Ucieczka tunelem. Pościg w ciemności. Pierwsze działanie amuletu. Ktoś jeszcze w podziemiach.
Fritz stał w wejściu do komory, blokując jedyną drogę powrotną. Blondynka obok niego uśmiechała się lekko, jakby to wszystko było tylko zabawną scenką, a nie sytuacją, w której mogłem stracić życie. W tunelu panowała cisza tak gęsta, że słyszałem własny oddech odbijający się od ścian.
– Herr Tomasz – powtórzył Fritz, wyciągając rękę. – Amulet.
Ścisnąłem go mocniej. Czułem pod palcami chłód metalu, ale też coś jeszcze — jakby delikatne pulsowanie, jakby amulet oddychał. W pamiętniku hrabiego było zdanie: „Kamień budzi się tylko w obecności zagrożenia”. Wtedy uznałem to za metaforę. Teraz nie byłem już taki pewien.
– Nie mam zamiaru go oddać – powiedziałem, starając się, by mój głos brzmiał pewnie.
Blondynka westchnęła teatralnie.
– Fritz, mówiłam ci, że on będzie uparty.
– Upór nie jest problemem – odparł Fritz, sięgając do kieszeni.
Zobaczyłem błysk metalu.
Pistolet.
Nie miałem czasu na myślenie. Rzuciłem się w bok, przewracając skrzynkę, która z hukiem uderzyła o ścianę. W tej samej chwili rozległ się strzał. Kula odbiła się od cegły, sypiąc mi na głowę pył.
– Lauf! – krzyknął Fritz.
Nie czekałem na powtórkę. Wybiegłem z komory w przeciwnym kierunku, w głąb tunelu. Latarka drżała w mojej dłoni, rzucając chaotyczne cienie na ściany. Tunel skręcał, zwężał się, potem znów rozszerzał. Słyszałem za sobą kroki. Szybkie, zdecydowane. Fritz nie był typem, który się męczy.
Tunel prowadził w dół. Ziemia pod stopami była śliska, jakby ktoś niedawno tędy przechodził. Może Konstanty? A może… ktoś inny?
Nagle poczułem, że amulet w mojej dłoni robi się gorący. Nie parzył, ale pulsował coraz mocniej, jakby reagował na coś w tunelu. Albo na kogoś.
Skręciłem w lewo, potem w prawo. Kroki za mną były coraz bliżej. Blondynka krzyczała coś po niemiecku, ale echo zniekształcało jej słowa. Wbiegłem do większej komory. Była pusta, tylko na środku stał stary, zardzewiały wózek górniczy.
I wtedy zobaczyłem coś, co sprawiło, że serce mi zamarło.
Na ziemi leżała laska.
Nie byle jaka. Drewniana, z metalową końcówką.
Laska Konstantego.
– Nie… – wyszeptałem.
Czy on tu był? Czy go złapali? Czy…?
Nie miałem czasu na dokończenie myśli. Fritz wpadł do komory jak taran. Blondynka tuż za nim.
– Ende – powiedział Fritz, celując we mnie.
I wtedy stało się coś dziwnego.
Amulet w mojej dłoni rozbłysnął.
Nie mocno. Nie jak latarka. Raczej jak żarzący się węgiel, który nagle dostaje powietrza. Błękitny blask rozlał się po mojej dłoni, po ścianach, po suficie. Fritz cofnął się o krok, jakby ktoś go uderzył.
– Was ist das?! – krzyknął.
Blondynka zasłoniła oczy.
A ja… ja poczułem, że coś mnie ciągnie. Nie fizycznie. Raczej jakby amulet wskazywał kierunek. Obróciłem się. W ścianie, za wózkiem, zobaczyłem szczelinę. Wąską, ledwie widoczną. Gdyby nie blask amuletu, nigdy bym jej nie zauważył.
Bez zastanowienia rzuciłem się w stronę szczeliny. Wcisnąłem się w nią bokiem. Kamienie drapały mnie po ramionach, ale nie zwracałem na to uwagi. Za mną rozległ się kolejny strzał. Kula odbiła się od ściany tuż obok mojej głowy.
– Halt! – wrzasnął Fritz.
Nie zamierzałem się zatrzymywać.
Szczelina prowadziła do kolejnego tunelu. Wąskiego, krętego, jakby wykopanego ręcznie. Biegłem, potykając się, ocierając o ściany. Amulet świecił coraz mocniej, jakby prowadził mnie w głąb labiryntu.
Po kilku minutach usłyszałem coś nowego.
Nie kroki.
Nie krzyki.
Coś jak… szum.
Jakby woda.
Tunel zaczął opadać. Ziemia była mokra. Po chwili zobaczyłem przed sobą błysk światła. Nie niebieskiego, jak z amuletu. Naturalnego. Żółtawego.
Wybiegłem z tunelu i znalazłem się w ogromnej podziemnej komorze. Sufit był wysoki, podparty drewnianymi belkami. W rogu stała stara pompa wodna, zardzewiała, ale wciąż działająca — to ona wydawała ten szum.
A obok niej… ktoś siedział.
Zgarbiona sylwetka.
Znajoma.
– Konstanty?! – zawołałem.
Mężczyzna podniósł głowę. Wyglądał na wyczerpanego, ale żywego.
– Wiedziałem, że pan tu trafi – powiedział słabym głosem. – Amulet pana prowadził.
– Co się stało? – zapytałem, podbiegając do niego.
– Niemcy… byli szybsi. Musiałem uciekać. Ale… – wskazał na tunel za sobą – …to nie jedyna droga.
Za nami rozległ się krzyk blondynki.
– Sie sind hier! Fritz, schnell!
Konstanty złapał mnie za rękę.
– Słuchaj pan. Ten tunel prowadzi dalej. Do starego kanału burzowego. Wyjdzie pan przy Potoku Oliwskim. Ale musi pan biec. Oni nie mogą dostać amuletu. Nigdy.
– A pan?
– Ja ich zatrzymam. Choćby na chwilę.
– Nie! – zaprotestowałem.
– Panie Tomaszu – powiedział, patrząc mi prosto w oczy – ja już swoje życie przeżyłem. Pan jeszcze nie.
W tej samej chwili Fritz wpadł do komory.
Konstanty podniósł z ziemi metalową rurę.
– Biegnij pan! – krzyknął.
Nie miałem wyboru.
Rzuciłem się w tunel, który wskazał. Amulet świecił jak latarnia. Za sobą słyszałem odgłosy walki. Krzyki. Uderzenia. A potem…
Strzał.
Tunel skręcał ostro w lewo. W prawo. W dół. W górę. W końcu zobaczyłem światło. Naturalne. Dziennie. Wybiegłem na zewnątrz, wpadając prosto w gęste krzaki nad brzegiem Potoku Oliwskiego.
Upadłem na kolana, dysząc ciężko.
Amulet w mojej dłoni przestał świecić.
Twtter is a day by day war
