Nasz czołowy riserczer, Mirek, dokopał się do archiwum Tygodnika Kulturalnego gdzie to i owo o Nienackim znaleźć można. Będę tu sukcesywnie wrzucał kolejne artykuły.
Tygodnik Kulturalny zajmował się życiem społeczno-kulturalnym, literaturą i sztuką wydawany był w latach 1961–1990.
LICZĄ SIĘ TYLKO KSIĄŻKI I CZYTELNICY... Rozmowa ze ZBIGNIEWEM NIENACKIM
Tygodnik Kulturalny
1977 nr 7 z dn. 13.02.1977
Jest Pan autorem prawie dwudziestu powieści, w tym bardzo wielu niezwykle popularnych książek dla młodzieży, których nakład wynosi prawie 1,5 mln. egzemplarzy. Przed 10 laty opuścił Pan swoją rodzinną Łódź i zamieszkał na wsi, w zagubionej wśród lasów mazurskiej wiosce. Nawet dostać się do Pana dość trudno, bo to 14 km od stacji kolejowej, a i autobusy jeżdżą tu rzadko Ma Pan więc ' pełne odosobnienie. Słyszałam, że był Pan kiedyś pełnym temperamentu publicystą, trochę nawet działał Pan społecznie i raptem taka izolacja Czy kryje się za tym jakaś tajemnica?
— Nie. Pewnego dnia, przed dziesięcioma laty, nagle pojąłem, że wyeksploatowałem swoją biografię. I jeśli będę dalej żył tak jak żyłem, krążąc między redakcją, kawiarnią i zebraniem w Związku Literatów — zacznę powielać wątki ze swojego dość wątłego, życiorysu, stanę się „u- piorem” literackim. Będę nachodzil wydawców, żeby mi wznawiali te trzy, cztery książki, które napisałem, prosił o stypendia, nosił w sobie ogromne pretensje, że mnie nie doceniają, politykował, ukrywając swoją niemoc i bezradność... Z okresu swojego pobytu w Łodzi znałem takich mnóstwo. Co łaskawsi mówili o nich, że mają „obsesje tematu”, i niekiedy tak rzeczywiście było, ale częściej po prostu powielali się, tworzyli nowe warianty tych samych książek, tasowali tę samą talię kart. To zresztą grozi każdemu autorowi, który młodo wchodzi do literatury. Napisze jedną, dwie ciekawe książki, świetnie się zapowiada, a potem już tyiko pisuje felietony do różnych pism, bo nie ma nic nowego do powiedzenia. Czy nie zwróciła Pani uwagi, ilu się u nas namnożyło felietonistów? Pewnego dnia postanowiłem się więc odmienić jako człowiek i jako pisarz, po prostu zmienić model swojego życia...
Czy sądzi Pan, że udało się to Panu?
— Nie wiem. Ale stałem się , teraz znacznie spokojniejszy, bardziej zrównoważony. Wspomniała Pani o tych półtora miliona egzemplarzy moich książek, cóż — to właśnie przyszło już tutaj, na tej wsi. Czy Pani wie, że ja od paru lat nie byłem w Warszawie u swoich czołowych wydawców, tj. w „Naszej Księgarni" i „Czytelniku”? A jednak moje książki wychodzą, więc nie trzeba aż tak wcale zabiegać, nachodzić ich, bać się, że przepadnie „okazja”. W końcu liczą się tylko książki i czytelnicy... Mówię o tym pod adresem tych, którzy może podobnie jak i ja kiedyś, szarpią się wewnętrznie, bojąc się opuścić wielkie miasto, lękają się utrącić kontakty literackie i towarzyskie. Chciałbym ich w jakiś sposób natchnąć odwagą.
A właśnie. Co doradziłby Pan młodemu pisarzowi?
— Niech zdecyduje już u progu twórczości, dla kogo chce pisać, dla ktytyków czy dla czytelników, bo tych spraw w naszych warunkach nie da się pogodzić. Ja — na przykład — jestem pisarzem, którego przecież nie ma. Rozmawia Pani z kimś, kto nie istnieje. Nie. To nie żaden paradoks. Gdyby Pani przejrzała roczniki „Kultury”, „Literatury”, „Życia Literackiego” lub „Twórczości”, przekonałaby się Pani, że nie zostało tam wymienione moje nazwisko w żadnym złym czy dobrym kontekście. Nie wymienia się mnie i dziesiątków innych pisarzy.
I gdyby Pani chciała przedstawić sobie obraz kultury polskiej na podstawie tych pism, to przekonałaby się Pani, że ja w ogóle nie istnieję, podobnie jak nie istnieje wielu innych autorów.
O tych pisarzach dowie się Pani dopiero z biuletynów NZW, przeczyta Pani o ich ogromnych nakładach, usłyszy Pani w bibliotekach o ogromnej ilości wypożyczeń, o książkach sprzedawanych spod lady księgarskiej. W Polsce istnieją więc jakby dwie rzeczywistości literackie. Jedna — o której dowie się Pani w księgarniach i bibliotekach, druga — w pismach literackich. Te dwie rzeczywistości do siebie nie przylegają w żaden sposób. Jakże często w pismach literackich są pisarze, których nie ma w świadomości czytelników i nie ma pisarzy, którzy są. Dlatego młody autor, jeśli nie chce przeżywać załamań i frustracji, musi się szybko zdecydować: w jakiej rzeczywistości literackiej chce istnieć...
Często mówi się, że krytycy lansują pisarzy. Jeśli, nie będzie się dużo pisało o jakiejś książce, to . czytelnicy po nią nie sięgną, bo nie będą wiedzieli o jej istnieniu...
— Tak jest rzeczywiście w bardzo wielu krajach. Ale nie u nas. Polska 'jest pod tym względem bardzo specyficzna. Brakuje nam krytyków, mamy co najwyżej recenzentów. A wśród nich zrodziła się maniera pogardliwego stosunku do czytelnika.
Dopiero po latach zrozumiałem, czemu pewien stary księgarz, na spotkaniu autorskim, uścisnął mi prawicę i powiedział z uśmiechem: „Życzę Panu złych recenzji...”. Byłem wtedy dotknięty jego słowami. Ale w przyszłym roku, gdy opublikuję swoją nową powieść doróśłą, niczego hardziej nie pragnę niż tego, aby mnie zbesztali w „Literaturze” lub „Kulturze”. Wówczas setki czytelników tejże „Literatury” czy „Kultury” pobiegnie po tę książkę do księgarni.
Ale dlaczego? Czyżby przez zwykłą przekorę?
— Zjawisko jest bardziej złożone. Ja nie twierdzę, że należy padać plackiem przed czytelnikiem. Ale nie wolno także zupełnie się z nim ' nie liczyć. Od wielu lat krytyka lansuje u nas bohatera z „defektem schizofrenicznym”, pisałem o tym w lipcowym numerze „Miesięcznika Literackiego” w artykule „Czy schizofrenizacja literatury?”. Czytelnik, niekiedy człowiek z wyższym wykształceniem, a więc uważający się za pełnoprawnego odbiorcę literatury, zachęcony pochwalną recenzją, bierze do ręki książkę i coś go od niej odrzuca... Myśli: „Więc to im się podoba?”. Dalej następuje rozumowanie: „Skoro mnie się nie podoba to, co im się podoba, to znaczy mnie się będzie podobało to, co im się nie podoba”. I odtąd kieruje się nie zdaniem krytyka, ale swojego kolegi, swojej żony czy też przyjaciółki.
Nie bierze Pan pod uwagę zjawiska istnienia kultury elitarnej i masowej...
— Bo tak na dobrą sprawę, proszę Pani, choć pisano o tym zjawisku bardzo wiele, nikt jakoś nie zdobył się na to, aby przeanalizować ową „kulturę elitarną”. Jakich bohaterów ona prezentuje? Jakie postawy? Może okazałoby się, że prezentuje wyłącznie osobników chorych psychicznie i postawy patologiczne? I że rzecz polega nie na tym, że czytelnik „nie dorósł” do tych książek, tylko one go rażą swoją patologią i odrzucają... Kultura masowa przecież nie składa się z samej tandety i komiksów. Prezentuje także wspaniale dzieła, ale występują w niej bohaterowie, którzy mają normalne reakcje seksualne i inne, żyją „od siebie”, a nie wyłącznie „do siebie”.
W swym artykule „Czy schizofrenizacja literatury?” przedstawił Pan pogląd, te historia literatury to w gruncie rzeczy historia dominacji określonych osobowości — asteników, typów dysplastycznych, atletycznych, pykników, schizotymików, cyklotymików, a teraz mamy tyranię schizofre- ników. W moim środowisku młodych pisarzy sporo dyskutowano na temat Pańskiego artykułu. Oczekiwaliśmy, że spowoduje on burzę, że będą wypowiedzi znanych krytyków. A tymczasem... cisza. Dlaczego?
— Nie wiem. Myślę po prostu, te zaskoczyły ich nowe instrumenty, których użyłem do przyglądania się literaturze. Zresztą, ja nie mam ambicji krytyka, czy też teoretyka literatury. Ja po prostu jestem zawodowcem, ze wszystkimi tego konsekwencjami. To znaczy ciągle staram się pogłębić świadomość tego, co robię, jak robię i jak powinienem robić... Jeśli ktoś sobie wyobraża, że pisarz dla młodzieży to taki miły pan, który ma duszę chłopca poszukującego przygód, to się myli. Nie mógłbym pisać tak jak piszę, gdybym bez przerwy nie zapoznawał się z nowymi osiągnięciami z takich dziedzin jak medycyna, fizjologia rozwojowa dziecka, psychologia, psychiatria, pedagogika. Przecież muszę wiedzieć jak stymulować czytelnika, jakie wzorce trzeba lansować dzisiaj, a jakie prawdopodobnie będą potrzebne jutro. Pisarz-ama- tor może wierzyć wyłącznie w swój talent, zawodowiec musi się nieustannie dokształcać. Napisałem dziesięć „samochodzików”, a przecież każdy jest inny, odpowiada innemu zapotrzebowaniu wewnętrznemu u dojrzewającego chłopca czy dziewczyny. Chce pani coś Wiedzieć o trudzie pisarza? Ten trud — to nie tylko biurko i maszyna do pisania... Gdy uzyskałem dane statystyczne, że żeglarstwo staje się u nas coraz bardziej sportem masowym i to wśród młodzieży, na stare lata musiałem przygotować się do egzaminu o patent sternika jachtowego. I wyjść z nową książką naprzeciw temu trendowi. Inaczej nikt mnie nie zechce czytać. Jeśli w swojej książce popełnię jakiś błąd, czytelnicy wyśmieją mnie i nie pomoże wtedy nawet najlepsza recenzja w „Kulturze”. Ja żyję po prostu z literatury, proszę pani, a to znaczy, te muszę grać uczciwie ż tym, kto moje książki kupuje, i mi za nie płaci.
Mówi Pan innym językiem niż mówią inni pisarze...
— Przecież powiedziałem, że jestem zawodowcem. Wiem również o tym, że takich się nie lubi, woli się tych, którzy żyją otoczeni nimbem tajemniczości, natchnienia. Talent — tak, to ważne, oczywiście. Ale warsztat jest również bardzo ważny. Szkoda, że o tym niekiedy nie pamiętają młodzi autorzy. Częścią warsztatu pisarskiego jest wiedza o niekiedy niezauważalnych na pozór tendencjach, które drążą nasze społeczeństwo.
Czy może mi Pan więc dać jakiś konkretny przykład?
— W 1971 roku Opublikowałem swoją powieść „Mężczyzna czterdziestoletni”. Dwadzieścia tysięcy egzemplarzy rozeszło się błyskawicznie. Nie było jednak ani jednej recenzji. W kilka lat później zaczęto kręcić serial „Czterdziestolatek”, wrześniowy „Przekrój” pisze o „problemach czterdziestolatków”. Nasza krytyka dostrzega ten problem dopiero dziś, a nie widziała go sześć lat temu. Ale już sześć lat temu czytelnicy mieli takie zapotrzebowanie i dlatego błyskawicznie rozkupili książkę. Czemu to ja byłem taki „mądry”? Zasygnalizowali ten problem lekarze już dziesięć lat temu. Dowiedziałem się o tym ze specjalistycznej prasy. Widzi pani, jest różnica: pisać książkę „pod czytelnika”, a pisać „dla czytelnika”.
Wróćmy do literatury dla młodzieży. Słyszałam, że na zebraniu olsztyńskiego oddziału ZLP zaproponował Pan zorganizowanie ogólnopolskiego sympozjum poświęconego tej literaturze...
— To prawda. Dwadzieścia lat uprawiam twórczość dla młodzieży, ale proszę sobie wyobrazić, że jeszcze do tej pory nie dano mi żadnej możliwości spotkania się z pisarzami uprawiającymi tego rodzaju twórczość, rozmowy z nimi, wymiany doświadczeń. Myślę, że nie tylko ja, ale i wielu innych autorów odczuwa pragnienie spotkania się z lekarzami dziecięcymi, psychologami, psychiatrami, 1 socjologami, pedagogami, bo w takim szerokim gronie wyobrażam sobie podobne spotkanie. Wydaje mi- się, źe istnieje potrzeba przewartościowania wielu wzorców literackich, warto może opracować jakiś wspólny program działania pedagogów, pisarzy, lekarzy, wszystkich, których interesuje i pasjonuje młodzież... Pani Irena Dziedzic raz po raz sprowadza do swego „Tele-E- cha” przeróżne genialne dzieci, które piszą prace naukowe i wydają książki. To wspaniałe, że mamy takich młodych ludzi. Ale prawdą jest także, iż wciąż wzrasta przestępczość wśród młodzieży, rośnie ilość gwałtów i to zbiorowych. Młodzi ludzie wchodzą w życie z przeróżnymi zahamowaniami, z niewłaściwą indentyfikacją seksualną itd. Trzeba się więc zastanowić wspólnie, czy literatura w jakiś sposób także nie ponosi za to odpowiedzialności, za mało wychodzi naprzeciw nowym potrzebom i nowym zadaniom, bo wie pani, co to jest pisarstwo? To nieustanny wybór. Nie tylko wybór polegający na tym, do jakiej rzeczywistości literackiej chcesz należeć, tej z pism literackich, czy rzeczywistości czytelniczej, ale także nieustanny wybór w ogromnej i bardzo zróżnicowanej masie czytelniczej. Dla kogo mam pisać kolejnego „samochbodzika”? Dla przyszłego Rimbauda lub Einsteina, który pojawi się w którymś tam wydaniu „Tele-Echa”, czy dla setek tysięcy zwykłych Mariol, Iwon, Józków i Heńków, którzy będą stali w przyszłości przy warsztatach stolarskich, przy montowaniu bloków mieszkalnych i cała ich edukacja skończy się na technikum? Niestety, na to nie ma recepty. Tę sprawę rozstrzyga nieustannie sam pisarz we własnym sumieniu...
Na zakończenie pragnę zapytać, co Pan sądzi o młodej literaturze?
— A czy jest coś takiego? Dla mnie Iwaszkiewicz jest młodym pisarzem, bo wciąż nas zaskakuje nową, świeżą, młodą książką.
A Głowacki jest stary, tak stary, że niemal sędziwy. Niech się pani nie daje nabierać na podziały w rodzaju: młodzi — starzy... Z tego jeszcze nigdy nic dobrego nie wynikało dla literatury. Ja też w swym artykule o schizofrenizacji wysunąłem propozycje pewnych podziałów na okresy dominacji osobowości. Ale zrobiłem to jedynie w tym celu, aby udowodnić tym uczonym w literaturze,, że klocuszki z chronologią itp.1 można przestawiać dowolnie, tworzyć nieskończenie dużą ilość wariantów, wysuwać nieskończoną ilość wniosków. I to w ogóle jest piękna zabawa, pod warunkiem, że się jej nie traktuje zbyt serio. Tak więc nie wiem co to znaczy „młoda literatura”.
Rozmawiała: ALDONA BOROWICZ
O ile w 1977 roku, na pytanie dziennikarki, czy udało mu się zrealizować cele literackie ("odmienić się jako człowiek i jako pisarz, po prostu zmienić model swojego życia...") związane z przeprowadzka do Jerzwałdu mógł jeszcze odpowiedzieć: "nie wiem", to kilka lat później nie było już chyba żadnych w tym względzie wątpliwości. Wszak z tej zmiany modelu życia Nienacki wycisnął maksimum, pisząc "Skiroławki", a potem "Wielki las". Ale przecież i "samochodziki" zyskały ten mazurski klimat, który przecież kochamy.
Chyba nigdy nie miałem tej gazety w ręku. Hasło tygodnika w Wikipedii:
Chyba nigdy nie miałem tej gazety w ręku.
Do ręki ci nie dam, ale mogę podać wirtualnie:)
O! Bóg zapłać!
Robimy teraz duży przeskok czasowy z 1977 roku do roku 1984 i wpadamy w sam środek afery rozpętanej wokół powieści „Raz w roku w Skiroławkach”. W numerze z 5.08.1984 roku, o "Skiroławkach" mamy całą stronę, a na niej aż trzy artykuły poświęcone obronie powieści, pod wspólnym tytułem "Bój o Skiroławki".
Nowe "Zmory"? - Tadeusz Olszewski
W artykule pt. „Nowe Zmory?”, Tadeusz Olszewski staje w obronie „Skiroławek” nad wyraz udanie, choć w jego tekście pojawia się pewien zgrzyt.
Autor zwraca uwagę, że powieść w ogóle nie doczekała się rzeczowych omówień, że próbuje się zniszczyć ją kpiną, a dyskusja koncentruje się wyłącznie na wydziwianiu nad niezdrowym erotyzmem. A przecież „Skiroławki” są w gruncie rzeczy powieścią o marności ludzkiego losu i złożoności człowieczej kondycji, czego nikt zdaje się nie dostrzegać.
Zauważa, że podobną metodą zwalczano kiedyś powieść Emila Zegadłowicza „Zmory”, rozstrząsając wyłącznie jej wątki erotyczne, pomijając całkowicie przekaz i racje artystyczne powieści (ja powieści nie czytałem, ale widziałem film Wojciecha Marczewskiego, który powstał na jej podstawie). Podkreśla, że ciemnogród jeszcze raz zwyciężył.
Nie sposób nie zgodzić się z Olszewskim, że szum wokół „Skiroławek” jest bardziej zjawiskiem socjologicznym niż literackim. Autor stawia tezę, że źródła nagonki są poza literackie. Że dla części środowiska Nienacki stał się niewygody bo zbyt odważnie rozpycha się na nie swoim terenie (wszak jego teren to literatura dla młodzieży) i co nie mniej ważne, zaangażował się w powstawanie nowego ZLePu, co również wielu się nie podoba.
I wszystkim tym opiniom mógłbym tylko przyklasnąć. Zupełnie więc niezrozumiały jest dla mnie wygibas, który pojawia się pod koniec tekstu. Olszewski pisze bowiem, że powieść pozbawiona jest większego ładunku filozoficznego czy intelektualnego i w żadnej mierze nie stanowi ona traktatu moralnego. Stoi to w jawnej sprzeczności nie tylko z argumentami, które sam wcześniej przywołuje ale również z tym na co zwraca uwagę w kolejnym zdaniu, że czytelnik, chce czy nie, musi rozważać racje autora, dokonywać ocen i wyborów moralnych, zastanawiać się nad psychologicznymi uwarunkowaniami zachowań bohaterów. O co więc chodzi? Uznał, że za daleko posunął się w tym chwalstwie, postanowił więc wręczyć i diabłu ogarek?
I wszystkim tym opiniom mógłbym tylko przyklasnąć. Zupełnie więc niezrozumiały jest dla mnie wygibas, który pojawia się pod koniec tekstu. Olszewski pisze bowiem, że powieść pozbawiona jest większego ładunku filozoficznego czy intelektualnego i w żadnej mierze nie stanowi ona traktatu moralnego. Stoi to w jawnej sprzeczności nie tylko z argumentami, które sam wcześniej przywołuje ale również z tym na co zwraca uwagę w kolejnym zdaniu, że czytelnik, chce czy nie, musi rozważać racje autora, dokonywać ocen i wyborów moralnych, zastanawiać się nad psychologicznymi uwarunkowaniami zachowań bohaterów. O co więc chodzi? Uznał, że za daleko posunął się w tym chwalstwie, postanowił więc wręczyć i diabłu ogarek?
