SZKOCKIE jazdy w kratkę [5]

#Nauka jazdy w kratkę

Musimy zamieszać kosturem maga w wielkim kotle czasoprzestrzeni i oto zjawiamy się na lotnisku w Glasgow, skąd mamy odebrać samochód. To nasze pierwsze w życiu doświadczenie z kierownicą „po tamtej stronie”, więc – po załatwieniu formalności – jak gdyby nigdy nic, udajemy się na parking…
– O rany! to ten? Czerwony?
– Może mamy na czole napisane: uwaga jesteśmy frajerami, dajcie nam coś odblaskowego?
– A może tu dla “prawostronnych” obowiązkowo dają czerwone, żeby śladów krwi nie było widać?

Oglądamy naszego nowego kompana podróży. Czerwona, strzelista sylwetka Vauxhalla vel Opla w brytyjskiej szacie wygląda nieźle. Tymczasem ja… cichutko, nie zwracając niczyjej uwagi, zmierzam do drzwi dla pasażera, by nie wychylając się zbytnio, zająć me bezpieczne miejsce. Otwieram i…. co za skucha… kierownica! Taka pomyłka będzie się potem zdarzać często. Ale teraz drogo kosztuje. W tym właśnie momencie, mój prawie przyjaciel, podstępny G., ze zdradzieckim uśmiechem wciska mi kluczyki, jakby wbijał pod żebro brutusowy sztylet:
– Jedziesz!
– Ale… no co ty… przecież się umawialiśmy…
– Jedziesz!
I widzę, że to nie żarty. Zdrajca bezceremonialnie pakuje się na fotel po drugiej stronie. Kiedy masz przed sobą zacięty wzrok człowieka, gotowego poświęcić zdobycze od-licealnej przyjaźni, lepiej chwilowo się wycofać. Każdy strateg wie, że nie liczą się przegrane bitwy, a wygrane wojny. A więc wojna! Dziś nie jesteśmy ograniczeni czasem i nie mamy żadnych planów, możemy  czekać na tym parkingu nawet do zmroku. Chyba… no chyba, że ktoś wchodzi ci na ambicję…
– Tak ze mną pogrywasz? To poczekaj!

Chłopaki przecież nie płaczą, tylko dostosowują się do okoliczności. Kierownica? Okrągła. Pedały? Na swoim miejscu. W kolejności? Właściwej! Wycieraczki, światła? Aktualnie mam w dupie. Najgorzej jest z drążkiem zmiany biegów. Prawa ręka machinalnie sięga tam, gdzie teraz znajduje się… klamka drzwi. Tymczasem lewa ręka – nie nadaje się do niczego. I nie mówcie, że do tego lub tamtego, bo ja swoje wiem.

Zawieramy jednak wstępny rozejm: ja będę kręcił kółkiem i wciskał pedały, a G. swą prawicą ma zmieniać biegi. Dodatkowo zostanie moim pilotem, drugą parą oczu i uszu. Wiadomo co nam grozi: tu wbrew wszelkiej logice,  z fałszywego kierunku, w każdej chwili może wyskoczyć ciężarówka.  
– Cholera, dlaczego wszędzie widzę same ronda?
– W którą stronę jedziemy?
– Na północ, tam na mapie są jakieś jeziora, złapiemy bazę.
– He, mieliśmy obejrzeć stadion Celticu…
– Człowieku, o czym ty mówisz, wyjedźmy tylko z tego piekła!

