby teraz się trafiła taka wyjątkowo asertywna, a niemoralna Wanda, byłbym mniej zdziwiony. I jeszcze ta matka, która sobie nie radzi i szuka pomocy w szkole. Przecież wtedy każdy miał w domu kabel od prodiża, czy inny dyscyplinujący argument, którym by takiej Wandzi przemówił do rozumu.
Problem jak na lata siedemdziesiąte jakiś taki... wydumany. Gdyby teraz się trafiła taka wyjątkowo asertywna, a niemoralna Wanda, byłbym mniej zdziwiony. I jeszcze ta matka, która sobie nie radzi i szuka pomocy w szkole. Przecież wtedy każdy miał w domu kabel od prodiża, czy inny dyscyplinujący argument, którym by takiej Wandzi przemówił do rozumu.
No dokładnie, nie bardzo rozumiem pomysł. Zdarzenie takie, że rodzic przychodzi do szkoły i robi awanturę bo dziecko w domu coś robi źle to taki pomysł z d...y. Potrafię wyobrazić sobie taki scenariusz, o którym autorka nie napisała. Mama przychodzi do szkoły bo Wanda powiedziała, że:
a) chłopcy ze starszej klasy wymuszają "haracz",
b) na przerwie wszyscy kupują oranżadę (lub coś innego równie atrakcyjnego) a ona nie ma a mama nie chciała dać więcej,
c) nauczycielka każe przynosić pieniądze, bo muszą się zrzucać na coś ważnego, a ona bała się powiedzieć,
d) śmieją się z niej w szkole, że ma cerowane ciuchy i chciała zebrać na coś atrakcyjnego.
No ale nie, ona zwyczajnie miała konflikt wewnętrzny z rodzicami, taki sam jak np. podpijanie alko z barku. To przychodzenie do szkoły z awanturą to taki strzał w stopę.
Lub mama przychodzi do szkoły na rozmowę z wychowawczynią bo nie wie co z tym zrobić, ale wtedy raczej nie robi tego w trakcie lekcji i nie krzyczy.
Twtter is a day by day war
Bo najgłupszym punktem jest ta wizyta matki, która nie ma żadnego sensu. No chyba że Wanda powiedziała, że potrzebuje pieniędzy na coś w szkole. Istotą tekstu jest końcówka: "myślę, że takie podstawowe rzeczy pt. „co jest dobre, a co jest złe?” każdy powinien wiedzieć sam z siebie. Nie powinien?!…" Tu jest główny problem, cała reszta to otoczka, wyjątkowo niezręcznie skonstruowana. Po co ta matka, awantura, interwencja szkoły i harcerstwa? Wystarczyłoby, gdyby Wanda przy jakiejś okazji wygadała się koleżankom, że podbiera forsę i już, problem ten sam. A nawet ciekawszy, bo koleżanki mogłyby mieć dylemat, co z tym fantem zrobić.
Takie poprowadzenie wątku przypomina mi model socrealistyczny, gdzie zawsze trzeba było pokazać, że organizacja partyjna czuwa i działa.
Takie poprowadzenie wątku przypomina mi model socrealistyczny, gdzie zawsze trzeba było pokazać, że organizacja partyjna czuwa i działa.
Tak. I oczekiwanie złożenia samokrytyki.
Twtter is a day by day war
Tu już pojechaliście za ostro 😀

Świat Młodych
nr 58 – sobota 14 maja 1977 r.

5 minut z Anką
No tak, chłopcy chodzą na jabłka, a my, dziewczyny – na bez! W każdym razie ja byłam. Zawsze chodzę, co wiosnę, to jest taka już tradycja. Niedaleko od nas jest taki dom z ogródkiem, a w ogródku masa bzu. Chodziłyśmy poderwać go co nieco, jak jeszcze obie z Ulką byłyśmy przedszkolakami. Potem, w szkole, przyłączyły się do naszych bzowych wypraw Marzena i Elka i tak sobie razem na te wyprawy chodzimy. Bo cała to wyprawa! Koniecznie wieczorem jak już jest ciemno, koniecznie w wielkiej tajemnicy i koniecznie w ciszy – bo inaczej właściciel by nas usłyszał jak wśród bzu buszujemy.
Do przedwczoraj nam się udawało, przedwczoraj – wpadłyśmy! Rozległ się nagle trzask otwieranych drzwi, jakieś krzyki, jazgot psa… Ojejku, uciekałyśmy w popłochu straszliwym, pogubiłyśmy nasze bukiety, ledwo uszłyśmy przed psimi zębami. Ulka twierdzi, że to z powodu… nadmiernej tuszy. Urosłyśmy od poprzedniego roku wszerz i nie mieściłyśmy się między krzakami, stąd szelest, no i cała reszta czyli interwencja gospodarza. Strasznie było!
Jak to sobie o tym wszystkim myślę, że właściwie, to chyba… ten gospodarz nas tylko psem postraszył, a wcale nie chciał, żeby psisko na nas swoje zęby wyostrzyło. Przecież uciekałyśmy dość długo, było ciemno, nas cztery… Ten pies, to raczej musiał być trzymany na smyczy, a nie puszczony. Fajny musi być ten gospodarz bzowego ogródka! Czuję do niego coraz to bardziej wzrastającą sympatię – lubię takich ludzi, co lubią kwiaty i dzieci (hm, dzieci, to niby my!).
A jak go tak coraz bardziej lubię, to mi wstyd. I żal też. Bo jeśli on jest taki miły, to pewnie mu było przykro przez te wszystkie lata z powodu tego bzu. Najprawdopodobniej skoro jest taki miły, to by nam i tak tego bzu dał gdybyśmy go o to poprosiły. A my tak… bezczelnie, jak do jakiegoś sinobrodego! Głupia sprawa, nie?!
A właściwie, to myśląc coraz dłużej dochodzę do wniosku, że nawet… jeszcze głupsza. Bo gdyby nawet nie był taki miły, to co?! To niemiłemu można szkodzić?!
Bo w gruncie rzeczy, to jakby nie było, robiłyśmy w tym ogródku najzwyczajniejszą szkodę. Tak sobie właśnie myślę. I jest mi… coraz bardziej żal. Bo już jasne, że nigdy więcej nie pójdziemy na bzową wyprawę, już nigdy więcej nie będzie naszej wielkiej tajemnicy, ani przygody. Chłopcy będą dalej łazili na jabłka, a my?!
No tak, Ulka ma rację, że to wszystko z powodu tuszy. Człowiek dorasta, grubieje, a z tej grubości… robi się mądry. Ciekawe, ile rozumu przyrasta przez jeden rok!
ANKA
Gdyby Anka zamiast należeć do harcerstwa chodziła do kościoła i na lekcje religii, pewnie szybciej niż dopiero w siódmej klasie doszłaby do wniosku, że taka kradzież bzu z cudzego ogródka to coś niewłaściwego 😀

