Forum

Lucy Maud Montgomer...
 
Notifications
Clear all

Lucy Maud Montgomery

Strona 5 / 5

Kustosz
(@kustosz)
Pan Samolocik Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 10095
 
Wysłany przez: @teresa-van-hagen

Ale faktem jest, że fani Ani to taka subkultura, są bardzo zaangażowane strony analizujące najdrobniejsze niuanse (skąd my to znamy ;-).

Z tłumaczeniami Ani jest chyba tak jak z wydaniami pierwszych "Samochodzików". Ja mam dwa Uroczyska i Atanaryki, a nawet specjalnym fanem nie jestem 🙂

No ale ilu może być takich świrów?:)


OdpowiedzCytat
Maruta
(@maruta)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4428
 

No i ukazuje się ostatni tom serii - "Rilla ze Złotych Iskier".

Prawdę pisząc jestem ciekawa wyników sprzedaży, bo kontrowersje ucichły już dawno, a kolejne tomy wychodziły bez wielkiego szumu.

 


OdpowiedzCytat
Hebius
(@hebius)
Męber Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4345
 

Rillę powinienem chyba przeczytać, bo widzę, że czytałem w dzieciństwie okrojoną wersję.

Tłumaczka, Janina Zawisza-Krasucka, wycięła z książki trzy rozdziały. Pomiędzy rozdziałami "I Shirley poszedł" a "Ranny zaginiony" są "Susan has a proposal of marriage" ("Zuzanna otrzymuje propozycję małżeństwa"), "Waiting" ("Oczekiwanie") i "Black Sunday" ("Czarna niedziela"). 


OdpowiedzCytat
Maruta
(@maruta)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4428
 

Okazuje się, że powstanie serial o samej Lucy Maud Montgomery.

https://zwierciadlo.pl/kultura/seriale/547698,1,byla-niezapomniana-ania-z-zielonego-wzgorza-po-latach-zagra-lucy-maud-montgomery-w-serialu-o-losach-slynnej-pisarki.read

Ma ukazać całe jej życie, czyli będą zmiany obsady w trakcie. Starszą LMM zagra Megan Follows, która grała Anię w serialu z lat 80.


OdpowiedzCytat
Maruta
(@maruta)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4428
 

Przeczytałam nowy przekład "Błękitnego zamku" z tłumaczeniem Kai Makowskiej i mam mieszane uczucia. Ogólnie jest dobrze, na pewno lepiej, niż przy tych kilku niedawnych tłumaczeniach tej książki, które wydawały się niemal toporne. Na plus to, że przekład jest pełny i wierny oryginałowi. Drugi - duży - plus to to, że w tej wersji bardzo ładnie widać rozwój uczucia Valancy do Barneya. W mojej ulubionej wersji z Joanną i Edwardem usunięte fragmenty nie pozwalały tego doświadczyć.