Ruszamy. W tym momencie Młodzi tracą szansę na zdobycie sławy i fortuny. Wystarczyłoby włączyć kamerę w telefonie i nagrać do sieci następujący filmik:
– Jedynka. Wrzuciłeś? Gdzie teraz?
– W lewo, nie ten pas! Szerzej! Krawężnik! Aaaaa!
– Kurwa!
– Dwójka! Wrzucaj dwójkę!
– Sprzęgło wcisnąłeś? Hamuj, wolniej…
– Rondo, kto ma pierwszeństwo?
– Chyba tak, jak u nas, czekaj. Teraz! Nie w prawo, do cholery, objeżdżaj z lewej!
– Wrzuciłeś jedynkę?
– A teraz jak?
– Tu zjeżdżaj!
– Gdzie do licha? Precyzyjnie! W pierwszą czy w drugą…
– W drugą w lewo, ale szerzej!!! Kraaaaaaawężnik….
– Mam sprzęgło, dawaj dwójkę! Jezu, ciężarówka z prawej.
– Ją się nie przejmuj, to jej problem, trzymaj się tego pasa, znów cię ściąga na lewo.
– Bo mam wrażenie, że ten z przeciwka mnie zahaczy!

Spokojnie jak na szkockiej wojnie

Mija około 7 minut – najkrótszej wojny nowoczesnej Europy.
– Jakaś miejscowość…
– To może zrobimy przerwę?!
– Dobra, ale jak mam jechać na skrzyżowaniu?
– W lewo, na ten pierwszy pas, bliżej nas
– Ale kto ma pierwszeństwo na równorzędnym? Zasada prawej ręki? Czy kuźwa lewej?
– Moment, zwolnij, zadzwonię [telefon do przyjaciela – mieszkał na Wyspach]
– No cześć, taki problem mamy….
– Nieważne, ja zrobię po swojemu. Jak oni się zatrzymają, to ja jadę. Gdy oni będą jechać, to ja staję i czekam. Oni raczej wiedzą lepiej.
– O zobacz: jakiś zamek i jezioro, zjeżdżamy tam.

Jest prawie tak, jak w dobrym roku 1986, w którym postanowiłem podjąć naukę jazdy. Gruby i gburowaty instruktor, zajmujący większość kabiny malucha, po pierwszej lekcji zdołał jedynie wydukać:
– Jeszcze raz mnie tak przewieziesz, a będziesz sobie szukał innego kursu!

Patrzę kątem oka na G. i widzę podobne przerażenie. Ale on jest w gorszej sytuacji niż tamten gburowaty instruktor. Nie może mi powiedzieć:
– Wy…… (-siadaj)!

Zamek jak zamek. Szkocki

Trafiamy na piękną, boczną uliczkę, bez samochodów. Dlatego taką piękną! Przed nami zamek na skałach. Ręce i nogi trzęsą się jak w malignie. Zamek nazywa się Dumbarton i leży nad niby rzeką, a trochę zatoką: River Clyde. Nie będziemy udawać: nie obchodzą nas ich historie i style.
– Gdybym chciał studiować historię sztuki – kupiłbym flanelową koszulę i grube okulary w rogowej oprawie. Albo jak mawia znajomy kibol: gdybym interesował się piłką nożną: zostałbym piłkarzem.

Chcemy chłonąć wrażenia, łapać chwile i szukać źródeł lokalnej magii. Wspinamy się na mury. Wiatr urywa głowy i szarpie niebieską flagą z białym iksem. Na zatoce jest odpływ. Tabuny mew, po darmowej uczcie frutti di mare, krążą nad głowami, obserwując nas uważnie. Pierwszy drogowy stres odpuszcza.
– Możemy ruszać dalej!
– Dzisiaj w planie nie mamy żadnego planu.
– Wspaniale!
Zero zobowiązań i terminów. Prawdziwa wolność, ograniczona jedynie konturem szkockiej mapy! Na nawigacji wskazujemy jakieś miasto na północ od Glasgow – strzałko prowadź! Obyś mogła jeszcze przejąć sterowanie… Ale i w tej materii czynimy postępy. Bezczynna dotąd, lewa ręka, próbuje samodzielnie zmieniać biegi. Sukces! Ale druga para oczu i uszu pilota nadal się przydają:
– Teraz w lewo! Na ten bliższy pas! Szerzej!

