SZKOCJA nadal w kratkę. To tu, to tam [6]

#Stirling

Dalszy brak planu jest wspaniały. Jednak najwyższy czas wybrać na mapie jakiś inny cel. Metodą losową wskazujemy Stirling – brzmi dobrze i łatwo wpisać w nawigację. Klik-klik i nitka przeznaczenia a raczej wstęga szosy ciągnie naszą czerwoną strzałę na nowy azymut. Okazuje się, że jest to idealny wybór! Jakże by inaczej. Zamek na skałach widać już z daleka i zaiste – prezentuje się doskonale. Majestatyczny, ogromny, trudnodostępny. Objeżdżamy dookoła starówkę, by porzucić czerwoną strzałę u stóp zamku. Nigdzie nie ma miejsc, więc zjeżdżamy z góry na dół, na wioskę i zostawiamy pojazd gdzieś w polu, w tzw. hektarach. Idziemy na skuśkę, licząc że się uda: przez pastwiska i las, pod górę.

– Jak się nazywają te śmieszne, włochate krowy? – po drodze próbujemy zaczepić podobne do Yeti zwierzęta.
– Scottish Highland! To ponoć jedna z najstarszych, opisanych ras bydła!
Wyglądają dumnie – jak ten zamek. Później się z nimi zaprzyjaźnimy, w postaci steków.

Szkocja ma więcej dostojnych symboli, które mijamy na trasie. Na przykład wyjątkowe nekropolie. Pamiętacie jak Harry Potter znalazł stare cmentarzysko? Przekrzywione, kamienne tablice w różnych kształtach, z wykutymi napisami. Wiekowe kapliczki, niektóre zaklęte w bryle masońskich piramid. To musi być prawdziwa gratka dla badaczy historii. W każdym razie budzi respekt i szacunek, z odrobiną dreszczyku, gdyby przyszło znaleźć się tu w nocy.

Na zamku dostępne są pamiątki z herbami różnych szkockich klanów. Spinki, stempelki, krawaty, czapeczki, albumy. Nas interesuje tylko klan MacLeod. Natomiast skośnoocy turyści kupią nawet gacie, byle w szkockiej kracie. I to najlepiej z klanu MacDonald.

Tradycyjnie nie oglądamy zamkowego muzeum, a skupiamy się na wrażeniach ogólnych, bynajmniej nie powierzchownych, bo historyczną atmosferę przeżywamy do głębi.

Później, starodawna uliczka Baker Street (czy ja tę nazwę już gdzieś słyszałem?), ściąga nas w dół podzamcza.
– To może mała przekąska w kiosku?
– Co my tu mamy? Gazety, kanapki, batony, piwo… Polskie? Dwukrotnie tańsze niż lokalne, w dwukrotnie większym wyborze.
– Nasi tu byli?
– Nasi tu są!

Jest południe. Co robić? Mamy dobę na to, by zwrócić samochód. Jutro już nie będzie nam potrzebny. Ale dzisiaj trzeba jeszcze coś z niego wycisnąć.
Przed nami mapa. Jesteśmy mniej więcej po środku Szkocji, wiemy już jak się jeździ, ile zajmuje to czasu, a wyprzedzanie prawym pasem mamy przećwiczone na Marszałkowskiej w Warszawie.
– Na zachodzie: byliśmy
– Południe: płaskie i nudne. Mury Hadriana? Za daleko. Może kaplica w Rosslyn pod Edynburgiem? Tam Templariusze i Masoni schowali świętego Graala? A jak go  znajdziemy? Tylko po co? Zapasy wody życia zabraliśmy z domu, a nieśmiertelność mamy przecież w pakiecie.
– Na północy: jeszcze będziemy.
– Pozostaje: wschodnie wybrzeże. Ruszamy!

