SZKOCJA. Orkany na Orkadach. Oczywiście w kratkę [4]

#Powiedz mi po co? Po co?

…A jeszcze te Orkady. Co nas podkusiło? Mapy Google ledwo-ledwo to obejmują, ale ledwo jest właściwym przysłówkiem. To koniec świata! Kumpel wymyślił, że zna tam kogoś, jeszcze ze szkoły i że skoro już tu jesteśmy, to może wpadniemy, no nie na długo, bo nie mają warunków, ale na kilka godzin to welcome, zresztą podobno to wystarczy, żeby się zorientować. Chrum.

Zresztą:
– Czy kiedykolwiek specjalnie wybierzesz się na Orkady? – I ten zwyczajny, prosty argument przeważa, by poprzestawiać kilka elementów na planszy mapy i skali czasu.  Tylko, że nawet nie bardzo wiadomo jak tam dojechać. Jakieś promy kursują z samej północy Szkocji. Bagatela: ponad 500 km z Edynburga górskimi drogami. Ośmiogodzinna jazda pociągiem lub lokalnym pekaesem na północ, po to by kolejnych kilka godzin płynąć promem, gdy nasz czas jest mocno skurczony – w ogóle nie wchodzi w rachubę. Znajdujemy jednak linię promową ze środkowej Szkocji, która nie kursuje codziennie, ale teoretycznie jest w naszym zasięgu. Musimy się tylko dostać do Aberdeen. Zaburzymy niniejszym chronologię zdarzeń lecz nie ma to żadnego znaczenia. Orkady to oddzielna historia w historii. Krótka, spokojna, morska.

żegnaMY Aberdeen

#Na PEŁNYM morzu.

Aaaby bez problemu trafić do portu najkrótszą drogą – wyłącz aplikację GPS i kieruj się na mewy krążące na niebie. Na nabrzeżu promowy kolos z Wikingiem na burcie już daje parę w kocioł. Doświadczeni turyści potrafią zamienić siedmiogodzinny rejs w bujającą przygodę. Doświadczeni turyści wiedzą, że skąpstwo nie popłaca. Mają do wyboru zwykłe bilety z miejscem na pokładzie, bilety z opcją lounge lub opcję podróży w kabinie, ale bez lounge. Wariant pośredni jest wręcz idealny dla doświadczonych turystów. Wydzielona strefa, skórzane kanapy i klubowe fotele. Bezpłatne napoje orzeźwiające, kawa i herbata, mleczne krówki z Orkadów i zbożowe ciasteczka. Chrum. Ale są jeszcze bonusy dla doświadczonych turystów w postaci kuponów do baru. W wyniku promocji i pertraktacji z Młodymi mamy po 7 kuponów na dorosłą głowę. Gdyby doświadczeni turyści wylewali za kołnierz, mieliby do wylania po jednym kuponie na godzinę. Ale po co tak głupio gdybać? Dodatkowo okazuje się, że za jeden kupon można w pokładowym barze dostać: albo jedną whisky albo jedną podwójną whisky.
– No co za historia! Chrum. A zobacz na tych chitrych, co zaoszczędzili kilka funtów na bilecie  promowym. Chytrzy dwa razy tracą i obijają się teraz z nudów po pokładach. Tu nie mają wstępu.
– Parostatkiem w piękny rejs, statkiem na parę w piękny rejs… ahoj!

Wyjściu z portu towarzyszą gęste chmury. Ot, taki szkocki nieprzypadek. Tymczasem huraganowy wiatr rozwiewa je, odsłaniając nurkujące w falach, pomarańczowe słońce. – O, jest nawet wyjście na górny deck. Zobacz jak wieje!
– Stań na piętach, tyłem do wiatru i połóż się plecami na wietrze… Juuuu!
– Głupio? Ale za to jak cieszy!

Hop siup i butelkę rumu, ahoj!

#Orkady czyli Orkney Islands, Mainland.

– Ding-dong! – Wypad z baru, prom przypłynął do Kirkwallu!
– Pierwsze wrażenie? – Wiatr
– Drugie wrażenie? – Wiatr urywa głowę
– Trzecie wrażenie? – Ciemność! Bo nie mamy już głowy?
– Nie, bo zbliża się północ!