O co mu chodzi z tym szerzej?! Szerzej i szerzej… może później się dowiem, dlaczego taki spięty. Wyjeżdżamy poza metropolię. Lokalna droga zmienia się w wygodną dwupasmówkę. Akurat to, że wszyscy wyprzedzają nas prawym pasem, nie budzi zaskoczenia – jest jak w Warszawie. Tymczasem pojawia się deszcz, który nagle zmienia słoneczne niebo w lepką szarówkę, przez którą z mozołem przebija się nasza czerwona strzała. Deszcze w Szkocji są jak mewy: wszędobylskie, codziennie nierozłączne, szybko nadlatują i równie prędko znikają.

Gdzieś miga drogowskaz “sandwicze”. Niesieni głodem wykonujemy rozpaczliwy, typowo polski manewr zawrotki na dwupasmówce. Udaje się nie trafić pod koła tego z przeciwka („Skąd oni się tu wzięli?”).
Kanapki z szynką posmarowaną słodką marmoladą szybko znikają. Młodzi trochę w szoku, ale widocznie głód jest silniejszy niż absmak. A na przystawkę – gorącą herbatka. Chłopaki z obrzydzeniem patrzą, jak my –  starzy wyjadacze PeeReLowskich smaków – dolewamy do herbaty mleko. Bawarka! Bawarka? Brytyjski zwyczaj spod niemieckich Alp? Czy niemiecki rytuał przeniesiony na wyspy? Spytaj Bawarczyka o bawarkę, a popatrzy z równym obrzydzeniem, jakbyś chciał mu dolać mleko do… piwa. Dla nas – wspaniały smak dzieciństwa – bawarka jak u babci!… W tamtym innym życiu.

Jakoś po szkocku jedziemy, tzn. ja jadę, tamci komentują

#Loch Lomond

Minęło już południe i wypadałoby, innym brytyjskim zwyczajem, zakotwiczyć w jakimś pubie. Ruszamy więc dalej przed siebie. Krajobraz zmienia się obiecująco. Mijamy coraz wyższe góry, majestatyczne rezydencje – otoczone kamiennymi murami, by w końcu wyjechać ze ściany deszczu i trafić wprost nad rozkołysany brzeg jeziora. Z czterech gardeł pada zbiorowe łaaaał (po szkocku: wow!) i naturalną reakcją jest… hamowanie czerwonej strzały. Jezioro nazywa się Loch Lomond i tworzy park narodowy. Zasadniczo moglibyśmy zacumować w tym miejscu na dłużej, jednak wyraźnie brakuje – nie tyle łóżek – co pubu. Cykamy więc foty, a nasz apetyt na większą ilość takich widoków rośnie z każdym kilometrem. Wreszcie pojawiają się nadbrzeżne hoteliki, zatrzymujemy się przy nich, ale właściciele – widocznie znudzeni ciągłym odpowiadaniem na te same pytanie – po prostu wieszają przed wejściem praktyczne tabliczki: NO VACANCIES. Jeśli napis “no” jest zasłonięty – można pukać do drzwi. Niestety nie tylko my wybieramy na wakacje krainę deszczowców, bo wolnych miejsc albo nie ma, albo co najwyżej trafiamy 1 pokój dla maksymalnie 2 osób. Nas jest czterech. Nie będziemy przecież waletować i “make a village”.

Loch to szkockie jezioro. Loch Lomond
Szkocka wiocha

Nareszcie w jakiejś kamiennej przydrożnej gospodzie są wolne 2 pokoje. Rozglądamy się po wnętrzach:
– Trochę jakby z 19-wiecznego horroru lub z bajki “ten dom straszy”.
– Ciemno i ponuro, sprzęty niczym z muzeum techniki.

Nawet najwięksi optymiści, tacy jak my, nie mogą w tym miejscu odwrócić kota ogonem i zarzec się, że oto jest klimatycznie i stylowo. Bo dosłownie – jest strasznie. Co prawda w restauracji panuje tłok, wszystkie miejsca zajęte – my jednak znamy z telewizji historie, gdy w podobnych miejscach, niby sympatyczni goście, zmieniali się w nocy w krwiożercze wilkołaki. Postanawiamy dyskretnie się wycofać. Później dowiemy się, że była to gospoda The Drovers Inn, z kilkusetletnią tradycją i daniem firmowym – słynnym szkockim haggis. No tak! wszystko się zgadza: haggis to krwiste, świeże flaki. Czyli jednak uszliśmy z życiem!