Myślę, że Olszewski zrobił to z dość typowego dla tamtych lat powodu – z ostrożności krytycznej. Najpierw broni książki i pokazuje jej sens, ale na końcu dodaje zdanie w rodzaju „to nie jest arcydzieło”. Taki mały bezpiecznik, żeby nie wyglądało to na bezwarunkowy zachwyt. Dlatego ten fragment czytam raczej jako retoryczny unik niż rzeczywiste przekonanie autora.
Na tej samej stronie, tego samego numeru Tygodnika Kulturalnego (5.08.1984 roku) Bój o Skiroławki toczy również Maria Rudzińska w artykule pt. "Wieś odcięta od świata?". Argumenty podobne jak u Tadeusza Olszewskiego, tożsame z tymi, które wielokrotnie podnosił potem sam Nienacki. Czyli krytycy obrzydzający powieść czytelnikom, widzący w niej jedynie obscenę zamiast licznych walorów artystycznych. Nie zgadzam się z autorką, że Nienacki włożył za dużo grzybów w barszcz. Że zabrakło mu zmysłu selekcji i chciał w książce opowiedzieć za dużo (o polityce, o socjologii, o historiozofii, filozofii i sprawach obyczajowych) wszystkie te elementy razem zaciemniają całość obrazu. Moim zdaniem siła "Skiroławek" tkwi właśnie w tej niezwykłej mozaice, a wymienione elementy doskonale się uzupełniają, tworząc niecodzienną konstrukcję literacką, która wymyka się wszelkim gatunkowym klasyfikacjom.
Pod wspólnym tytułem „Bój o Skiroławki” na tej samej stronie Tygodnika Kulturalnego (5.08.1984) mieści się jeszcze jeden artykuł pt. "Ekstrema". I choć jego autor, Marek Różycki nie wymienia ani nazwiska Nienackiego, ani tytułu jego książki, to nie może być żadnych wątpliwości, że tekst powstał na kanwie tej właśnie historii.
Artykuł traktuje o mechanizmach krytyki w Polsce. Śmietnik bądź ołtarz, lincz lub wywyższenie – jedno i drugie może spotkać autora z woli krytyków. Raz okrzyknięte arcydzieło, trudno weryfikować bo zakrzyczą. Nikt się nie wychyli. I książka trafia na półki snobów. W drugim skrajnym przypadku, pisarz wynoszony jest na śmietnik choć publiczność literacka głosuje nogami.
Bywa, że pisarz podkłada się sam, próbując polemizować z oficjalną krytyką (kogoś nam to przypomina, prawda?). Ale raz wydany wyrok, totalnie negatywna ocena, hipnotyzuje. Zwłaszcza, że łatwo zasugerować milczącą większość ferując oceny ekstremalne gdy wielu zna książkę z podań i legend, recenzji i kawiarnianych opinii. A przecież opiniotwórcze mechanizmy krytyki nie powinny budzić zastrzeżeń natury etyczno-moralnej.
Jakiś Zbigniew Walszewski był absolwentem krakowskiej ASP (studia ukończone z wyróżnieniem), grafikiem, ilustratorem i rysownikiem. Współpracował m.in. z "Gońcem Górnośląskim", tygodnikiem ukazującym się w Chorzowie.
W późniejszym okresie zajmował się także poezją, a próbka jego twórczości znalazła się w dziele zatytułowanym "Jak smagnięcie gałązką: antologia twórczości literackiej", który został wydany przez Urząd Miasta w Chorzowie.
Z racji tego, że głównym tematem jego zainteresowań był człowiek, być może to - jak go określił Kustosz - "pan mądrala".
Sprawdziłem przy okazji autorytety, na które powoływał się Walszewski. Jak się okazuje, nie za wszystkim był na czasie, bo taki Erich Fromm, guru amerykańskiej psychologii i psychoanalityki, którego Walszewski pieszczotliwie określa staruszkiem, od kilku lat nie stąpał już po tym łez padole.