Taxi zabiera nas na kwaterę w hostelu na końcu świata. Dwa piętrowe łóżka jak w zakopiańskim schronisku. Ale za to z własną łazienką. Czyli jednak lepiej. Jest jeszcze wspólna kuchnia i jadalnia.

lokalne klimaty. Ale jutro

#Orkady. Zaledwie jeden cały dzień.

– Pierwsze dzienne wrażenie? – Wiatr
– Drugie dzienne wrażenie? – Wiatr urywa głowę
– Trzecie wrażenie – Hej, czy jest tu ktoś jeszcze? Wszystkich wywiało.

Po lewej płasko. Po prawej miasteczko Kirkwall. Tuż przed nami: zadbane domki, trawniki, czyste uliczki, zatoka. Przed nami w oddali: port, jeden duży statek i kilka małych.
– Istot ludzkich?: brak.
– Samochodów?: brak.
– Mewy: obecne!
– No to prowadźcie!
– Jest Tesco – może kupimy coś na śniadanie?

lokalna szkocka kratka na dziś. Kratka w słowniku miejskim?… Hę?

#1986 i poprzedni i następny.

Idziemy przez szarą Warszawę z żeglarskimi workami. Oczywiście spłynęliśmy z lekcji. Worki są trochę mniejsze, niż te w Szkocji, bo zazwyczaj służą do noszenia szkolnych książek. Zazwyczaj. Chyba, że ma się szczęście. My oczywiście szukamy szczęścia. Szukamy w Warszawie piwa. Nie ma jeszcze Tesco. Są tylko sklepy Społem.
– W Wilanowie? Ostatnio piwo widziano tydzień temu.
– Na Stegnach? Nigdy nie ma.
– Na Sadybie? Choćby sikaczowe Królewskie lub kwaśna Warka!? – Nie ma i nie będzie!
– Supersam na Placu Unii? Tylko Karmi dla przedszkolaków
– Ostatnia szansa – na końcu naszego świata – Hala Kopińska na Ochocie: – jeeeest! (a ściślej: ma być)… Ale skoro stoi kolejka, to jest nadzieja. Ogonek zakręca na ulicę – przynajmniej dwie godziny stania. Czas jest względny. Zapasy sklepowe są bezwzględne. Wydzielają po pięć butelek na osobę. Ale za to jakich! Kolejką wstrząsa elektryzująca, magiczna wiadomość: okocimski Zagłoba. Na tamte czasy – jak cudo z Pewexu.
– Szykujmy worki!

#Tesco w Kirkwall na końcu świata.

– Może Tyskie? Albo Żywiec? Warka? Żubr? Książęce? Jasne czy ciemne?
– Nie ma kolejki?
– Nie ma nawet obsługi w kasie, tylko automat.
– Wniosek na przyszłość? Jeśli znów zabraknie w Polsce polskiego piwa, znajdziemy je na końcu świata. Np. na Orkadach.

lokalna dostawa tego i tamtego przypłynęła

#Shapinsay, za końcem świata.

Droga do portu – oczywiście pod wiatr. Nasz cel to wysepka Shapinsay. Jedna z około 70 w archipelagu. Gospodarze już tam na nas czekają. Wsiadamy na niewielki prom, który może pomieścić tylko kilka osób i dwa samochody. Prom kursuje trzy razy dziennie. Na pokładzie jesteśmy sami. No prawie. Bo wcześniej listonosz Pat podrzucił na prom worek z pocztą, a potem zaokrętowała się obwoźna biblioteka w mikrobusie. Czyli ktoś jeszcze czyta normalne, papierowe książki?! Na końcu świata! No coś tam trzeba jeszcze robić, oprócz… zaczynamy się domyślać.

lokalne kierunki
lokalna biblioteka

– Powiedzieć, że jest wietrznie, to nic nie powiedzieć!