Niestety widzę też parę problemów. Ogólnie miałam chwilami wrażenie, że tłumaczka nie przeczytała książki z punktu widzenia czytelniczki, a tylko zawodowo, w ramach pracy. Są miejsca, w których brakuje wyczucia. To rzuciło mi się to w oczy przy rozmowie rodziny na temat Valancy. Jeden z bohaterów stwierdza w oryginale, że zawsze uważał, że jest ona "a bit backward". Z nieznanych powodów tłumaczka przełożyła to na "zacofana", co nijak ma się do sytuacji. "Backward" ma kilka znaczeń, a z fabuły jasno wynika, że rodzina uważa Valancy za lekko niedorozwiniętą, opóźnioną w rozwoju, powolną umysłowo... i każde z tych określeń by tu pasowało. Na pewno nie "zacofana", zwłaszcza że Stirlingowie w żaden sposób nie są postępowi. Raczej zacofani 😉 
Inne niezręczne fragmenty:
Barney, dowiedziawszy się, że Valancy opiekuje się Cissy, stwierdza w oryginale: "Miss Stirling, you’re a brick! You’re a whole cartload of bricks." Pani Makowska przełożyła to na "Panno Stirling, jesteś solidna! Solidna jak dom." ??? Po pierwsze słowo "solidna" średnio pasuje do kontekstu. Po drugie, po co w ogóle używać przymiotnika, którego nie ma w oryginale? Po trzecie, skąd ten dom? Że domy są z cegieł? (w tym momencie włącza się bajeczka o trzech świnkach...). Dom w języku polskim nie jest symbolem solidności, raczej ciepła, bezpieczeństwa czy miłości. I rozumiem, że cegła też nie ma takiego znaczenia, jak w angielskim, ale mamy przecież skałę, a od skały opokę, która świetnie by tu pasowała. "Panno Stirling, jesteś jak skała. Jesteś prawdziwą opoką" - nie lepiej?
Podobnie niezręcznie wyszło z określeniem, które pojawia się we fragmentach dotyczących potańcówki w Chidley Corners. Montgomery używa wobec tej okolicy określenia "back up", które zresztą podaje w cudzysłowie. Nie doszłam do źródła tego zwrotu, jednak z kontekstu wynika, że chodzi po prostu o tereny poza miastem, mniej cywilizowane i uboższe. W starym przekładzie nazwano je po prostu wiejskimi i to się sprawdzało. Tymczasem pani Makowska wielokrotnie pisze o "dziczy" - "Potańcówka w dziczy", "młodzieńcy z dziczy", "dziewczyny z dziczy"... Brzmi to tak, jakby zabawa odbywała się w jakiejś dżungli. Jeśli nawet w Kanadzie funkcjonowało jakieś rozróżnienie na rejony dzikie i cywilizowane, to przecież jego sens był inny niż w Polsce, gdzie dziczy jako takiej już nie było...
Podsumowując - wrażenie ogólnie pozytywne, z kilkoma zastrzeżeniami.

A, i jeszcze jedno - Makowska dała głównej bohaterce przydomek "Gnuś". W oryginale była Doss, w klasycznym starym tłumaczeniu Buba. Nie wiem, dlaczego Gnuś (tzn. wiem, że od gnuśna, ale dlaczego akurat to słowo?), natomiast to kolejny przykład, że tłumacze traktują przekład nazw własnych uznaniowo i jak im akurat pasuje. Mamy więc Valancy i Cissy, ale mamy też Gnuś i Pytlę.


OdpowiedzCytat
Yvonne
(@yvonne)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 3850
Topic starter  

Ja nie lubię czytać nowych tłumaczeń.

Bardzo przywiązuję się do tych znanych od pierwszego przeczytania. 

Post został zmodyfikowany 7 miesięcy temu przez Yvonne

OdpowiedzCytat
Maruta
(@maruta)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4428
 

@yvonne 

Problem w tym, że klasyczne tłumaczenie "Błękitnego zamku" (z Joanną), choć pozostaje najlepsze, to jest też dość okrojone. Kiedyś już chyba pisałam, że moim marzeniem jest ten stary przekład uzupełniony o wycięte fragmenty 😊


OdpowiedzCytat
Hebius
(@hebius)
Męber Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4345
 

I wraca sprawa nowego tytułu pierwszego tomu przygód Ani. Dorota Kozińska - zasadniczo krytyk (nie krytyczka - krytyk!) muzyczny, operowy zwłaszcza, jest też tłumaczką (tłumaczkę pani DK akceptuje) z angielskiego. Cytuję za FB:

Matko, szukajcie, a znajdziecie! Piotr Oczko, pisząc kilkanaście lat temu o Anne z domu o zielonym dachu, miał rację! Dokopałam się wreszcie do archiwalnego zdjęcia "Green Gables", domu rodzeństwa Macneillów w Cavendish, który zyskał swoją obecną nazwę dopiero na fali popularności książki Montgomery. Tak wyglądał w jej czasach i ponoć był główną inspiracją powieści (mieszkała u dziadków w sąsiedztwie). Owszem, "gable" może oznaczać po polsku fragment ściany pod spadzistym dachem na wysokości poddasza, ale "gable roof" oznacza już sam taki dach - w skrócie po prostu "gable", w liczbie mnogiej "gables". Na załączonym obrazku widać, że wszystkie ściany tego domu były białe - zielone były tylko połacie dachowe. Na dodatek widoczne na zdjęciu okno domniemanego pokoju Anne (gable room) było umieszczone w lukarnie, a nie w szczycie. Czyli tłumaczenie "Anne z Zielonych Szczytów" jest tylko trochę mniej bałamutne niż "Ania z Zielonego Wzgórza". A można było prosto jak u Oczki, albo jeszcze prościej, Anne z Zielonych Dachów. Albo zgrabniej Anne z domu Pod Zielonym Dachem.

