Wczoraj zadzwonił do mnie Adam Draminski, syn gospodarzy, do ktorych od polowy lat 70 - tych az do roku 1990, w kazde lato na wypoczynek przyjzdzal Jan Józef Lipski z żoną „Marutą”. Adam powiedzial mi, że przypomniał sobie o kilku wizytach w Jerzwaldzie w ich domu Zbigniewa Herberta, ktory odwiedzal wtedy Marie i Jana Jozefa Lipskich.
Kiedy kilka dni temu odwiedzilem p. Draminskich, nestorka rodu, 85 letnia p. Irena nic mi o wizycie Herberta nie mowila.
A tu, pod moją nieobecnosc w Jerzwaldzie od dwoch dni, taka wiadomosc od Adama.?
Ja pamietam te wizyty Lipskich i Kuroniow w Jerzwaldzie do roku 1978. Potem juz tylko z opowiadan.
Slyszalem, takze o tym, że Nienacki dostal reprymende od Towarzyszy partyjnych, ze nie melduje im o wizytach KOR owcow i Solidarnosciowcow w Jerzwaldzie, Padlo nawet stwierdzenie, że „pod nosem Nienackiego Solidaruchy harcują.”
Coś już wcześniej czytałem o pobytach Lipskich i ich gości w Jerzwałdzie na łamach Pomezaniae, wydawanego przez Janusz Sokołowskiego.
Niestety, sam dysponuję tylko rocznikami z lat 2003–2011.
Podejrzewam jednak, że najważniejsze i najbardziej źródłowe teksty znajdują się w najstarszych numerach — od 1 do ok. 160. Kilka z tych wczesnych numerów miałem okazję przeglądać i mogę potwierdzić, że wątki jerzwałdzkie, Lipskich oraz ich kręgu pojawiają się tam wyraźnie.
Po powrocie do domu odwiedzę p. Draminskich znowu.
A tymczasem w listopadzie napisalem 94 rozdzial mojej ksiąźki „Skorolawki 40 lat później”. Nie wiedzialem wtedy jeszcze o jerzwaldzkiej wizycie Herberta.
94. Jerzwałd polityczny, filmowy i literacki
„Cisza nie zawsze znaczy zgodę.”
O tym, że prawdziwa niezależność rodzi się w miejscach, gdzie nikt jej nie zauważa.
Czterdzieści lat później te same ścieżki skrzypią inaczej. Przy głowach świecą telefony, łódki mają elektryczne silniki, a na przystanku zamiast gazet wiszą wydruki z portali i zaproszenia na koncerty. Ale gdy wiatr przejdzie przez trzcinę, wraca ton sprzed epoki — ten, w którym ludzie uczyli się mówić o wolności szeptem.
„Skiroławki 40 lat później” to nie nowa mapa, tylko ta sama mapa oglądana spod innego światła. I kiedy policzyłem już drzwi i schody, kiedy nazwy z mapy zaczęły brzmieć jak imiona, zrozumiałem, że ulica nie kończy się na numerach. Za każdym adresem stoi czyjś głos — czasem cichy jak oddech, czasem szorstki jak łódź trąca o pomost. A jeśli domy są pamięcią, to Jerzwałd jest także pamięcią ludzi, którzy tu przesiadywali: z książką, z notatnikiem, z wiosłem. Z ulicy Nadjeziornej przejdziemy więc nad wodę — do tych, którzy w tej ciszy nauczyli się mówić o wolności.
Niektóre wakacje w Jerzwałdzie miały w sobie więcej historii niż niejeden podręcznik. Wśród jezior i lasów, w cieniu lip i topól, mieszkał człowiek, który odmienił bieg polskiej opozycji — Jan Józef Lipski (ur.1926– zm. 1991), publicysta, historyk literatury, współzałożyciel Komitetu Obrony Robotników. A jednak tutaj, w mojej wsi, był po prostu panem Jankiem.
Przyjeżdżał z żoną, Marią zwaną Marutą, od połowy lat siedemdziesiątych — rok w rok, aż do swojej śmierci w 1991 roku. Nie szukał tu chwały ani słuchaczy. Z wynajętego pokoju wychodził w krótkich spodniach, z siatką na grzyby albo z wiosłem. Pływał łódką po Płaskim, chodził na ryby, przysiadał pod wiatą przy sklepie GS. Z nikim nie rozmawiał o polityce. Z nikim — oprócz tych, którzy potrafili słuchać ciszy. „Jan stosunkowo szybko przeszedł na emeryturę. Zawsze żyli skromnie. Wakacje spędzali na Mazurach, wynajmując pokój u chłopów. W ostatnich latach życia zakochali się w Jerzwałdzie — dwa pokoje, mili gospodarze, czysta woda…” — wspominała po latach Anna Poppek w książce Żony opozycjonistów.