Z przodu szkocka zabytkowa gospoda, z tyłu zabytkowy wodospad

Tymczasem na trasie A82 mamy do wybory skręt w prawo lub w lewo. W lewo – na logikę –  oznacza dalej na północ (tam chyba nie chcemy), zaś w prawo – w głąb lądu: w góry Highlandu i to nam pasuje. Droga niebezpiecznie się zwęża i jakoś dziwnie kręci, traci nawet oficjalny numer i żółty kolor na mapie. Po prawej stronie sięga nowego jeziora (Loch Tay – przyp. aut.), a po lewej ociera o pionową skalną ścianę. My – dla przypomnienia – jedziemy stroną lewą. Wydaje się, że rozpiętość maski naszej czerwonej strzały mam już podświadomie zmierzoną. Jedziemy więc na tak zwanego stykowca, lub jak to fachowo mówią TIR-owcy: na piczy kłak – o centymetr w lewo: skała, o centymetr w prawo: lusterka mijanych z przeciwka. Cieszę się tylko, że nie jestem tym z przeciwka: ja, przy bliskim kontakcie, co najwyżej sprawdzę geomorfologię skały. Ci z przeciwka mają okazję sprawdzić twardość wody w jeziorze. Jak to zwykle na takich romantycznych trasach bywa: barierek ochronnych “chwilowo zabrakło”. A nasza trasa jest magicznie romantyczna.

Nam nie dano po szkocku zacumować

Na szczęście jedziemy wolno i spokojnie. Mamy czas i nigdzie nam się nie spieszy. Pełen luz. G. co prawda nadal coś mamrocze, żeby szerzej i szerzej, a jego skóra przybiera szarą barwę, ale to pewnie skała rzuca nań swój grafitowy cień. Zastanawiające są tabliczki drogowe: uwaga-ślisko / uwaga-kałuże / uwaga-woda.
Owszem, asfalt nie całkiem jest suchy, ale nie dramatyzujmy, wszakże jesteśmy w Szkocji, a tu podobno czasami pada!

(Tego jeszcze teraz nie wiedzą, ale dnia ostatniego – dziwny los – znów rzuci ich na tę drogę. Tylko w odwrotnym kierunku. Tylko czy romantyczną? I wtedy będą tymi z przeciwka. Ale na razie cicho-sza! – przyp. wyroczni).

#Czarna Dziura w Highlandzie, czyli miasto, którego nie ma

Nadal jedziemy powoli, ale coraz pewniej. Stajemy przy kolejnych czarodziejskich  landszafcikach, bo a to magiczny wodospad, a to ta magiczna linia kolejowa z Harry’ego Pottera oparta na kamiennych mostach, a to jakieś drzewko, zameczek… Na nawigacji wbiliśmy nic nam nie mówiącą dziurę na trasie, odległość: 30, przydrożne tablice to potwierdzają: 30, lecz mija dużo czasu, a docelowej dziury jak nie było, tak nie ma. Może to faktycznie Hogwart?
– Przecież oni tu mają mile, nie kilometry!
Wreszcie pojawia się miasteczko. Nazwy nie zapamiętujemy, potem sobie sprawdzimy. Zapominamy zapisać.  
– Szukajmy noclegu! I pubu!

#Warszawa, później

Próbujemy namierzyć na mapie tę dziurę. Nie była taka zła. Nawet nam się podobało. Nawet bardzo! Ale nie pamiętamy jak się nazywała. I kombinujemy, może to była ta, a może tamta? Całkiem spora, bo i Tesco było i hotele i puby i rzeka i ludzie. A na mapie jej nie ma! Zaiste prawdziwe zagięcie materii i czarna dziura. Trudno. Grunt, że udało się stamtąd wyjechać, bo podobno z czarnych dziur ciężko się wyrwać. Normalnie. Czyli kolejny raz uszliśmy z życiem.