A tak w ogóle, to sama wiem z doświadczenia, ile się czasem trzeba namęczyć, żeby tytuł nie tylko brzmiał, ale też oddawał intencje autora. I bywa, że naprawdę nie da się pogodzić jednego z drugim. W przypadku nowego tłumaczenia książki Montgomery sprawę postawiono jasno: każdy głupi wie, że Zielone Szczyty, causa finita. No i guzik, bo to nieprawda. Tłumacz nie może poprzestać na znaczeniach słownikowych (i to przeważnie znalezionych w NOWYCH słownikach). Czasem trzeba zgłębić kontekst.

 


OdpowiedzCytat
PawelK
(@pawelk)
Member Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 6005
 

Pewnie jestem daltonistą ale ja tam nie widzę zielonego dachu 🙂

Twtter is a day by day war


OdpowiedzCytat
Kustosz
(@kustosz)
Pan Samolocik Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 10095
 

Jak dla mnie to takie dywagacje można sobie sportowo prowadzić ale niezależnie od ustaleń nie powinno to wpływać na zmianę polskiego tytułu książki. "Ania z zielonego wzgórza" to jest od dawna ikoniczna fraza i tyle, marka, bez znaczenia jest czy to prawidłowe tłumaczenie czy nie. To tak jakby ktoś teraz studiując mapy, odkrył, że w sumie to ten Zbyszko bliżej miał do Jeleńca niż do Bogdańca i w najnowszej edycji "Krzyżaków" powinien być Zbyszko z Jeleńca. Idiotyzm.

Post został zmodyfikowany 4 miesiące temu przez Kustosz

Yvonne lubi
OdpowiedzCytat
Seth
 Seth
(@seth)
Member Potwierdzony
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 1967
 

Jak wynika z Wikipedii, nie tylko my mieliśmy kłopot z tłumaczeniem tytułu.

Niektórzy zostawili oryginał. Była oczywiście Ania z Zielonego Wzgórza, ale były też (o ile tłumacz Google nie zawodzi 🙂 Anie z zielonego domu, zielonych dachów, zielonych antresol, domu z zielonym szczytem. Wskoczyły również takie kwiatki jak Ania o rudych włosach (Portugalia), czy Ania znajduje dom (Węgry). W sumie to dość osobliwe.

Myślę, że można śmiało uznać, że tytuł "Ania z Zielonego Wzgórza" wrósł tak mocno w kulturę, że jest jak najbardziej uprawniony. 


OdpowiedzCytat
Hebius
(@hebius)
Męber Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4345
 

@Kustoszu

Słaba analogia. Ta z Krzyżakami. Tutaj w najlepszym razie można by się odwoływać do szkockich kobziarzy, którzy tak naprawdę grali na dudach.

- I komu to przeszkadza - można by powiedzieć - niech w polszczyźnie nadal będą sobie kobziarzami i grają na kobzie.

Na obrazku kobza:

undefined


OdpowiedzCytat
Maruta
(@maruta)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4428
 

@hebius 

Akurat w przypadku kobziarzy jest to bardziej skomplikowane. Owszem, określenie jest błędne, ale to błąd bardzo stary i na tyle zakorzeniony w języku, że np. Wielki Słownik Języka Polskiego dopuszcza to określenie dla dudziarzy szkockich. W innych źródłach nazwa nie jest uważana za stricte poprawną, ale znaczenie jest uznawane. Na stronie PWN mamy wyjaśnienie:

Kobza to termin muzyczny oznaczający chordofon (instrument strunowy), który w Polsce wyszedł z użycia w XVIII w. (występuje obecnie jeszcze w zachodniej Ukrainie i w Rumunii). W języku ogólnym od XIX w. nazwa kobza odnoszona jest również do zupełnie innego instrumentu – aerofonu (instrumentu dętego) stroikowego, składającego się ze skórzanego worka i piszczałek, przeniesionego z Azji do Europy już w starożytności, oficjalnie nazywanego dudami, a w niektórych regionach Polski – kozą (ze względu na używaną do budowy instrumentu skórę kozy).
Andrzej Bańkowski w Etymologicznym słowniku języka polskiego przypisuje przeniesienie nazwy kobza z instrumentu strunowego na dęty poecie Teofilowi Lenartowiczowi, rozpowszechnienie zaś tego „poronionego” (jak pisze) pomysłu – sugestii ze strony gwarowej formy kobza 'kabza, mieszek skórzany na pieniądze'.
Problem znaczenia wyrazu kobza rozstrzygnięty został w obiektywny sposób w Innym słowniku języka polskiego (red. Mirosław Bańko): „1 Kobza to dawny instrument strunowy podobny do lutni. 2 Kobzą nazywa się powszechnie instrument ludowy zwany tez kozą, kozłem lub dudami. Nazwy kobza specjaliści nie uważają za poprawną”.

Więc to, że w ostatnich tomach "Ani..." mamy Srokatego Kobziarza nie jest błędem ani pomyłką przy tłumaczeniu, tylko wykorzystaniem określenia, które było aktualne i uznawane za poprawne w języku polskim. 


OdpowiedzCytat
Maruta
(@maruta)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4428
 

Już wielokrotnie pisałam, że nie lubię współczesnych tłumaczy, którzy "jadą" albo na uwspółcześnianiu tekstu, albo na jakiejś dziwnej idei wierności przekładu, którą zresztą traktują dość dowolnie. Trochę wyżej podawałam przykłady z nowej wersji "Błękitnego Zamku", ale podobne są i w tomach o Ani. A już naprawdę nie lubię (i mam o nich kiepską opinię) tych, którzy próbują wybić się na krytyce poprzedników*, zwłaszcza sprzed wielu dekad. Przekłady nie istnieją w próżni, są zależne od takich samych czynników jak inne dzieła literackie. Jeśli w danym momencie był zwyczaj tłumaczenia imion to trudno oczekiwać, że tłumacz/ka nagle zostawi je w oryginale i odwrotnie. Podobnie z realiami czy elementami świata przedstawionego. Chyba kiedyś podawałam przykład (już nie pomnę, skąd wzięty) kiedy tłumacz chwalił się, że poprawił "błąd" w starym przekładzie - chodziło o to, że w starej wersji stało coś w stylu "miała oczy jak niezapominajki", a tymczasem w oryginale nie było niezapominajek, tylko jakieś kwiatki specyficzne dla kraju, w jaki toczyła się akcja. Tyle że jakbym przeczytała "miała oczy jak heliotrop" to za diabła nie widziałabym, o co chodzi. Z tym że ja mogłabym sprawdzić w sieci, jaki to kolor, co dla czytelnika z roku 1935 raczej by nie zadziałało. Podkreślę, że nie chodziło o żadną kluczową informację, gdzie rodzaj kwiatka miał znaczenie, chodziło po prostu o sztampowe porównanie.

Dodatkowo owa "wierność" często niszczy klimat, bo przecież każdy język ma swoją specyfikę i coś, co brzmi poetycko po angielsku, po przełożeniu 1:1 na polski straci tę cechę. 

Natomiast zastanawiam się, czy rozwój AI i automatycznych tłumaczy nie załatwi tych translatorskich purystów. W końcu po co im płacić, skoro podobną robotę, opartą na zgodności z oryginalnym tekstem, zrobi jakiś ejaj? Może wkrótce główną kartą przetargową tłumaczy stanie się właśnie oddanie klimatu, humoru i stylu, a nie czepianie się słówek?

*chodzi mi rzecz jasna o "dobre" przekłady, nie jakieś gnioty.


Yvonne and PawelK lubią
OdpowiedzCytat
Yvonne
(@yvonne)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 3850
Topic starter  

Brawo, Maruto!

Pięknie to podsumowałaś 👏👏👏


OdpowiedzCytat
Hebius
(@hebius)
Męber Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4345
 

Współczesny przekład jest dla współczesnego czytelnika. Kiedyś były inne standardy, tłumacze nie wahali się opuszczać fragmentów, jeśli uznali je z niepotrzebne, czy zbyt trudne do przełożenie. Albo jak u Grimmów - dopisywali cale kawałki. Jeśli ktoś wraca do tekstów już przełożonych i tłumaczy je na nowo, starając się jak najwierniej oddać zamysł autora, to ja mogę temu tylko przyklasnąć. 


OdpowiedzCytat
Maruta
(@maruta)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4428
 

@hebius 

No nie, piszesz o całkiem innych aspektach niż to, o czym ja napisałam. Przede wszystkim nikt nie protestuje przeciwko przywracaniu usuniętych fragmentów ani tłumaczeniom z oryginału, a nie przeróbki. Wyżej właśnie za to chwaliłam nowy przekład "BZ", w "Rilli..." też są rozdziały, których zabrakło w dawnych wersjach (zaznaczając, że uzupełniono je jeszcze przed p. Bańkowską). Nie było o to żadnej awantury ani kontrowersji.

Po drugie, przykład z baśniami braci Grimm jest nietrafiony, bo zmian nie wprowadzali w nich tłumacze "bo tak", ale przede wszystkim wydawcy, którzy chcieli mieć książki dla rodzin i dzieci, a nie masakryczne podania ludowe. Takie samo łagodzenie miało miejsce także w krajach niemieckojęzycznych, gdzie żadne tłumaczenia nie były potrzebne. To nie tak, że w Polsce wszystko było śliczne i słodkie, a w Niemczech pięciolatkowie słuchali o mordowaniu, kazirodztwie, okaleczaniu i kanibalizmie. Co więcej, część zmian wprowadził sam Wilhelm Grimm. Dobrze więc, że powstały przekłady oryginalnych baśni, ale to wcale nie znaczy, że wersje dla dzieci były wynikiem złego tłumaczenia. Zresztą takich parafraz mamy mnóstwo, na czele z filmami Disneya. Są też przeróbki książek takich jak "Ania..." czy "Alicja..." na krótkie, proste historyjki przeznaczone dla młodszych dzieci.

Po trzecie - jaką mamy pewność, jaki był zamysł autora/ki? Skąd wiemy, że Montgomery miałaby coś przeciwko spolszczaniu imion, zwłaszcza gdyby wiedziała, że czytelnicy w Polsce nie znają angielskiego, a pewne imiona mogą budzić negatywne skojarzenia? Czy w czasach Montgomery angielskie tłumaczenia obcojęzycznych książek dla młodzieży zachowywały imiona i nazwy w językach oryginalnych? W "Ani..." są wzmianki o Biblii i bohaterowie używają angielskich wersji imion. Podobnie z nazwami miejsc - czy autorka wolałaby tłumaczenie 1:1, czy mniej wierne, ale oddające klimat i nastrój, co było przecież dla niej ważne?

Napisałam dokładnie, co mi przeszkadza w nowych tłumaczeniach - po pierwsze uwspółcześnianie (idąc tą drogą można też zrobić nowoczesne wersje "Lalki" czy "Pana Samochodzika" i twierdzić, że takie powinny być, a stare do kosza), po drugie krytykowanie rzekomych błędów poprzedników i podbijanie w ten sposób swojej wartości. Od kilkunastu lat dyskusje na temat tłumaczeń "Ani..." krążą wokół kilku tych samych wątków, głównie nazw i imion. Każdy tłumacz na swoją koncepcję i krytykuje inne. A wszystko to dotyczy kwestii, które mają zerowy wpływ na treść dzieła. OK, czasy się zmieniły, angielski jest popularny, można zmienić Jankę na Jane. Ale czy to podwyższa jakość książki? Średnio. Podobnie jak Zielone Wzgórze/Zielone Dachy/Zielone Szczyty. Jaki ma to wpływ na historię Ani? Zwłaszcza że to nie jest geograficzny opis miejsca, ale nazwa własna. I nawet jeśli dom Cuthbertów nie stał na wzgórzu, to mógł tak się nazywać, szczególnie jeśli z pewnej odległości widać było wysokie zielone dachy... Owszem, można dać przypis, że powinno być inaczej, ale budowanie na tym narracji "robimy coś wielkiego, odkrywany ukrytą prawdę i niszczymy upiory przeszłości" to bzdura.

 


Seth and PawelK lubią
OdpowiedzCytat
Seth
 Seth
(@seth)
Member Potwierdzony
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 1967
 

Nic dodać, nic ująć. 


OdpowiedzCytat
Strona 5 / 5
Share: