No to ja pierwsza.
Ach ta Wenecja…..jakby była progiem do innej rzeczywistości i lepszego świata albo kierunkiem ku dorosłości i dojrzewaniu. Jakby tylko tam mogły zacząć się spełniać marzenia. Marzenia, nadzieje i wszystko na co się czeka w całym życiu.
„Tutaj” Marek nie chce być. Powtarza to ciągle i daje temu wyraz w swojej dziecięcej emocjonalności. O, jakże znany mi jest ten moment „niebycia tu”, a moment nadziei i tęsknoty za „byciem tam”. Marek ma swoją Wenecję i myślę, że większość z nas ma taki swój świat i zawsze miało, bo bez takich inspiracji nie ma dojrzewania, dorastania, rozwoju.
Tak odebrałam właśnie ten film, jako dwa światy. Świat tu i teraz (ten brutalny w swojej sile obraz wojny) i świat wyśniony, wymarzony, gdzie można kochać i być kochanym. Wenecję można sobie wyobrazić i w tej wyobraźni tkwić a można też po kawałku ją realizować. Marek Wenecję pokochał nigdy jej nie widząc. Nie poczuł jej i nie dotknął. Dla niego to swoisty talizman. Żyje z myślą, że kiedyś i on dostąpi zaszczytu prawdziwej weneckiej gondoli, placów, kościołów. Tymczasem zaraża swoim dziecięcym światem marzeń wszystkich domowników. Stworzona w piwnicy Wenecja przybiera na sile. Tej grze oddają się wszyscy. Ale nawet tutaj dopada wszystkich ten drugi świat, rzeczywisty. Chciałabym zadać Kolskiemu pytanie: Czy świat marzeń o tyle zawsze będzie piękniejszy o ile drastyczniejsza jest rzeczywistość?
Film ten bardzo mi się podobał, dotknął wielu strun, którymi moje życia gra dla mnie. Ale dał też oczywiste odpowiedzi na ważne i proste pytania.
Nie umiem opisywać filmów „technicznie” ale obrazy Kolskiego są zawsze cudowne i pełne magii. Tutaj tez tego nie zabrakło.
Dałam się ponieść…..Wenecji.
Tak jest, nie lubię filmów Kolskiego. Nie lubię wsiowego realizmu magicznego, który jest znakiem firmowym tego reżysera. Nie lubię też Grażyny Błęckiej Kolskiej, która obowiązkowo musi grać w każdym jego filmie. Ale… ten film jest inny. W inny sposób magiczny. Nieśpieszny, refleksyjny, z pięknymi, ciepłymi zdjęciami i wspaniałym motywem muzycznym z solo na akordeonie. Możemy więc spokojnie pogadać i o muzyczce.
„Wenecja” pokazuje wojnę zupełnie inaczej niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Wojnę, której na co dzień nie widać, ale która zmienia wszystko i determinuje wszystkie działania. Prawie nie ma tam Niemców i okrucieństwa wojny (poza jednym, może dwoma epizodami), ale oglądamy pogrzeb starego świata i pustkę, z której kiedyś dopiero, na jego gruzach, urodzi się coś nowego. Niepokojąco symboliczny jest ten czerwonoarmijny barbarzyńca przy fortepianie w ostatniej scenie. I ciśnie się na usta niepokojące pytanie. Co stało się dotychczasowymi lokatorami pałacu? Na to pytanie Jan Jakub Kolski nam nie odpowiada. Czy odpowiada na nie Włodzimierz Odojewski w opowiadaniu „Sezon w Wenecji”, na kanwie, którego powstał ten film? Nie wiem.
To film o zniszczonym dzieciństwie i ucieczce w marzenia. Ta absurdalna Wenecja w piwnicy to idea fix dziecka, zmaterializowana na miarę wojennej rzeczywistości. Idea fix, w której jakoś tam odnajdują się również bezradni, zagubieni w tym świecie dorośli. Na początku trochę przeszkadzała mi perspektywa dziecka, ale dzieci są tutaj wyjątkowo dorosłe więc szybko się przyzwyczaiłem. Postać Marka została zagrana bardzo chmurnie, dorosło, ale cały czas na jednym poziomie ekspresji więc specjalnie mnie nie zachwyciła. Bardziej podobały mi się drugoplanowe role dziewczynek. W ogóle role kobiece są tutaj zagrane świetnie.
Film pozostaje w głowie długo po seansie. Na dobrą sprawę cały czas jeszcze w niej siedzi. Fajnie, że pojawił się u nas, w ZKFie, bo inaczej pewnie bym go nie obejrzał. Byłoby szkoda.