Rejs nie trwa długo. Już przed nami widać wyspę Shapinsay. Dość płaski kawałek lądu, wynurzający się z morza, z jednym, rzucającym się w oczy, wystającym elementem – zamkiem Balfour. Posiadłość podobno należy do znanego, szkockiego klanu. Prezentuje się godnie i nobliwie, a biegające wokół rumaki dodają tylko uroku i elegancji. Widokiem przypomina rezydencję z wojennego filmu „Igła” (Eye of The Needle), który też kręcony był w Szkocji, na tej samej szerokości geograficznej, ale po drugiej stronie.

lokalny Xiążę en face
…i z profilu

Tymczasem na nabrzeżu już czekają na nas dwa pick-upy i roześmiani Gospodarze. Tu wszyscy się znają i pozdrawiają. Mieszkańcy wysepki przyjaźnie machają do siebie – nawet po kilka razy dziennie i nikt nie narzeka, gdy trzeba po raz kolejny podnieść dłoń w przyjaznym geście. Dłoń nie ciąży, nikogo to nie męczy, a chyba nawet sprawia przyjemność. Dziwne? Mieszkańcy Shapinsay stanowią jedną, wyspiarską rodzinę – w sile około trzystu osób. Jak 300 zgranych spartańskich wojowników w iście spartańskich warunkach – stworzonych przez naturę – mogą tu liczyć tylko na siebie. Hmmm. Mogą jeszcze liczyć na mały sklepik w porcie. Skromniutki, czyli  adekwatny do lokalnych potrzeb. Po większe zakupy zapraszamy do Kirkwall – promem. Ale mieszkańcy wysepki dobrze wiedzą, co do życia jest najpotrzebniejsze! Sklepik posiada z boku dystrybutor do tankowania pojazdów i wewnątrz regał z ofertą do tankowania dla kierowców. Policji na wyspie nie ma. Chrum.

lokalna stacja paliw. Dystrybutor benzyny jest za tą ścianą.

Jedziemy asfaltówką, środkiem wyspy. Po prawej stronie woda, po lewej stronie woda. Przy drodze stoi samotna, czerwona budka telefoniczna. Jeden z najbardziej rozpoznawalnych znaków brytyjskiej potęgi, który przeobraził się z czasem w sentymentalną pamiątkę. Można go spotkać wszędzie tam, gdzie sięgały granice brytyjskiego imperium. Symbol wiekopomnego wynalazku Bella. Alexander Graham Bell był Szkotem!

lokalna telekomunikacja

Jesteśmy na miejscu, trochę na uboczu (przecież tu wszędzie jest na uboczu!). Na lekkim wzniesieniu. Optyka się jednak nie zmienia. Nadal, z jednej strony zatoka, z drugiej strony zatoka. Dom naszych Gospodarzy, z pozoru niepozorny, w środku kryje prawdziwe skarby. Zaczynając od konstrukcji – pod szarym tynkiem ukryte są trzystuletnie mury. A wewnątrz: prawdziwe muzeum pamiątek:

  • Hełm pra-pra-dziadka, który walczył pewnie pod Waterloo.
  • Obok stoi nabój pocisku przeciwlotniczego, który wbił się w ścianę w czasie wojny.
  • W oknie stróżuje luneta, skierowana na zatokę.
  • Co tu mamy jeszcze?… na przykład wspaniały model maszyny parowej, z ruchomymi elementami. 
  • Niezliczony wybór zabytkowych gadżetów kuchennych: dekoracyjnych lub użytkowych.
  • Albo takich, które służą do niczego, ale na pewno mają swoją historię i dzięki temu wywierają odpowiednie wrażenie, tak jak pierwsze, obecnie bezcenne, modele Matchboxów.
lokalne muzeum? Ups, chałupa!
lokalne to…
…i tamto
…i siamto
lokalna kuchnia…
lokalne zabawki dla dzieci oraz dorosłych dzieci…
i dla starszych dzieci
po prostu lokalnie

Wszystkie te rzeczy trzeba obejrzeć i z namaszczeniem dotknąć. Ale nie tylko przedmioty budzą tu refleksje. Bo jakoś podświadomie, lecz coraz mocniej, zaczyna pulsować w głowie pytanie:
– Co na tej wyspie robić? – I to jest właśnie kluczowa kwestia!
– Po prostu być! 
– Żyć pełnią życia, w zgodzie z przyrodą i nielicznymi sąsiadami.
– Obserwować przyrodę i poddać się jej rytmowi.
– Cieszyć się chwilą, która trwa tu wieczność.
–  Być jak Connor i Heather z naszej bajki o nieśmiertelnych.

lokalna bajka

Wyznając zasadę, że alkohol pity z umiarem nie szkodzi – nawet w dużych ilościach – przekazujemy Gospodarzom przywiezione z Polski zapasy. Na długie zimowe wieczory i na pomyślność.

A tymczasem zachłystując się krajobrazem i wrażeniami jesteśmy gotowi na dalsze niespodzianki. Ze strony Gospodarza pada więc zaproszenie:
– To może chodźmy na plażę po… świeżą sałatę do dekoracji stołu!

lokalnie trzeba sobie radzić
lokalna autostrada czyli hajłej tu…?

Plaża jest zaledwie kilkaset metrów niżej, lecz musimy się spieszyć, gdyż dzisiaj zaklinamy i rozciągamy czas. Wsiadamy na tył niezniszczalnego pick-upa, gdzie ze szpar w karoserii wyrastają zioła (co oczywiście wzbudza kolejne okrzyki zachwytu) i po chwili jesteśmy na miejscu. Plaża jest długa i szeroka, charakterystyczna dla zimnych, atlantyckich wybrzeży. Pokrywa ją biały piasek i niezliczone muszle, a także łupkowe skałki i zielone wodorosty.
– Zajechaliśmy do darmowego sklepu: może jakieś przegrzebki? – śmieje się Gospodarz. Następnie wprawnym, łapczywym ruchem napełnia wodorostami całą miskę.

lokalny supermarket
lokalny Kustosz

A my? My stoimy jak zaczarowani przed wystającymi z wydmowej skarpy łupkowymi ścianami prehistorycznego domostwa. Tu, na tej plaży mieszkali ludzie! Te mury powstały na kilkaset lat przed piramidami i jest to tak oczywiste, jak wietrzna pogoda na Orkadach.
– Skąd się tu wzięli, ci ludzie? Czym się zajmowali? W co wierzyli?

lokalne piramidy, ba! żeby tylko.

To akurat ma drugorzędne znaczenie: przeminęło z falami i wiatrem. My szukamy dowodów na nieśmiertelność, takich jak ukryte w tym piasku fundamenty. To właśnie jest aspekt o – nomen omen – fundamentalnym znaczeniu. Magiczna nitka losu, która nas tu przywiodła, powoli układa się w czytelny wzór, wyszywany na kanwie naszej świadomości. 

lokalna świadomość
i lokalny raj

Ale to nie koniec. Po drugiej stronie wzniesienia, na którym stoi dom naszych Gospodarzy, ukryty w wysokich nadbrzeżnych trawach, znajduje się… neolityczny krąg! Całość prehistorycznego domostwa zagłębiona jest w ziemi, jak wielka studnia, okalana kamiennym murem. To miejsce jest jeszcze bardziej wyraziste i magiczne niż tamto poprzednie. Ponadto zachowane w idealnym stanie. Żadnych zabezpieczeń, ostrzeżeń, elektronicznych alarmów. Żadnych autokarów, biletów, kolejek do zwiedzania, bo prawie nikt o tym cudzie nie wie. Nikt się tym nie chwali i nie rozpisuje w przewodnikach – bo po co?:
– Hej słuchajcie, tu jest budowla starsza niż okrzyczany Stone Hange!

lokalne skarby i tajemnice
…na własnej, lokalnej łące

Kontemplujmy tę ciszę i niezmącony niczym spokój, zafascynowani mocą tworów ludzkiej bytności sprzed kilku tysięcy lat. Czerpiemy z nich energię. Siadamy na ich siedziskach. Tylko przyroda, my i wiekowe skały. I jeszcze niezawodne ptaki. Ale po raz pierwszy mewy są tu w odwrocie. Bo Orkady to kraina maskonurów i nurzyków, które obsiadły falujące łąki i obserwują nas z zaciekawieniem.

Wracamy do domu naszych Gospodarzy, gdzie czeka na nas suto zastawiony stół, a brakowało im tylko dekoracji z wodorostów. Możemy więc zasiadać do królewskiej uczty.
– Homary!
– Kraby!
– Krewetki!
– Wszystko świeżo złowione – ot, sąsiad przyniósł. Kraby dorzucił do homarów, bo mu się w sieci zaplątały.

Gospodarz rozdaje srebrne, wiekowe, szpikulce do krabów.
– Spróbujcie jeszcze tej krabowej sałatki…
– A na deser? Deska serów… – Jest wspaniale. Wręcz nieprzyzwoicie.

lokalnie podano do stołu – na wodorostach

#Historye.

Orkady odegrały swoją niebanalną, wojenną rolę i posłużyły za tło do dwóch historii, które z pewnością można uznać za nieśmiertelne. Odetnijmy się na chwilę od kwestii ocennych: kto był zły, a kto dobry, kto walczył po ciemnej, a kto po słusznej stronie i skoncentrujmy się wyłącznie na faktach i ich dramatyzmie. Na dwóch spektakularnych wydarzeniach z dwóch wojen światowych, w których swą życiową rolę odegrali dwaj dowódcy. Obaj jednej narodowości, lecz z dwóch armii: cesarskiej i hitlerowskiej. Dla jednych zostali bohaterami, przez innych byli przeklęci.

lokalny port. Scapa Flow
lokalna samoobrona

#1919.

Kończy się I Wojna Światowa. Na mocy porozumień kapitulacyjnych, większość okrętów przegranej, niemieckiej floty, wraz z załogami, zostaje pod koniec 1918 roku sprowadzona na Orkady, gdzie w internowaniu oczekuje na dalsze decyzje aliantów. Okręty są rozbrojone i pozbawione łączności, a wielkość tego zgromadzenia jest wręcz imponująca: kilkadziesiąt jednostek różnej klasy – od największych pancerników i krążowników, po niewielkie niszczyciele. Teraz, przez ponad pół roku, pozostają na kotwicowisku w Zatoce Scapa Flow koło Kirkwall. Niemieckie załogi są pilnowane przez Brytyjczyków i nie mogą porozumiewać się ze sobą. Czas dłuży się w nieskończoność, a zwyciężona flota staje się jednym z asów przetargowych w rokowaniach weimarskich. Niemiecki admirał Ludwig von Reuter czuje, że wkrótce będzie musiał poddać okręty i przekazać je aliantom, a przecież – oprócz tych wszystkich stalowych kolosów – ma coś więcej do stracenia: dumę i honor. Z zaufanymi oficerami tworzy tajny plan, by zapobiec poddaniu floty. Następnie w sprytny sposób powiadamia dowódców wszystkich podległych mu okrętów. I oto w dniu 19 czerwca 1919 r., na cztery dni przed podpisaniem pokojowego Traktatu Weimarskiego, nadarza się okazja na realizację spisku. Nie spodziewający się niczego Brytyjczycy urządzają dla swoich okrętów ćwiczenia i wypływają w morze, pozostawiając na warcie w Scapa Flow jedynie skromne siły. Admirał von Reuter tylko na to czeka. Wydaje decyzję zaszyfrowaną jako Paragraf 11: rozkaz samozatopienia. Załogi kolejnych okrętów przekazują umówiony znak poprzez wciągnięcie na maszt flagi sygnałowej, a następnie otwierają wszystkie możliwe zawory w kadłubach. Flota powoli zaczyna tonąć, a marynarze  opuszczają pokłady w szalupach ratunkowych. Brytyjczycy są w szoku, nie wiedząc co się dzieje. Są świadkami niesamowitej, wręcz magicznej sceny. Część okrętów dryfuje na mielizny w ostatnim tańcu, inne pochłania głębia, kilka z nich osiada na dnie, wystawiając ponad powierzchnię wody kominy i maszty, a jeszcze inne przewracają się na bok, jak gigantyczne cielska wyrzuconych na brzeg wielorybów. Nigdy wcześniej w historii, ani prawdopodobnie nigdy później, nie zniszczono tylu okrętów wojennych na raz. Na przestrzeni lat udało się wydobyć dużą część zatopionych wraków, ale pozostałe tworzą obecnie jeden z najciekawszych rewirów nurkowych na świecie.

lokalne ślady wielkich wojen

#1939.

Drugi dowódca, który zapragnął trafić do kanonu nieśmiertelnych, nazywa się Günther Prien i jest komandorem na niemieckiej łodzi podwodnej U-47. Na swoje wielkie łowy wyrusza już na początku II Wojny Światowej, a celem staje się brytyjska baza Royal Navy w Scapa Flow. Podczas poprzedniej wojny U-Booty kilkakrotnie – bezskutecznie – próbowały wedrzeć się do rozległej zatoki, by upolować stacjonujące tam smakowite kąski. To tutaj, na Orkadach, będą później formować się alianckie konwoje, wyruszające w mordercze rejsy do Murmańska. Brytyjczycy zastawiają pułapki przy wejściu do tego naturalnego, otoczonego wysepkami portu: zapory i sieci, ale dowódca U-47 jest sprytniejszy. Czeka na odpowiednie warunki, bo zna swe rzemiosło. Przy bezksiężycowej nocy, podczas przypływu, woda w przesmyku pomiędzy wysepkami i blokadami podnosi się na tyle, że U-Bootowi udaje się dosłownie prześlizgnąć ponad rozpiętą stalową siecią i obok innych wodnych przeszkód. Wąskim przesmykiem wdziera się do środka rozległej zatoki i kotwicowiska Scapa Flow. Odnajduje tu dużą jednostkę – pancernik Royal Oak i odpala torpedy. Pierwsza salwa zaledwie zrywa kotwicę i brytyjska załoga nie podnosi alarmu. Nie przychodzi im do głowy, że mogą zostać zaatakowani w bezpiecznej bazie. U-Boot robi kolejne podejście i tym razem trafia celnie. Pancernik w ciągu kilkunastu minut idzie na dno z ponad 800 członkami załogi. Niemiecki dowódca staje się bohaterem – zyskuje przydomek Byka ze Scapa Flow i jako pierwszy podwodniak otrzymuje krzyż rycerski krzyża żelaznego. Nawet Brytyjczycy z respektem mówią o jego brawurze i budują na Orkadach dodatkowe zabezpieczenia tzw. bariery Churchilla.

lokalne schrony
…i wojenne ścieżki
lokalna sygnalizacja

#Shapinsey.

Łapiemy jeszcze ostatnie chwile na wyspie. Jeszcze słuchamy wojennych opowieści Gospodarzy i oglądamy bunkry z czasów II wojny światowej – miejsca po stanowiskach artyleryjskich broniących przesmyków między wyspami. Jeszcze próbujemy schwytać fokę, wylegującą się leniwie na brzegu. Ale powoli czas się wypełnia. Zmierzamy więc w stronę portu, by zdążyć na ostatni prom powrotny do Kirkwall. Gospodarz chce nam pożyczyć pick-upa, abyśmy mogli zwiedzić Mainland. Mielibyśmy go zostawić z kluczykami, gdzieś pod Tesco, ale na dziś wrażeń mamy aż nadto. I tak nie zobaczymy na Orkadach wszystkiego, nie mamy na to najmniejszej szansy.

lokalna foka i lokalne pożegnania
lokalne towarzystwo – krów więcej niż ludzi
…a ptaków więcej niż krów
lokalnie odpływamy promem

– Czujesz niedosyt?
– Zwariowałeś? Jeśli coś zostaje niedopowiedziane, to daje nadzieję na przyszłość.
Włóczymy się więc wieczorem po Kirkwall. Najwyższy czas przetrawić dzisiejsze wrażenia. Np. w portowym pubie.
– Dobranoc. Rano mamy odlot do Szkocji lądowej.

lokalne linie lotnicze

Te słowa, tak mi bliskie
Łapane każdym zmysłem
Kiedyś już je słyszałem…
Uczucie tak dobrze mi znane!
Emocje odległe i obce
Stają się nagle znajome
Kiedyś już to widziałem
Słyszę czyjeś wołanie
Och, ta skala i ton
To ten głos!
Sprawdzona dźwięku potęga
Ta barwa i moc
To ten głos
Niskich tonów głębia!

(na podstawie Ultravox, The Voice, sł. Midge Ure)

Teledysk z wojenną historią i wnętrzem pubu identycznym, jak ten w Kirkwall. Że tylko przypomnę: Midge Ure nadal jest Szkotem.

więcej lokalnych widoków

wsteczna | kontynuacja | następna

a tutaj na forum

Jedna uwaga do wpisu “SZKOCJA. Orkany na Orkadach. Oczywiście w kratkę [4]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.