#Hotelarskie ABC

Chodzimy od domu do domu pukając do wszystkich drzwi B&B, o ile oczywiście z góry nie wywieszono tabliczek odstraszających No Vacancies. Najczęściej otwierają przemiłe babcie, pokazują przemiłe wnętrza, domowe warunki, aż chciałoby się wbić dalej. Niestety. No Vacancies. Ale nadzieja umiera ostatnia. Pozostał przecież jeszcze duży hotel koło Tesco. Próbujemy i… nawet ma wolne miejsca! Postanawiamy jednak sprawdzić co kryje się w secesyjnych pomieszczeniach. Krytycznym okiem wodzimy za recepcjonistą i odhaczamy punkty z czeklisty:

  • Miła obsługa? …Obecna!
  • Pub-restauracja? …Na miejscu!
  • Szybki WiFi? …W restauracji, śmiga aż miło!
  • Skrzypiące podłogiiiiiiiiii? …Tak!
  • Średniowieczna budowla? …Jak najbardziej! I to z kamienia!
  • Widok wnętrz? Tak jak budowla! …Średniowieczny.
  • Okna, drzwi, krany, szafki, czajnik, wykładziny? …Jak całe wnętrza! Patrz wyżej.
  • Łóżko? …Wielkie i wygodne! Nie skrzypiące.
  • Łazienka en-suite? Czyli bez drzwi? …jak tu wszędzie. Zapraszam rano. Hehe.
  • Telewizor? …płaski!
  • Widok z okna? …lepiej nie patrzeć. Zresztą – nie ma jak: szyba mleczna.
  • Winda? …W imię ojca i syna…. wytrzyma?
  • Zapachy? Mieszanka kwiatu jabłoni i ogrodów różanych firmy WC-MacPicker
  • Łazienka przy restauracji? …Jak na dworcu w Kutnie w dobrym roku 1986. Rdza.
  • Porównanie całości? …Warszawski Hotel Polonia lub Saski w dobrym roku 1986. Na długo przed kapitalnym remontem.
  • Kategoria lokalna? …Cztery gwiazdki! A jakże.
  • Cena za pokój ze śniadaniem? …Pięciogwiazdkowa.
  • Hasła z reklamy? …Styl, szyk, elegancja, vintage.
  • Dla zachodnich turystów? …Styl, szyk, elegancja, vintage. Och. Ach.
  • Dla przeciętnych polskich turystów? …Reklamacja, awantura, fotki wszystkich, starych elementów i jednego rybika na glazurze, straszenie telewizją i prawnikami, żądanie zwrotu pieniędzy, histeryczny krzyk kobiety i pogróżki ze strony jej męża.
  • Dla nas? …Syf, rudera, nie ciągnij mocniej za klamkę, bo się urwie, kranu też lepiej nie odkręcaj. Rewelacja! Zostajemy!
Hotel jak hotel. Szkocki standard.
Całkiem przytulnie. Szkockie luksusy

Uwagi ogólne: Szkoci jadący do Polski dostają trzy razy tyle, za taką samą kwotę. A nawet dostają lepsze, bo nowoczesne i nie średniowieczne. W Szkocji są restrykcje dla młodocianych: bez alku do 18 lat. A jeśli  młodociani w ogóle zostaną wpuszczenie i siedzą w pubie przy stole razem z rodzicami – różne restrykcje dotykają również dorosłych.

#Romantyzm narodził się w Czarnej Dziurze

Idziemy obejrzeć miasteczko, którego nie ma na mapie. Nigdy więcej przecież tu nie trafimy. Skręcamy w pierwszy lepszy zaułek – droga otoczona kamiennym, omszałym murem, z którego szczelin zwisają liście paproci, jak szpony jakiegoś zwierza. W głębi stoi ukryty domek, z mikroskopijnymi okienkami, zatopiony w kolorowych hortensjach. Byliśmy tu chyba przed laty… w jednej z dziecięcych bajek. Magia działa i otwiera kolejne części ogrodu. A to świątynię dumania, a to kwietne rabatki widoczne przez kamienną furtkę, a to potężne drzewa, kryjące w sobie tysiącletnie tajemnice. Gdyby nie stojące na podjeździe samochody, moglibyśmy nasłuchiwać odgłosów nadjeżdżającej karocy. Z zielonych, trawiastych dywanów wyłaniają się małe fontanny, a kamienne aniołki wskazują drogę w głąb zielonej głuszy. Ryzykujemy.
– Och!
– Ach!

Skoro Szkot zostawił otwarte, to wchodzimy!
Czy w tym szkockim domu straszy?

Tajemniczy ogród kończy się na linii wartkiej rzeki, nad którą zwisają gałęzie potężnych drzew. W ich cieniu ukryta jest… ławeczka. Spoglądamy po sobie i nie musimy nic mówić. Zresztą głos mógłby tylko spłoszyć duchy artystów kontemplujących w tym miejscu. Oszołomieni odwracamy się na pięcie. Trudno to wszystko ogarnąć. Zaglądamy więc do starodawnych pubów, degustując różne gatunki serwowane z przemyślnych nalewaków. Drogą błędów i eliminacji powoli wiemy, na co trzeba się nastawiać. Przy kontuarze baru istnieje wyraźny podział. Z jednej strony blond, z drugiej dark. Blond mamy codziennie w domu, wybieramy więc dark – ciemną stronę mocy. Od teraz ta moc będzie z nami. I to z gęsto ubitą pianą!

Jakby niesamowicie
Jakby nas łapie szkocka zaduma
Czysty szkocki romantyzm!

#The Day After

Na czym polega full scottish breakfast? To jak full english breakfast uzupełnione o pewne dodatki…

  • na pierwszy rzut wjeżdżają tosty z dżemikiem, obowiązkowo pomarańczowym oraz kawą lub herbatą. Jogurty, ziarna, krakersy i mandarynki w syropie – zostawimy sobie na koniec. Jeśli damy radę. Wiadomo, że damy!
  • Kelner, jak cała pozostała obsługa, jest dyskretny i profesjonalny a senkjowanie wliczone jest w cenę i przyklejone do jego uniformu.
  • na jednym dużym talerzu każdy dostaje zestaw: fasolka w sosie pomidorowym, jajka sadzone, kiełbasa smażona, boczek chrupiący, placek ziemniaczany, black pudding (bynajmniej nic wspólnego z budyniem, lecz zwulkanizowany kawałek spieczonej na czarno niby-kaszanki) i ów straszny HAGGIS (który okazuje się inną wersją znanej dobrze kiszki, lub krupnioku) – fajnie pikantny i dobrze zgrillowany, trochę podchodzący smakiem pod naszą pasztetową.
  • Najważniejsze, to natychmiast odseparować jajeczne żółtka od fasolki. Na przykład za pomocą kiełbasy – w roli tamy. Jeśli się nie uda – masz od razu przesrane. Jeśli się uda – dopiero po jakimś czasie.
  • Czas trawienia: ok. 5-6 godzin
  • Stopień zadowolenia: mniam mniam mniam+
Szkockie śniadanie

Po śniadaniu Młode leniwce zostają w pokoju, a nieśmiertelni ruszają na poranny spacer. Może w prawo, a może w lewo? To może pod górę, a może pójdą do lasu? – Tak, do lasu!

Mijamy willową dzielnicę, lekki poranny deszczyk (well, co za niespodzianka!), kropi na schowane pod lasem pole golfowe. To swoista ciekawostka: w każdej mijanej wiosce, przy każdym ludzkim skupisku, lub nawet bez niego – na uboczach, przy drogach lub liniach kolejowych, albo wklejone w nadmorskie tereny i w górskie doliny – będziemy spotykać dwa rodzaje aktywności pseudo-sportowej. Obie związane są z nienagannie utrzymaną trawiastą murawą i obie oblegane będą, niezależnie od pory dnia i pogody, przez mężczyzn, przeważnie w podeszłym wieku,. Wolnego czasu można im tylko pozazdrościć.