Jerzwałd stał się dla Lipskich azylem. Nie przyjeżdżali tu z manifestem, nie potrzebowali tłumów. Przyjeżdżali, żeby być sobą — razem. Z dala od warszawskich debat, cenzury i podsłuchów. Z bliska wobec siebie i natury. Wieś patrzyła na nich z sympatią, choć nikt tu nie wiedział, kim naprawdę był pan Jan. „Założyciel KOR-u” brzmiałby wówczas jak zaklęcie z innego świata. A on po prostu był — uśmiechnięty, spokojny, uprzejmy. Zostawiał po sobie zapach tytoniu i notatnik z kilkoma cytatami Mickiewicza.
Czterdzieści lat później: na tym samym brzegu stoi teraz prosta ławka. Ktoś ołówkiem wydrapał na desce „PAN JAN TU CZYTAŁ”. Młody chłopak, co przyjeżdża na wakacje z rodzicami, siada tam z książką Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy w wydaniu kieszonkowym. Nie wie, czytając, że robi dokładnie ten sam gest — przysiada, oddech równy, oczy nad wodą — i że ta wieś nadal uczy zgody bez hałasu.
Do Jerzwałdu przyjeżdżała także Grażyna „Gaja” Kuroń (ur. 1940- zm. 1982), żona Jacka Kuronia. Zwykle wtedy, gdy męża zamykano w areszcie, Gaja brała syna Macieja i ruszała na Mazury — właśnie tutaj, do Jerzwałdu.
Lato 1976 roku spędziła w domu państwa Dramińskich, nad samym jeziorem. Od początku lipca do końca sierpnia mieszkała w ich dwóch pokojach z widokiem na wodę i brzozowy las. Tamto lato miało zapach deszczu, ryb i listów. Bo Jacek pisał z więzienia codziennie, a ona — codziennie mu odpisywała. Ich korespondencja z tego okresu, opublikowana później w książce Anny Poppek, jest świadectwem niezwykłej miłości i codziennej odwagi.
Między kartkami tych listów widać Jerzwałd — jezioro w tle, ślady stóp w piasku, chłopca, który wrzuca kamień do wody. Któregoś popołudnia Gaję odwiedzili tu Krystyna Janda i Andrzej Seweryn. Przyjechali syrenką wracając z Gdańska, starą drogą przez Bądzę. Strasznie ich wtedy wytrzęsło, ale śmiali się, że taka podróż to też rodzaj oporu. W Jerzwałdzie spędzili dwa dni — siedzieli na pomoście, rozmawiali o teatrze i o Polsce, która coraz bardziej pękała na pół. Wieczorami Krystyna śpiewała przy lampie naftowej, a Gaja słuchała z uśmiechem, jakby przez chwilę zapominała o więziennych murach, za którymi był jej mąż.
Nikt we wsi nie wiedział, kim naprawdę byli ci ludzie. Dla sąsiadów to byli „letnicy z Warszawy”. Tylko dzieci z ciekawością podglądały przybyszów, którzy czytali książki przy jeziorze i rozmawiali cicho, jakby każde słowo ważyło zbyt wiele.
Czterdzieści lat później: w bibliotece Agnieszka robi wieczór czytania listów. Dzieci układają koperty z bibuły, ktoś nalewa do szklanek herbatę z cytryną, ktoś inny przynosi magnetofon „Kasprzak”. Na korytarzu słychać głos nastolatki, która czyta: „Kochany Jacku…”. Na moment wszyscy przestają skubać słone paluszki. I z tej ciszy wychodzi zdanie, które pasuje do każdej epoki: że miłość też jest formą odwagi.
Zdarzało się też, że do Jerzwałdu przyjeżdżał Jan Lityński. Nie na długo — na kilka dni, czasem na tydzień, kiedy w Warszawie robiło się zbyt duszno. Widywano go na łódce z Janem Lipskim albo przy stole pod jabłonią u Dramińskich, gdzie Gaja Kuroń parzyła herbatę w emaliowanym czajniku. Był cichy, zamyślony, zawsze z książką albo notatnikiem, w którym zapisywał krótkie zdania — jakby próbował uchwycić w nich sens tego, co się wtedy w Polsce działo.
Wieś nie wiedziała, że ma przed sobą człowieka, który wkrótce będzie jednym z twórców Tygodnika Mazowsze, posłem, doradcą i kimś, kto nigdy nie zrezygnuje z wiary w dialog. Tu, w Jerzwałdzie, był po prostu drugim Jankiem — człowiekiem, który słuchał lasu. Wieczorem siadał na pomoście i mówił, że w tej ciszy jest więcej wolności niż w tysiącu gazet. Dla nich wszystkich — Lipskiego, Kuroniów, Lityńskiego — Jerzwałd był czymś więcej niż wsią letniskową. Był małą republiką sumienia, niepisanym azylem, gdzie można było oddychać bez podsłuchu i uśmiechać się bez lęku. Tu rodziła się inna Polska — ta cicha, przy ognisku, z herbatą w szklance i zapachem lasu o zmierzchu.
W Jerzwałdzie bywał również Konrad Nałęcki (ur. 1919– zm. 1991) — reżyser filmowy, autor kultowego serialu Czterej pancerni i pies.
Nie przyjeżdżał tu zawodowo, lecz prywatnie — odwiedzał swojego syna Michała i synową.
Zatrzymywał się na krótko, cenił spokój i obecność bliskich. Nie szukał tu inspiracji ani tematów filmowych, raczej chwili odpoczynku z dala od planu zdjęciowego.
Wśród tych, którzy nadawali Jerzwałdowi intelektualny i moralny ton, był także profesor Józef Schier (ur1933–zm. 2021) — chirurg, nauczyciel akademicki, konsultant filmowy, człowiek wielkiego serca i prawdziwej kultury. Do Jerzwałdu przyjechał na początku lat osiemdziesiątych i od razu kupił dom z obejściem po Kryszczakach.
Na co dzień pracował w Warszawie, ale każdą wolną chwilę spędzał tutaj — wśród ciszy i wody, która, jak mawiał, „leczy lepiej niż morfina”. Okazało się, że pan Józef był szkolnym kolegą Olka Minkowskiego. Ich drogi rozeszły się po maturze, by po latach spotkać się znów — tutaj, w Jerzwałdzie. Widywano go w towarzystwie Jana Józefa Lipskiego i Jana van Unnika, uwiecznionych razem na fotografiach autorstwa Janusza Sokołowskiego.
Minkowski pisał dialogi do filmu Układ krążenia w reżyserii Andrzeja Titkowa, a profesor Schier był jego konsultantem medycznym. Spotykali się potem w Jerzwałdzie, jakby historia zatoczyła krąg — tym razem już nie w Warszawie, lecz między trzcinami i lipami. Schier nie ograniczał się do słów. W 1995 roku, z własnej inicjatywy i środków, ufundował w Jerzwałdzie ambulatorium — mały, nowoczesny na owe czasy punkt medyczny, przekazany lokalnej społeczności. To miało być miejsce pomocy i bezpieczeństwa. Niestety, władze gminne nie potrafiły właściwie wykorzystać tego daru. Brak decyzji, brak ludzi, brak odwagi — i ambulatorium nigdy nie rozpoczęło pracy.
Profesor przeżył to bardzo. Czuł się zawiedziony, choć nigdy nie powiedział o tym głośno. Od tej pory, jak wspominał Janusz Sokołowski w artykule O nieudanych przedsięwzięciach (Pomezaniae, nr 226), profesor już „nie wychylił się z żadną inną inicjatywą”. A szkoda, bo to był człowiek, który potrafił łączyć naukę z sercem, wiedzę z czułością, a chirurgiczną precyzję — z ludzką dobrocią.
Jerzwałd wiele im zawdzięcza — choćby to, że przy jednym stole potrafili usiąść Jan Józef Lipski, Jan Lityński, Józef Schier, Aleksander Minkowski i Konrad Nałęcki. A już prawdziwym paradoksem było, kiedy do nich wszystkich dosiadał się Zbigniew Nienacki. Wszyscy w Jerzwałdzie szukali tego samego: spokoju, który pozwala mówić prawdę bez krzyku.
Ja próbowałem wtedy zrozumieć powieść mojego ojca, a oni — sens własnego kraju. Czterdzieści lat później rozumiem jedno: że ta cisza nigdy nie była zgodą. To był język, którym mówi się najtrudniejsze rzeczy. Dziś brzmi on inaczej — przez megafony, przez media, przez komentarze. Ale w Jerzwałdzie wciąż działa stara metoda: przysiąść na pomoście, nalać herbaty do szklanki, powiedzieć zdanie bez krzyku. Jeśli ma siłę, dojdzie do brzegu. Jeśli nie — zostanie na wodzie jak krąg po kamieniu. I może to jest właśnie nasza niezależność po czterdziestu latach: że umiemy wybrać, kiedy milczeć, a kiedy mówić — i zawsze wziąć odpowiedzialność za ton.
Są dwa obszerne tomy KALENDARIUM ŻYCIA I TWÓRCZOŚCI Z. HERBERTA 1924-1998. Jeśli Herbert bywał w Jerzwałdzie i zostały z tego jakieś ślady, jest to na pewno odnotowane w tej publikacji.
@Mirekpiano, to pierwszy fragment Twoich Skiroławek, z którym się zapoznałem.
Przeczytałem z przyjemnością, serio. Czuć genius loci. Odbieram to trochę jak kronikę miejsca, w którym czas ma trzeciorzędne znaczenie. A może wręcz nie istnieje, bo na owym pomoście Oni ciągle mogą się spotykać, kontemplować i sycić ciszą.
Na pewno przeczytam kolejne fragmenty.
Zdałem sobie sprawę, jak niewiele wiem o Jerzwałdzie. Jak mało go znam.