#Dundee

Co my tu mamy? Duże miasto. Platforma wiertnicza pompująca kasę do lokalnego budżetu. Czyli na bogato. Na nabrzeżu króluje drewniany żaglowiec Discovery, którym Scott zdobywał Biegun Południowy. Stoimy nad brzegiem rzeki Tay, szerokiej jak zatoka. Wczoraj, podobny widok mieliśmy pod Glasgow, czyli z drugiej strony mapy. Jakby lustrzane odbicie. Zwłaszcza, że wszędobylskie mewy również tutaj urządzają swój taneczny spektakl. Zatokę przecinają dwa – imponującej długości – mosty. Jeden: drogowy, wygląda całkiem nowocześnie. Drugi: kolejowy… o kurcze co to w ogóle jest? Konstrukcja chyba drewniana, z daleka wygląda jak projekt szalonego inżyniera lub dziecka, które dopiero uczy się łączyć klocki. Cały ciąg różnych pudełek zestawionych w długim rzędzie. Te w środku mają przykrywki, czyli daszki. Te skrajne są otwarte, niektóre ażurowe, a wszystkie wsparte na dziesiątkach patyczków wbitych w taflę zatoki. A co dziwniejsze – most nie łączy obu brzegów w najkrótszy sposób, prostym wektorem od punktu A do puntu B. On tworzy przedziwną elipsę. Widocznie konstruktor miał za dużo pudełek, a wszystkie musiał wykorzystać. W linii prostej zostawały zbędne, więc by zmieścić komplet, ustawił je w łuku. Nie trzeba być fachowcem, żeby na pierwszy rzut oka stwierdzić: coś tu nie gra. I rzeczywiście: pod koniec 19 wieku środek mostu nie wytrzymał naporu sztormu i zawalił się. Niestety wraz z jadącym po nim pociągiem. Jednym z pasażerów był akurat brat owego ‘szalonego’ konstruktora. Podjeżdżamy bliżej, by obadać tego magicznego dziwoląga. W 19 wieku Tay Rail Bridge był najdłuższym mostem Europy. Pomimo pierwszego (błędnego) wrażenia, okazuje się, że jednak zbudowany został ze stali. Ale widocznie jakiejś kiepskiej, skoro wiatr potrafił ją połamać jak zapałki. Most nie budzi zaufania i wygląda na nieczynny. W 21 wieku nikt chyba nie byłby tak nieodpowiedzialny, aby puścić po nim pociągi.

(Jakże to złudne założenie – już za kilka dni wypróbują wytrzymałość tych przęseł, o czym teraz jeszcze nie wiedzą – przyp. wyroczni)

Zatoka tworzy całkiem ładny widoczek. Ale nie dla nas! Mimo wszystko za mało spektakularny. Zdecydowanie potrzebujemy czegoś magiczniejszego, bo kolekcjonować warto tylko najmocniejsze wrażenia. Po tej stronie zatoki siąpi deszcz (całkiem niespodziewanie). A co jest po drugiej stronie? Tam świeci słońce! A w jego blasku odbijają się dachy latarni morskiej i nadbrzeżnych rezydencji. Tam jest Kingdom of Fife! No to w drogę przez most! Ale przez ten nowy, prosty i żelbetowy…. Co nie przeszkadza, by zadziałał jak portal do przenoszenia w inną rzeczywistość

#Kingdom of Fife

Wóz nurza się w zieloności i jak łódka brodzi. Za nami szare miasto, a przed maską: łąki niczym wody zatoki – falujące od morskiej bryzy. Zostawiamy wspomnienie górzystego Highlandu i wyruszamy w nowe, nieznane, lecz płaskie przestrzenie. Mijamy małe, cukierkowe osady, zadbane gospodarstwa rolne i szybko docieramy do pierwszej miejscowości na trasie, czyli do St. Andrews, stolicy regionu zwanego Fife.

Czerwona strzała zostaje na głównej ulicy, obok okazałych budynków jakiejś szkoły. Po baczniejszym przyjrzeniu się: raczej uczelni. Eksplorujemy jej puste dziedzińce… Kamienne gmachy ciągną się w głąb idealnie skrojonych  ogrodów. To Uniwersytet St. Andrews, podobno najstarsza wyższa uczelnia Szkocji i jedna z trzech najbardziej renomowanych na Wyspach Brytyjskich. Są wakacje, więc nie spotykamy studentów, ale atmosfera przypomina czasy młodego Sherlocka Holmesa lub Harry’ego Pottera na Hogwarcie. Skojarzenia są jak najbardziej na miejscu, ponieważ obydwoje autorów tamtych opowieści – Artur Conan Doyle i Joanna Kathleen Rowling –  mieszkało całkiem blisko, w Edynburgu. Trudno sobie wyobrazić, by nie odwiedzali St. Andrews. Kolejne kroki po kamiennym dukcie stawiamy więc z jeszcze większym pietyzmem, na zasadzie…
– Pan wie kto po nim stąpał?!?

Na skraju głównej ulicy sterczy strzelista wieża, chyba katedry, otoczonej starodawnymi nagrobkami. Ale coś z nią jest nie w porządku. Chuda i wysoka budowla wsparta jest… tylko podmuchami wiatru i zasadniczo nie ma żadnych innych podstaw konstrukcyjnych. Owszem kiedyś były, ale teraz leżą w proszku, a raczej w gruzach, zaznaczając na trawie całkiem pokaźny prostokąt imponującej (kiedyś) świątyni. Oprócz wieży i kilku śladowych murów nie zostało nic. Ale jak to-to się trzyma w pionie? Ha! wiadomo! Skoro jest starodawny Uniwersystet to na pewno kwitnie na nim Wydział Czarownic! No i stąd to oczywiste wykorzystanie magii w praktyce. Magia w służbie architektury!

Nad naszymi głowami kłębią się stada szalonych mew. Albo jest to już ten moment w filmie – nazywany hitchcockowskim napięciem – albo chwila przed nim. Biegniemy pod górę po staromiejskich murach, lecz oto włącza się stop-klatka i stajemy jak zamurowani, bo mury się skończyły. Ścieżka się skończyła. Żarty się skończyły. Barierka oddziela nas od zawieszonej nad przepaścią tabliczki “uwaga spadające skały”.

Co za widoki! Po prawej… klify, po lewej w oddali… szeroka, piaszczysta plaża, podobna do tych w Normandii. A po prawej, znacznie bliżej…
– Och! szybciej… Włącz klawisz szybkiego przewijania… naprzód, biegiem!…

Kolejne wrażenia biją na głowę te dotychczasowe. Bo oto do klifowej, wysokiej skały udało się komuś przykleić… zamek. Jego obecne ruiny otoczone są z trzech stron morzem. Stojąc na skraju klifu zamek mamy nieco pod sobą, ale wystarczy nieco się zniżyć i zajrzeć w puste oczodoły okien, by zostać trafionym ostrym promieniem, chylącego się w stronę horyzontu, słońca. Dzisiejsza pogoda dopasowuje się do okoliczności. Deszcz został po tamtej stronie zatoki, a mostowy portal przeniósł nas na słoneczną, ciepłą stronę mocy.

Nie martwimy się jeszcze o nocleg. Przecież słońce utonie w morzu dopiero około godziny 22. A szczęśliwcy czasu nie liczą. To mewy nas tu doprowadziły. Czyli, wbrew pozorom, jednak nie miały wobec nas złych zamiarów. Odkryły przed nami serce swojego królestwa. Kingdom Of Fife. Teraz radośnie krążą wokół zamkowych murów i pozują do zdjęć. Czas wyciągnąć aparat, złapać ostrość i nacisnąć migawkę – samowyzwalacz magii. Pstryk!

#Szkockie świry

Tymczasem mijamy całe grupki przechodniów, o wyraźnie golfowym namaszczeniu. Tego stylu nie da się pomylić z jakimkolwiek innym. Ludzie ci mówią różnymi językami, mają różne kolory skóry i widać, że przybyli tu z różnych zakątków świata. O co chodzi? Może przyjechali na jakiś swój zlot, tak jak my przybyliśmy w poszukiwaniu Zgromadzenia Nieśmiertelnych? W każdym razie młodzieży wśród nich nie widać, a płciowo przeważają samce. Jedni – dumnie dzierżą torby z kijami golfowymi, inni – trochę mniej dumnie – eksponują obowiązkowe elementy stroju: czapeczki z daszkiem, koszulki polo i buty z kolcami, jakby koniecznie chcieli zaakcentować przynależność do nobilitowanej kasty. Wyraźnie działa tu jakieś przyciąganie magnetyczne, bo wszyscy golfiści ciągną w jednym kierunku. My też biegniemy w tamtą stronę, niesieni podmuchami wiatru – zupełnie jak mewy, nasze dobre znajome.