1. Bowling czyli gra w kule, polega na toczeniu drewnianych, ciężkich piłek po trawiastych torach, tak, aby trafić jak najbliżej ustawionej na drugim końcu toru kuli-matki, najlepiej kosztem zbicia kul przeciwnika. Na jednym kwadratowym polu może odbywać się kilka gier równocześnie.

Szkocki sport 1

2. I w końcu golf, którego kolebką jest właśnie Szkocja. Tu go wymyślono i widać, że uprawiany jest powszechnie – wszak pola są zawsze zajęte!

Szkocki sport 2

(Ale o golfie dowiemy się więcej dopiero jutro – przyp. wyroczni)

#Bukowy las

Oczywiście, że już tu kiedyś byliśmy, jakże by inaczej?! Od razu poznajemy ten las. Co prawda pisarz nazwał go dla zmyły Sherwood, ale to pewnie dlatego, by nikt tu nie trafił. My, wiedzeni znakami przeznaczenia, niczym po nici Ariadny, odnajdujemy go bezbłędnie! Te tysiącletnie buki! Konary sięgające nieba, grube – jak amerykańskie sekwoje. Dziuple – idealne na kryjówki. Splątane gałęzie, w których koronach można znaleźć schronienie. I te falujące leśne jary i wąwozy… za chwilę zza drzew wyskoczy wesoła drużyna Robin Hooda, a przy odrobinie szczęścia może spotkamy Herna – leśnego bożka pod postacią jelenia*?

(*Tak, zobaczą, ale wszystko w swoim czasie – przyp. wyroczni)

Hej wesoła (szkocka?) drużyno!

Skaczemy po skałach wzdłuż leśnego wodospadu. Tymczasem z granatowego, groźnego nieba przebłyskuje słońce. Rozświetla krople deszczu, spływające powoli po grubych liściach paproci. Magia.

Szkocka natura
Szkocka magia

#Lata 1983 – 1986

to oczywiście dobre lata, w których wiele się działo. Na przykład brytyjska telewizja nakręciła wieloodcinkowy serial o Robin Hoodzie. Serial ten stał się kultowy m.in. dzięki magicznym klimatom, takim, jak ten klimat tu i teraz, w bukowym lesie. A także dzięki nieśmiertelnej muzyce grupy Clannad, wydanej potem na płycie Legend. W kultową rolę Robina wcielił się najpierw ciemnowłosy Michael Praed (na widok którego nasze szkolne koleżanki dostawały histerycznych spazmów). A gdy ten zginął z rąk szeryfa, to dzięki magii Herna, odrodził się ponownie, w osobie blond-aktora Jasona Connery, który kontynuował przygody Robin Hooda. Jako, że nic nie dzieje się przypadkiem, a wszystko co dotyczy tej podróży jest ze sobą splątane i połączone, to ów Jason Connery był w życiu prywatnym synem Seana Connery, który jak wiadomo był Szkotem, jednym z Nieśmiertelnych oraz komandorem-szpiegiem Jamesem Bondem także.

#c.d. nauki jazdy

Czerwona strzała wyrusza w dalszą podróż, ze smutkiem opuszczając Highland i kieruje się na nudne, nizinne tereny. Kumpel G. postanawia spróbować szczęścia za kółkiem:
– Może się zamienimy w bocznej uliczce?
– Nie ma sprawy! – za kierownicą następuje mała roszada.
– Błagam! SZERZEJ!!! Szeeeerzeeeeej!!! – Krzyczę. Teraz już wiem o co chodzi.

Wieź mnie dokądkolwiek
I rób cokolwiek
Wszystko mi jedno…
Ty jesteś za kierownicą, dziś wieczorem
(na podstawie Depeche Mode Behind The Wheel, sł. M.Gore)

Szkocka… no po prostu szkocka

wewte | wte

i nadal jesteśmy na forum

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.