Jestem ciekaw. Z obejrzanych w ramach ZKF-u filmów "Wenecja" wydaje mi najtrudniejszym do dyskutowania.
Z obejrzanych w ramach ZKF-u filmów "Wenecja" wydaje mi najtrudniejszym do dyskutowania.
Dlaczego? Mnie właśnie wydaje się idealnym materiałem do dyskusji.
A co to za kombinowanie ze zmienianiem dat wpisów? Moja wypowiedź opublikowana wczoraj, zanim jeszcze pojawił się tekst Wowaxa i wpisy Aldony i Kustosza, miała zupełnie inny wydźwięk, niż teraz.
Bo w tej chwili wygląda dość głupio.
Wenecja - doskonały obraz zmierzchu i dekadencji polskiego ziemiaństwa, klasy próżniaczej słusznie zmiecionej z powierzchni ziemi przez wiatr historii. Normalny człowiek, jak mu woda zaleje piwnice, stara się je jak najszybciej osuszyć, żeby nie ponieść większych szkód. A tutaj jakby było mało znoszą jeszcze do tej wilgoci, na zatracenie, koncertowy fortepian.
A co to za kombinowanie ze zmienianiem dat wpisów? Moja wypowiedź opublikowana wczoraj, zanim jeszcze pojawił się tekst Wowaxa i wpisy Aldony i Kustosza, miała zupełnie inny wydźwięk, niż teraz.
Bo w tej chwili wygląda dość głupio.
Dlaczego głupio wygląda? Przepraszam Cię, Hebius, ale chciałem przenieść ten wpis do wątku z dyskusją o filmie, bo pytanie wydawało mi się ciekawe. Musiałem ustawić bieżącą datę, bo inaczej wątek otwierałby Twój wpis, a nie wpis Wowaxa. Jeśli Ci to nie odpowiada, skasuj go po prostu, ja również skasuję swój, w którym się do niego odnoszę.
Dałam się ponieść…..Wenecji.
Na to liczyłem 😀
Film pozostaje w głowie długo po seansie. Na dobrą sprawę cały czas jeszcze w niej siedzi. Fajnie, że pojawił się u nas, w ZKFie, bo inaczej pewnie bym go nie obejrzał. Byłoby szkoda.
Czyli dobrze, że jego właśnie Wam zaproponowałem.
Na początku trochę przeszkadzała mi perspektywa dziecka, ale dzieci są tutaj wyjątkowo dorosłe więc szybko się przyzwyczaiłem
Dokładnie tak/
doskonały obraz zmierzchu i dekadencji polskiego ziemiaństwa, klasy próżniaczej słusznie zmiecionej z powierzchni ziemi przez wiatr historii. Normalny człowiek, jak mu woda zaleje piwnice, stara się je jak najszybciej osuszyć, żeby nie ponieść większych szkód. A tutaj jakby było mało znoszą jeszcze do tej wilgoci, na zatracenie, koncertowy fortepian.
A to ciekawa ocena, przyznam szczerze, że kompletnie tak nań nie patrzyłem...
Wenecja - doskonały obraz zmierzchu i dekadencji polskiego ziemiaństwa, klasy próżniaczej słusznie zmiecionej z powierzchni ziemi przez wiatr historii. Normalny człowiek, jak mu woda zaleje piwnice, stara się je jak najszybciej osuszyć, żeby nie ponieść większych szkód. A tutaj jakby było mało znoszą jeszcze do tej wilgoci, na zatracenie, koncertowy fortepian.
Surrealizm:) Zresztą ten motyw bardzo przypomina mi mój ulubiony obraz Jacka Yerki pt. "Kieszonkowa dżungla".
Hebius, a tak bez sarkazmu, to jak Ci się podobało?:)
Ja jeszcze nie obejrzałam.
Może jutro mi się uda.
Tytułem wstępu chciałabym na razie powiedzieć, że mam podobny stosunek do filmów Kolskiego, co Kustosz.
Co ciekawe, zupełnie inny stosunek mam do zbioru nowel Jana Jakuba Kolskiego, które posiadam w mojej biblioteczce, a które powstały przed napisaniem scenariuszy do filmów.
Otóż bardzo lubię te nowele, czytałam już kilka razy i za każdym razem ich lektura sprawia mi dużą przyjemność.
Bardzo mocno działają na moją wyobraźnię i dostarczają dużo bogatych wrażeń artystycznych.
Niestety, przeniesione na ekran, tracą dla mnie swój urok.
Żaden z filmów, które powstały na podstawie tych nowel mnie nie zachwycił.
Sama nie wiem czemu. Może dlatego, że na ekranie wydają mi się zbyt przaśne? A może dlatego, że tak jak Kustosz nie przepadam za Grażyną Błęcką-Kolską?
Ale po Waszych opiniach jestem bardzo ciekawa tej "Wenecji".
Na pewno świetni byli aktorzy dziecięcy
Moim zdaniem nie wszyscy. Tak jak napisał Kustosz: postać Marka została zagrana bardzo chmurnie, dorosło, ale cały czas na jednym poziomie ekspresji - i ja się z tym zgadzam. Ale przyznam, że malec ma niesamowicie wyraziste oczy.
Wynotowałam sobie niektóre przemyślenia Marka i innych dzieci, takie życiowe pytania, podsumowania czy uwagi..... podobają mi się - zamieszczę wieczorem, bo teraz nie mam dostępu.
Hej, hej, oglądaliśmy "Wenecję" w ZKFie. Pamiętacie?
Jako pomysłodawca, pozwolę sobie na małe resume, po tym co dotychczas napisaliście.
Po pierwsze, cieszy mnie, że film Wam się generalnie podobał i żadne z Was nie uznało czasu poświęconego na obejrzenie, za czas stracony. Może Kustosz inaczej spojrzy teraz na Kolskiego 😁
Polecam Ci Kustoszu inne dwa dość nowe jego filmy: Las 4 rano i wspomniany już Serce,serduszko.
Po wtóre, cieszy, że wywołał u Was podobne refleksje co u mnie.
No i że siedzi w Was!
Mam spory niedosyt z "Wenecją". Nie obejrzeliście tego filmu czy co?
Mam spory niedosyt z "Wenecją". Nie obejrzeliście tego filmu czy co?
Ja ciągle jeszcze oglądam 😎
Trochę się powtórzę, albo może niech będzie, że rozszerzę swoje odczucia.
Wenecja nadal otacza mnie swoją magicznością i zastanawia. Może dlatego, że Kolski tak na mnie działa (ewentualnie tego typu filmy, jakby ktoś się uparł) i dodaje refleksji. Wspomniany przez Wowaxa Las 4 rano - uwielbiam. Grą Majchrzaka można się tutaj wręcz upajać. Ale nie o tym filmie chciałam.
W Wenecję trzeba się też wsłuchać.
Jak trzeba układać przyszłość żeby nie przyniosła rozczarowań (…)
Wenecji nie wystarczy kochać trzeba ją rozumieć.
No i najważniejsza sprawa to, miłość, bardzo o nią trudno, ale ja będę kochał i będę kochany no i nauczę się mówić o miłości, bo jeszcze tego nie potrafię, a to bardzo pomaga w życiu
Mam wrażenie, że to zderzenie dwóch światów trwa od zawsze i zawsze trwać będzie. Z jednej strony jest to życie, które nas zewsząd otacza a z drugiej zawsze wracamy do uczuć, do miłości i przeżywania siebie. Czy to "złe" jest w ogóle potrzebne? Czy właśnie dzięki temu, że wiemy jaka jest ta druga strona możemy dopiero docenić to, co ma rzeczywiście sens?
Nie zauważyłam tego przekazu w Panu od Muzyki, skupiłam się na dzieciach i nie dostrzegłam rodzącego się uczucia Clementa. W Wenecji jest i namiętność i miłość i poświęcenie. Ale też jest i koniec. Koniec pewnego etapu i wkroczenie w nowy. I dalej kolejne koło życia. Inne czasy a te same potrzeby i tak bez końca. A nie....przecież wszystko się kiedyś kończy. Umiera dobro i umiera zło, nie jednocześnie więc wszystko się kiedyś przeniknie i spotka na swojej drodze.
Smutno odebrałam Wenecję i nie znajduję w niej tego światełka w tunelu, którym uraczyła mnie Yvonne.
W Wenecji jest i namiętność i miłość i poświęcenie.
Ale jest też chłodna, zdystansowana, dziwna relacja Marka z matką (Magdalena Cielecka). Dopiero w obliczu zła tego świata, które przyszło nieproszone, powiesiło płaszcz na wieszaku i rozgościło się w salonie, relacja ta staje się cieplejsza i bliższa. To też bardzo ciekawy motyw uchwycony w tym filmie.
dziwna relacja Marka z matką
Faktycznie jest tutaj duża oziębłość. Ale też nigdy nie odebrałam Cieleckiej inaczej jak "góry lodowej". A może to tylko podkreślenie zasad panujących niegdyś w domach i tzw. "zimnego chowu" pozbawionego głębszego uczucia względem dzieci.