Liczba golfowych sekciarzy wyraźnie przybiera na sile, wypełzają ze wszystkich nadbrzeżnych hoteli, wychodzą z bocznych uliczek i bezwolnie idą wzdłuż wybrzeża – niczym zombie z amerykańskich filmów o żywych trupach. Poruszają się jak w transie. Wołam G., który dziwnie przyspiesza kroku, ale nie słyszy, tylko ostro prze do przodu. Jego wzrok też już jest błędny. Zahipnotyzowany? Może przesadziliśmy z tymi magicznymi eksperymentami i nadużyliśmy czarów? Ale kiedy? I co tu się w ogóle dzieje? Dokąd zmierzają ci wszyscy ludzie? Pokonujemy na przełaj duży, kwietny bulwar i oto ujawnia się ów magnes ściągający tłumy: THE OPEN! NAJstarsze na świecie pole golfowe.  

Grę w golfa wynaleziono właśnie tutaj, na tych terenach. Co by nie mówić, gra w golfa stała się nieśmiertelna. Jeśli w 1502 r. został oficjalnie zarejestrowany pierwszy golfista – szkocki król James IV, a w 1518 r. urodził się w Szkocji nasz filmowy bohater – Connor MacLoed, to automatycznie nasuwa się pytanie – czy drogi obu tych nieśmiertelnych kiedyś się skrzyżowały? Trzeba to będzie dokładnie sprawdzić. Potem.

#The Open

Zaczynam coraz bardziej martwić się o mojego kumpla G. Bredzi jak w gorączce, że on tu zostaje, że odnalazł kres swej ziemskiej wędrówki, że jest spełniony, że oto trafił do celu i to za jednym razem – HOLE IN ONE! Muszę go siłą odciągać. Wyrywa się i gdzieś biegnie. Opętany. A raczej THE OPENtany! Zupełnie jak te wszystkie zombiesy dookoła.
– O rany, dawno nie miałem kłopotów? – myślę na głos.
G. uciekł.

Obserwuję tych, co zostali. Z namaszczeniem dotykają trawy. Stają na brzegu pola i strzelają sobie selfi. Dalsze wejście na green zastrzeżone jest tylko dla graczy, którzy mają zarezerwowany czas startowy. A nie dla każdego taki czas jest łaskawy. Nie każdy może tu zagrać. Nawet nie każdy może usiąść na drewnianej ławeczce – łańcuch i tabliczka – members only – wyraźnie selekcjonuje golfistów i pokazuje im miejsce w szeregu. Tak samo nie każdy może wejść do budynku klubowego: też members only. Dla czlonków. Za zadymionymi szybami pławią się grube ryby. Jak w luksusowym akwarium. Reszta może się jedynie ogrzać w ich blasku i polansować na skraju pola golfowego.

Podczas naszej szkockiej jazdy, mijaliśmy po drodze wiele pól golfowych. Niektóre w pięknej scenerii, wśród przyrody. The Open otoczone jest miastem i stadionowymi trybunami dla widzów. Wizualnie – nic szczególnego, żadnego romantyzmu i naturalnej magii. Ale to właśnie ono stanowi Mekkę wszystkich golfistów z całego świata. Zabieram stąd naszych Młodych aby, tak jak G., niczym się tu nie zarazili. Ot, profilaktyka, chociaż im to raczej nie grozi, podobnie jak nie grozi im Uniwersytet w St. Andrews. Ale trzeba zachować czujność. Chłopaki koncentrują się na zaspokojeniu podstawowych potrzeb, z najniższego piętra piramidy Maslova: jedzenia i dostępu do Wi-Fi. A nawet w odwrotnej kolejności.

G. zginął. Czekamy już tak długo, że chcemy położyć na nim golfową laskę, gdybyśmy takową mieli. Ale co to?
– Coś tam się kłębi w oddali! – W bocznej uliczce przy samym golfcourse. Sprawdzam.
– Aha: sklep golfowy! Bingo! Hole in one!
Gdybym nie znał mojego kumpla, to szukałbym gdzie indziej. Życie nie jest jednak aż tak skomplikowane, jak się na pierwszy rzut oka wydaje…
– Zwłaszcza gdy się zna scenariusz, Panie ReZyserze.
Szczęśliwy G. w czerwonej czapeczce golfowej z logo The Open na tle czerwonej strzały z logo Vauxhall. Pstryk!
– Każdemu według potrzeb, każdemu według możliwości!
– Ruszamy dalej.

A dalej… słońce chyli się ku zachodowi, ale szczęśliwi… i tak dalej i tak dalej… bo im dalej tym lepiej! Coraz więcej falujących łąk, coraz piękniejsze morze, coraz ciekawsze rezydencje. Zwłaszcza taka jedna, która pojawia się na horyzoncie – wygląda jak ogromny zamek, z setkami pokoi.
– Zdobywamy go! Brama otwarta!

Ale z bliska to nie zamek, to hotel. Nie byle jaki, luksusowy Fairmont St. Andrews. Obejrzyjmy go! Otoczony polami golfowymi, spektakularnie położony na klifie. Najtańszy pokój, w sezonie, za około… ups! Tu pewnie nie będziemy nocować, ale przynajmniej odznaczymy na czekliście…
– I zrobię parę fotek… poczekajcie, tu zaparkuję, o wysiądę na chwilę… fajne ujęcie….
– Taaaaaataaaaa [piiiiip] moooooja nooooogaaaaaaaaaaaaaaa!
– Co jest?
– Wjechałeś mi na stopę! – Młody drze się w niebogłosy, lecz nogi spod koła wyciągnąć nie może.
– Rety, już wsiadam, kluczyki, szybko, gdzie są kluczyki – ruszam do przodu – żyjesz?
– Noga cała…. Polacy, nic się nie stało!

Czerwona strzała jest bardzo fajna, ma tylko jedną wadę: ręczny hamulec. Zamiast tradycyjnej, manualnie zaciąganej wajchy, posiada przycisk – cholerny guzik, który nie wiadomo kiedy zadziała, a kiedy nie.
– Ale za to jakie mamy zdjęcie! – Migawka lustrzanki jest szybsza niż fala dźwiękowa, a fotka reklamowa wychodzi nieprzeciętna. A takie krzywe akcje to przecież dla nas nie pierwszyzna.

#Dwatysiącektóryśtamrok, wiek XXI, początek

Wycieczka z synem do centrum Warszawy z wykorzystaniem komunikacji miejskiej. Dla Młodego to atrakcja, by przejechać się pociągiem, autobusem i tramwajem. Tramwajem po Alejach Jerozolimskich, spod Rotundy. Za sekundę drzwi wagonu mają się zamknąć, ale nadpobudliwe dziecko jest szybsze nawet niż migawka lustrzanki. Wkłada głowę pomiędzy drzwi i metalową barierkę. Hydrauliczny dociskacz domyka drzwi i przyciska Młodego za szyję.
– Taaaaaataaaaa [wtedy jeszcze nie zna piiiiip] moooooja głoooooowaaaaaaaaaaaaaaa!
Dopiero przystanek na Dworcu Centralnym uwalnia głowę z pułapki. Umiejętność pakowania się w kłopoty, to też jakaś umiejętność.

#Fife

To może pojedźmy już dalej. Zwłaszcza, że z głośników czerwonej strzały rozbrzmiewają czarodziejskie riffy gitar Dire Straits z płyty Alchemy. Alchemia bardzo logicznie i naturalnie łączy się z magią. Odwiedzamy kolejne, nadmorskie miasteczka, a raczej eleganckie, butikowe kurorty, z małymi rybackimi portami i wąskimi uliczkami, przez które ledwo przeciska się czerwona strzała. Nadbrzeżne knajpki, gdzie ludzie spokojnie i bezstresowo spędzają weekend. My też jedziemy sobie bezstresowo, przy wyjątkowo pięknej pogodzie i zachodzącym właśnie słońcu.
– Zachodzącym słońcu? A kiedy to zleciało?
– To może znajdziemy jakiś nocleg i też usiądziemy, jak ci ludzie?
– Dobrze!

Jest tylko jeden problem… a właściwie trzy:

  • Weekend,
  • wyjątkowo piękna pogoda,
  • zachodzące słońce.

Inni przyjechali tu przed nami, wcześniej zajęli wszystkie miejsca noclegowe i teraz mogą  bezstresowo… itede itepe.

Zaczyna się robić nerwowo. Kolejny kurorcik i sytuacja się powtarza. Jeszcze piękniejsze uliczki, schodzące pionowo do samej wody, jeszcze bardziej romantyczny porcik, jeszcze lepsze knajpki. No Vacancies.

Rozdzielamy się i wchodzimy już wszędzie – do hoteli, kwater, pubów, restauracji, nawet na pole z domkami campingowymi.
– A macie namiot? moglibyście się tu rozstawić…- ktoś podpowiada
– Niestety, mamy tylko śpiwory.
– Och, I’m so sorry… bla bla bla…

No i przed nami ostatni kurorcik na tym wybrzeżu…
– No Vacancies.
– To może wróćmy do tego poprzedniego i spytamy ponownie?
Wracamy. Nothing. Zero. Zirou.
– To może w tym jeszcze wcześniejszym?
Pytamy. My: czterej głodni desperados.

– W takim razie, w tych romantycznych okolicznościach przyrody, kupimy pizzę, a potem wejdziemy do pubu, przesiedzimy tak długo, dopóki nas nie wyrzucą i… będzie dobrze! Fotele w naszej strzale jakoś się rozkładają, więc do świtu przeczekamy.
– Nie takie rzeczy się robiło! I to w maluszku! – jako starzy wyjadacze próbujemy wprowadzić odrobinę humoru do niniejszej akcji.
– A co wy macie takie nietęgie miny? – pytamy Młodych – Forever young!

Zaczynamy realizację zaimprowizowanego naprędce planu. Pizze zjedzone na ławce, w jachtowej marinie, smakują doskonale. Teraz trzeba tylko wybrać parking, a dalej jakoś pójdzie.
– Tata…
– Wujek….
– Coś nie ten teges?
– A można włączyć komputer albo poszukać w smartfonie? – drążą temat.
– Sorry, próbowałem. Te wasze aplikacje oczywiście nie działają, wtedy, gdy są potrzebne.
– A możesz gdzieś zadzwonić? – nie odpuszczają.
– Wymiękacie? – hmmm, widzę, że wyraźnie wymiękają, czas więc wziąć sprawy w swoje ręce, w klasyczny sposób.

Nocny telefon do Polski, czyli wykorzystujemy pierwsze koło ratunkowe:
– No cześć, jestem w Szkocji, miejscowość nazywa się tak i tak, podaję współrzędne…,  region Fife, mamy auto, Internet nie działa, nie zadawaj pytań, wszystko potem-potem, potrzebujemy nocleg. Gdziekolwiek. Tak, cztery osoby.

Dwa kawałki pizzy później…
– Są wolne dwa pokoje – brzmi głos z odległego Centrum Realizacji Spraw Trudnych i Niemożliwych – miejscowość Leven, około 20 kilometrów od miejsca, w którym teraz jesteście. Over.
– Bosko! ale na pewno 20 kilometrów? Czy mil?
– Co? – Głos nie rozumie aluzji.
– Nic, nic, to takie Deżawi, rezerwuj! Chłopaki zwijamy mandżur i w drogę!

Czerwona strzała, która już naszym najlepszym przyjacielem jest, mknie w mroku jak po sznurku, tym razem omijając wszelkie czarne dziury. A w hotelu? Pub czynny jeszcze przez dwie godziny!
– He he, spokojnie, zdążymy…
– Zobacz! Nawet bilard tu mają!
– No to cheers, magii niech będą dzięki.

Nadal płyniemy, jedziemy i lecimy na FORUM

  wstecz naprzód

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.