Autócska úr és a titkok titka czyli Pan Samochodzik po węgiersku

Wśród języków europejskich żaden chyba nie jest dla nas tak odległy jak węgierski. Pan Samochodzik brzmi w tym języku wyjątkowo obco i nawet tytuł trudno jest dopasować do któregoś ze znanych nam tomów. Pod zabawnie brzmiącym tytułem Autócska úr és a titkok titka kryje się Pan Samochodzik i tajemnica tajemnic.

Po węgiersku powieść ukazała się w roku 1984, staraniem wydawnictwa Móra Ferenc Ifjúsági Könyvkiadó, w przekładzie Hársa Gábora, na podstawie polskiej edycji wydawnictwa Czytelnik z 1975 roku. Nas jednak najbardziej interesują zabawne ilustracje Istvána Lehoczki. Lehoczka to węgierski karykaturzysta i grafik, zdobywca Nagrody Pulitzera w 1995 roku, publikujący swoje karykatury w wielu czasopismach. I taki też charakter mają jego ilustracje do Pana Samochodzika.

Wszystkie ilustracje w tym artykule udostępniam dzięki uprzejmości Adama Nowaka z grupy FB PAN SAMOCHODZIK – Fani. Spróbuję je właściwie umieścić w treści książki, choć wcale nie jest to takie oczywiste.

To zapewne jest Protazy. István Lehoczka, jak na karykaturzystę przystało, w bardzo przesadny sposób odmalował olbrzymią sylwetkę stalowoszarego doga, podkreślając ją jeszcze poprzez kontrast z wehikułem wielkości dziecięcej zabawki.

To mówiąc uchyliła drzwi od kuchni. Zaznaczam, uchyliła je nieco, ale natychmiast dojrzałem w szparze jakąś wielką łapę, a po sekundzie do przedpokoju wtargnął olbrzymi stalowoszary pies. Miał chyba dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, łeb wielki jak u cielaka i sterczące uszy. Był długi, ledwie by się zmieścił na tylnym siedzeniu mojego wozu.

Wtargnął do przedpokoju i ruszył na mnie z takim impetem, aż się cofnąłem pod ścianę i przywarłem do niej plecami.

A tutaj, wypisz wymaluj, wehikuł Pana Samochodzika:)

Bo wyobraźcie sobie coś w rodzaju długiego, szerokiego czółna, pomalowanego na srebrzysty kolor. Tu i ówdzie zresztą lakier odpadł, tak że czółno przypominało łaciatego arlekina. Na czółnie znajduje się brezentowa buda, podobna do namiotu z celuloidowymi okienkami. Przód wehikułu uzbrojony jest w ogromne reflektory z jakiegoś przedpotopowego samochodu lub zgoła starej lokomotywy, a tył wozu jest nieco zadarty do góry, kryje bowiem śmigło śruby potrzebnej podczas pływania po wodzie. Całość sprawia wrażenie jakiegoś dziwnego owada z zadartym odwłokiem, jakiejś larwy straszliwej, która wypełzła nagle z piekielnych czeluści.

Kolejna ilustracja to John Dee i jego rozmowy ze zjawami.

Trudno dziś dociec, jak to było naprawdę z tymi zjawami. Faktem jest jednak, że ci, którzy odwiedzali mistrza w jego pracowni, wraz z nim oglądali zjawy na „kryształowej tarczy” i mogli z nimi rozmawiać. Nawet królowa Elżbieta zawezwała kiedyś do siebie Johna Dee, aby w jej obecności pokazał przedziwne właściwości swojej tarczy. I chyba nie odniosła wrażenia, że ma do czynienia z szalbierzem, skoro potem wielokrotnie jeździła do Mortakle, aby brać udział w rozmowie z duchami.

Spotkania z duchami mistrz John Dee spisywał w specjalnym diariuszu, wydanym zresztą prawie sto lat później przez słynnego filologa Casaubona. Rzadka to książka, niewiele jej egzemplarzy znajduje się na świecie. Polska posiada jeden — historyk Aleksander Kraushar studiował go w bibliotece ordynacji Zamoyskich w Krakowie i tam odsyłam zainteresowanych bliżej tą sprawą. Ciekawe jest to dzieło choćby z tego względu, że znajduje się w nim opis seansu z duchami, jaki w majuw 1583 roku odbył w Krakowie król Polski Stefan Batory w obecności Johna Dee, Edwarda Kelleya i wojewody Olbrachta Łaskiego.

Legenda o Golemie.

Inna znowu legenda twierdzi, że reb Löwe kazał Golemowi nosić wodę z rzeki. Lecz po jakimś czasie tak pogrążył się w rozmyślaniach i świętych księgach, że zapomniał o wydanym rozkazie. A bezmyślna kukła wciąż nosiła i nosiła wodę, aż żydowskie miasteczko zalała powódź. Wtedy mądry reb Löwe doszedł do wniosku, że nie może na świecie istnieć coś wielkiego i silnego, lecz pozbawionego rozumu i serca. Wyjął tabliczkę z ust Golema i uczynił go martwym, a glinianą kukłę ukrył na strychu synagogi Starona. Jest w tej legendzie — tak jak w każdej — ziarno wielkiej mądrości, przestroga dla ludzi, aby nie ufali zbytnio własnym dziełom, przeróżnym wspaniałym machinom, ale poddawali je nieustannej kontroli ludzkiego rozumu i serca.

Ambicje małżonki pana Smitha.

— Kobietom jednak nigdy dość sukcesów. Wkrótce marzeniem mojej żony, Emmy hrabianki von Borckdorf-Ahlenfeldt, stało się uzyskanie przeze mnie jakiejś wyższej godności w bractwie, na przykład stanowiska sekretarza. O godności prezesa nawet oczywiście i marzyć nie można, gdyż jest nim pan Elard, burgrabia i hrabia zu Dohna, który wsławił się usiłowaniem kradzieży „kryształowej tarczy” i został przez sąd angielski skazany na wysoką grzywnę, ale powrócił do Wiednia w glorii sławy, jako męczennik sprawy. I oczywiście został natychmiast jednogłośnie wybrany na prezesa. Sami rozumiecie, że w tej sytuacji jego pozycja w bractwie pozostaje niezachwiana i swe stanowisko będzie piastował dożywotnio. Natomiast sekretarzem bractwa jest niejaki Johann Albers, zwykły fabrykant, i do tego producent… pasty do butów — niemal z pogardą rzucił te słowa pan Smith.

W chałupie Pókijańca.

Pókijaniec spojrzał na Smitha z ogromnym zainteresowaniem. Znowu pociągnął nosem, podniósł się z zydlai poszedł do sąsiadującej z izbą komory. Przyniósł z niej ciężką skrzynkę bez wieka. Postawił ją na podłodze pod światłem żarówki i zaczął w niej grzebać.

Och, czego w tej skrzyni nie było! Stare klucze rozmaitej wielkości, pordzewiałe kłódki, zamki, kątowniki, śruby, nakrętki, różnego rodzaju żelastwo o nie znanym mi przeznaczeniu. Pokrzywione gwoździe, płaskowniki, fajerki, małe kłębki miedzianego drutu, oprawki do żarówek, połamane śrubokręty, staroświecki skobel…

Chłop grzebał w tych rupieciach i grzebał, a nas ogarniało coraz większe rozczarowanie. Nie wydawało nam się prawdopodobne, aby w tym stosie pordzewiałych kluczy i skobli krył się bezcenny talizman Katza.

Pókijaniec pociągał bez przerwy nosem, a my śledziliśmy w milczeniu ruchy jego rąk. Raptem wyprostował się. W brudnych paluchach coś trzymał.
— Czy o to wam chodziło? — zapytał i podał coś Skwarkowi.
Tak, to był talizman. Druga połówka talizmanu.

Misja specjalna do zagrody Gnatów.

Ruszyliśmy w dalszą drogę. Lecz w tym miejscu warto chyba wspomnieć, jak wyglądaliśmy. Otóż ja nałożyłem ciemne okulary i miałem… czarną brodę. Panna Helenka zawiązała na głowie chusteczkę. Dyrektor Marczak był opasany grubą liną taternika, dźwigał ogromny plecak i podpierał się wspaniałym czekanem. Na jego piersi kołysał się na rzemykach aparat fotograficzny marki zorka 4.

Najpierw wspięliśmy się po niewysokim wzgórzu, potem zeszliśmy w skalistą dolinę, gdzie na dnie sączył się mały strumyk. Minęliśmy ruiny spalonej wioski, znowu zdobyliśmy niewysokie wzgórze. Gdy zeszliśmy z niego, natrafiliśmy na mały potoczek górski. Innymi słowy — z powodu mgły wróciliśmy w to samo miejsce. Spostrzegłem, że od czasu do czasu pies strzyże uszami i spogląda w stronę pobliskiej doliny. Gdy wsłuchaliśmy się w otaczającą nas ciszę, usłyszeliśmy stłumione przez mgłę szczekanie psa.

Tej ilustracji nie potrafię zinterpretować i dopasować do treści książki. Widzimy zapewne zagrodę Gnatów w okolicach Bystrego, ale kim jest ów uzbrojony jegomość na krowie?

Ostatni rysunek zapewne przedstawia dwóch magów, Kelleya i Katza, którzy z dwoma połówkami talizmanu przybyli do grobu rebego Löwe po zdeponowane u niego kosztowności.

Była godzina szesnasta trzydzieści, gdy wkroczyliśmy na Stary Hrzbitov i ścieżką wśród grobów i kamiennych tablic zawędrowali do tumby wielkiego mędrca.
— „A jeśli umrę, przyjdziecie do mego grobu” — szeptała Ludmiła. — Tak reb Löwe powiedział do czarnoksiężników. I oto przyszli. Przynieśli dwie połówki tego samego talizmanu. U grobu Löwego zostawili je i czekali na znak od zmarłego…

Na temat ilustracji Istvána Lehoczki w węgierskiej edycji powieści Pan Samochodzik i tajemnica tajemnic możemy porozmawiać na NASZYM FORUM

Źródło ilustracji: Wszystkie ilustracje wykorzystane w artykule są autorstwa Istvána Lehoczki i pochodzą z węgierskiej edycji książki Autócska úr és a titkok titka – wydawnictwo Móra Ferenc Ifjúsági Könyvkiadó, 1984 rok.

Źródło cytatów: Cytaty pochodzą z książki Zbigniewa Nienackiego pt. Pan Samochodzik i tajemnica tajemnic.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *