Zacząłem się bawić w fanfiki wtedy gdy wszyscy się bawiliśmy. Wtedy też zacząłem to pisać, ale później mi wena przeszła, nie miałem koncepcji, w którą stronę iść. Zrobił się z tego półkownik. Teraz, gdy AI już może zastępować molendy i innych średnich artystów, skorzystałem z pomocy Copilota, żeby dokończyć to co zacząłem. Większość pomysłów jest moja, większość treści i dialogów jest moja, pomysł domknięcia z amuletem jest ejajowy.
Chętnie dowiem się co o tym sądzicie 🙂
Twtter is a day by day war
Dziwny sen. Ciemna i wilgotna piwnica. Dlaczego przyjechałem do Gdańska?
Co, do cholery, się stało? Straszliwie boli mnie tył głowy. Jest tu ciemno i śmierdzi wilgocią. Chwila, muszę się skupić. Oparłem się o ścianę z kruszącej się cegły. Kilka kontrolowanych, głębokich wdechów i wydechów. Wreszcie. Przestało mi się kręcić w głowie i powoli pojawiały się obrazy.
Przyjechałem do Trójmiasta szukać zrabowanych prywatnych kolekcji zabytkowych kosztowności. Forster nie chciał powiedzieć, co tam było, podejrzewam, że sam nie wiedział, on tylko wydawał rozkazy, polscy robotnicy pod nadzorem Gestapo ukrywali skarby, a później byli likwidowani. Pewnie gestapowcy też „ginęli w akcji” jako zdrajcy Rzeszy. Pierwszym miejscem, które udało się zidentyfikować specjalistom Ministerstwa Kultury i Sztuki, była willa, w której w czasie wojny mieszkał znany w Gdańsku ginekolog, Kurt Schulemann. Jak większość wierchuszki niemieckiej w Gdańsku musiał utrzymywać dobre kontakty z władzą, bo do budowy swojej kliniki mógł wykorzystywać tanią siłę roboczą więźniów obozu w Sztutowie.
Dlaczego nie ja, wzorem moich wcześniejszych poszukiwań, analizowałem samodzielnie materiały dostarczone przez służby bezpieczeństwa? No cóż, ministerstwo się rozrasta i dyrektor Marczak niechętnie patrzy na moje, jak to nazywa, „młodzieżowe przygody”. W związku z tym wszystkie materiały na początku trafiają do grupy pracowników odpowiedzialnych za analizy, a ja dostaję oryginalne dokumenty wraz z opracowaniem stworzonym przez nich. W tym przypadku mapka nie była skomplikowana, charakterystyczny układ budynków i wiedza, że skrytka była na terenie Gdańska, szybko doprowadziła specjalistę z dziedziny kartografii do dokładnej lokalizacji budynku.
Zaopatrzony w kopie dokumentów i plan, przyjechałem wczoraj do Gdańska. Zameldowałem się w domu wypoczynkowym niedaleko od plaży w Jelitkowie, prawie na granicy Gdańska i Sopotu. Udało mi się załatwić miejsce drogą służbową, w ośrodku Narodowego Banku Polskiego. To spokojne miejsce, w którym mój wehikuł nie będzie budził ciekawości turystów, a ja będę mógł w pokoju przeczytać wszystkie pozostałe dokumenty zawierające wskazówki dotyczące innych skrytek.
Po nocy spędzonej na wertowaniu notatek dotyczących willi przy Jasnej i krótkim, niespokojnym śnie, rano szybko zjadłem śniadanie, popiłem kawą i pojechałem obejrzeć budynek, który po wojnie został zamieniony w dom mieszkalny. Klatka schodowa była otwarta. Na drzwiach do piwnicy wisiała wyłamana kłódka. „Pewnie jakiś amator przetworów”, pomyślałem.
Przekręciłem włącznik światła, ale żarówki się nie zaświeciły. Byłem przygotowany na taką sytuację, przyświeciłem sobie latarką na płaską baterię, którą kupiłem przed wyjazdem w Składnicy Harcerskiej. Schodząc po schodach, usłyszałem szuranie. „To pewnie szczury albo myszy, których pełno w piwnicach nie tylko starych, ale i nowych domów”. Nagle usłyszałem głos w języku niemieckim: „To na pewno jest tutaj, ciotka by nie kłamała”. Odwróciłem się w kierunku głosu i… poczułem uderzenie w tył głowy.
A potem – ciemność. Gęsta, lepka, jakby ktoś narzucił mi na twarz mokry koc. W tej ciemności pojawiły się obrazy, ale nie wiedziałem, czy to wspomnienia, czy sen. Widziałem korytarz oświetlony zielonkawym światłem, jakby z jakiegoś starego szpitala. Widziałem cień mężczyzny w długim płaszczu, który odwracał się do mnie, ale jego twarz była zamazana, jakby ktoś ją wymazał gumką. Widziałem też drzwi z numerem 17, które powoli się uchylały, choć nikt ich nie dotykał. A potem – trzask. Jakby ktoś złamał gałąź tuż przy moim uchu.
Nagle coś błysnęło. Gołe żarówki wiszące na drutach zabłysły mdłym światłem dwudziestek.
– Panie, a co pan tak tu siedzi? Idź pan pić do swojego domu, a nie w porządnej kamienicy po piwnicach się szlajasz. Pewnie jeszcze nasikałeś gdzieś tutaj, bo śmierdzi jak cholera!
Usłyszałem głos. Podniosłem głowę i zobaczyłem starszego pana wygrażającego mi laską. Miał na sobie sweter w romby i czapkę z daszkiem, jakby wyszedł tylko na chwilę wyrzucić śmieci, ale po drodze znalazł mnie – nieprzytomnego, z guzem na głowie, wyglądającego jak bohater taniego kryminału.

– Przepraszam, nie jestem pijany. Pracuję w Ministerstwie Kultury i Sztuki i mam tutaj zadanie do wykonania – wiem, że brzmiało to śmiesznie, ale nic więcej nie przyszło mi na szybko do głowy.
– Jakie zadanie? Urzędnicy z ministerstwa to są panowie, a nie takie łamagi w sweterku, z pokrwawionym łbem. Idź pan stąd, bo milicję wezwę – dziadek nie był przekonany do mojego wyjaśnienia.
– Chwileczkę, wszystko panu wyjaśnię – podniosłem się z podłogi. Zakręciło mi się w głowie. Dotknąłem tyłu głowy, rzeczywiście miałem chyba niewielką ranę, z której poleciała krew. Rana była niewielka, ale guz się robił coraz większy i bolało przy dotknięciu. Musiałem nieźle dostać. Po powrocie do ośrodka będę musiał zajrzeć do ambulatorium.
– Proszę, tu jest moja legitymacja, przyjechałem z Warszawy, miałem zbadać tutejsze piwnice. Pan tutaj mieszka?
– Hmmm, no rzeczywiście legitymacja, tak, ministerstwo. A czego pan tu szuka? Ja tu mieszkam od końca wojny. Tu nie ma czego szukać. Słoiki starej Szusterowej, jakieś rupiecie, nic tu nie ma.
– A miałby pan chwilkę, żeby ze mną porozmawiać? Pewnie jest tutaj jakaś cukiernia, możemy usiąść na kilka minut.
– No na chwilę to mogę. Wie pan, wnuki na wakacje jutro przyjeżdżają, muszę dla nich pokój przygotować. Rzadko tu zajeżdżają, bo córka na Śląsk się przeprowadziła, daleko mają.
– A rzeczywiście, to już wakacje. Ale ja się nie przedstawiłem, legitymację pan widział. Tomasz NN jestem.
– Stanisław Kalinowski, emerytowany kolejarz – uścisnęliśmy sobie dłonie.
– To co, idziemy na kawkę?
– Ooo nie, kawki to ja już nie pijam, wie pan, serce, ale szarlotkę chętnie zjem. Tyle mi z tego życia zostało, że słodycze mogę jeszcze. Świętej pamięci małżonka to robiła szarlotkę, ale i ta w cukierni niezła jest.
– A ta teczka to pana? Nie widziałem jej wcześniej.
Zupełnie zapomniałem o teczce z materiałami. Suwak był rozsunięty i w teczce było pusto. Ten, kto uderzył mnie w głowę, skradł wszystkie dokumenty. Ciekawe, czyżby szukali tego, co ja? Skąd mieli namiary na tę willę? Czy pozostałe skrytki też mają zidentyfikowane? A może już je znaleźli i zabrali cenne rzeczy? Wiele pytań, brak odpowiedzi. Ale przynajmniej dobrze, że wziąłem ze sobą tylko kopie dotyczące tego miejsca. Będę musiał zadzwonić do biura, żeby mi przefaksowali skradzione dokumenty.
Wyszliśmy na zewnątrz. Powietrze było chłodne, pachniało morzem i mokrym piaskiem. Słońce dopiero zaczynało się przebijać przez chmury, tworząc na niebie blade, pomarańczowe smugi. Ulica była cicha, jakby wszyscy mieszkańcy jeszcze spali, a tylko my dwaj – ja z guzem na głowie i pan Stanisław z laską – mieliśmy coś ważnego do załatwienia.
Po drodze do cukierni opowiedział mi, że piwnice były kiedyś większe, ale część zasypano po wojnie, bo podobno były tam tunele prowadzące aż pod ogród. Mówił to tonem człowieka, który nie wierzy w żadne tajemnice, ale jednocześnie pamięta zbyt wiele, by je całkiem ignorować. Wspomniał też o jakimś Niemcu, który po wojnie wracał kilka razy pod ten adres, zawsze nocą, zawsze sam. Mieszkańcy mówili, że czegoś szukał, ale nigdy nic nie znalazł.
To mnie zaniepokoiło. Jeśli ktoś wracał tu po wojnie, to znaczy, że skrytka mogła być ważniejsza, niż przypuszczałem. A jeśli teraz ktoś mnie ogłuszył i ukradł dokumenty, to znaczy, że nie jestem jedynym, który ma wskazówki.
Twtter is a day by day war
To jedziemy dalej:
Historia pana Stanisława. Para młodych Niemców. Kto mnie śledzi? Waldemar Batura po raz pierwszy.
Jak na emeryta z laseczką pan Stanisław zadziwiająco dziarsko maszerował do cukierni. Szedł szybkim, krótkim krokiem, jakby całe życie ćwiczył marsze na peronie, pilnując, by pociągi odjeżdżały punktualnie. Ja, z obolałą głową i lekkimi zawrotami, ledwo dotrzymywałem mu kroku. Po chwili siedzieliśmy już przy malutkim stoliku w niewielkim lokalu nieopodal willi. Pachniało świeżym ciastem, kawą i czymś jeszcze – może wanilią, może cynamonem, a może po prostu spokojem, którego tak bardzo potrzebowałem po łomocie w głowę.
Pan Stanisław poprosił o szarlotkę i herbatę, ja zamówiłem sobie wuzetkę i czarną kawę. Napoje dostaliśmy w szklankach z fikuśnymi koszyczkami zrobionymi z jakiegoś lekkiego metalu. Cukierniczka była porcelanowa, z ukruszonym uchem, ale miała w sobie coś domowego, jakby pamiętała jeszcze czasy, gdy ludzie siadali tu w garniturach i kapeluszach.
– Panie Stanisławie, jak już mówiłem, przyjechałem tutaj z ramienia Ministerstwa Kultury i Sztuki. W mojej pracy zajmuję się poszukiwaniem zabytkowych rzeczy zagrabionych i ukrytych przez hitlerowców podczas wojny – zagaiłem.
– I tych skarbów szukał pan w naszej piwniczce? – uniósł brwi. – Przecież tam nic nie ma.
– Dzięki pomocy służb specjalnych dotarliśmy do dokumentów, które wskazują to miejsce jako potencjalną skrytkę. Pewnie pan kojarzy osobę Alberta Forstera, gauleitera Gdańska. Podczas swoich rządów zagrabił mnóstwo kolekcji z prywatnych mieszkań, połasił się nawet na zabytkowe meble, które, gdy uciekał przed Armią Czerwoną, próbował zabrać ze sobą na motorówkę. Problem w tym, że chyba mnie ktoś uprzedził, bo gdy zszedłem do piwnicy, słyszałem rozmowę po niemiecku, i wtedy dostałem w głowę.
Pan Stanisław spojrzał na mnie uważnie, jakby dopiero teraz zrozumiał, że sprawa jest poważniejsza, niż mu się wydawało.
– A wie pan, że przychodziła tu jakaś para Niemców w ubiegłym tygodniu i się pytali, czy po wojnie czegoś nie znaleźliśmy – zaczął, a ja od razu poczułem, jak adrenalina podnosi mi ciśnienie. – Ja trochę znam niemiecki, bo z Wielkopolski jestem, tam na kolei pracowałem przed wojną, dużo do Rzeszy jeździłem. Konduktorem byłem. W czasie wojny na roboty mnie wywieźli, tutaj pod Celbowo, koło Pucka, u bauera robiłem. Żona z córką zostały w domu, ale tam wszystko zniszczone, a tutaj po wyzwoleniu dostałem to mieszkanie, to przyjechały do mnie. U tego bauera to przynajmniej jeść było co, a one niedożywione, to i moja Jadwiga chorowała od wojny. I tak już trzy lata sam gospodarzę. Córka na studia do Katowic pojechała, bo ona sobie wymyśliła, że geologiem będzie. Do czasu, dopóki żona żyła, to pracowałem jako portier, później na emeryturę przeszedłem. I sobie spaceruję po tym naszym Gdańsku, dopóki sił starczy. Jedyna radość to te wnuki, które na wakacje przyjeżdżają. Jeden ma dziesięć lat, drugi dwanaście. Fajne chłopaki.
Słuchałem go uważnie. Jego historia była jak wiele innych, które słyszałem od ludzi, którzy przeżyli wojnę – pełna bólu, ale opowiadana spokojnie, jakby to wszystko było czymś zwyczajnym, czymś, co po prostu trzeba było przeżyć.
– Tak, ciężkie są te historie wojenne – powiedziałem. – A ci Niemcy, co pan wspominał, to tylko raz byli? Jak wyglądali?
– Tylko raz. Przyjechali mercedesem, młoda para. Dziewczyna wysoka, szczupła, ale z twarzy niezbyt ładna, długie blond włosy, tak ze dwadzieścia pięć lat. Mężczyzna starszy, krótko ostrzyżony, sztywno się trzymał, pewnie w Hitlerjugend był za dzieciaka. Tak ze trzydzieści pięć lat miał. Mówiła do niego Fritz. W każdy kąt zaglądali. Ale jak im powiedziałem, że tu wszystko wymiecione przez ruskich było, to już nic więcej nie pytali. Pojechali sobie. Pięć marek zostawili, że to niby za to, że chciałem z nimi gadać, bo ludzie to nie chcą. Nie lubią ich tutaj. To chyba ten eneref, nie? Tutaj jest napisane bundesrepublik dojczland.
– Tak, to Niemcy Zachodnie – potwierdziłem. – A gdybym chciał jednak zbadać tę waszą piwnicę, będę mógł zajrzeć do pana, żeby mnie pan wpuścił? Te typy, które mnie uderzyły, chyba zerwały kłódkę, więc pewnie założycie nową.
– Pewnie. Pod drugim mieszkam, jak wejdzie pan do klatki schodowej, to po prawej stronie. Tylko córka jutro przyjeżdża z dzieciakami, to jakby pan mógł dopiero pojutrze przyjść, wtedy chłopaków wypuszczę na podwórko i sobie zejdziemy do piwnicy. A może i oni będą chcieli, czasami się bawili w tej piwnicy. W wojnę, rozumie pan, w wojnę się bawią.
„To nawet dobrze” – pomyślałem. – „Będę miał czas na ściągnięcie dokumentów z Warszawy”.
– A nie zna pan kogoś, kto tu mieszkał w czasie wojny? – spytałem.
– Chodzi tutaj taki, złom zbiera. On przed wojną jakimś profesorem czy doktorem był. Ale jak mu żonę z synem studentem do tego obozu sztuthof zabrali zaraz na początku wojny, to podobno w głowie mu się pomieszało. Tak ludzie mówią. Jak się z nim gada, to całkiem normalny, tylko taki zmęczony życiem, młodszy ode mnie, a wygląda jakby z osiemdziesiąt lat miał. Ostatnio go nie widziałem, to może niedługo się pojawi.
– To jakby się trafił, pan mu powie, że bym chciał z nim porozmawiać, gdzie tylko by chciał i o każdej porze.
– Pewnie. On tak do ludzi ciągnie, ale traktują go jak wariata. Coś mu tam dadzą, ale gadać nie chcą. Ja czasami z nim usiądę i wysłuchuję tych jego przedwojennych historii.
– No, to dziękuję panu. Muszę się zbierać, bo jeszcze muszę zadzwonić do Warszawy. Odprowadzę pana, bo samochód tam pod domem zostawiłem.
Po chwili staliśmy przed willą.
– To do zobaczenia, panie Stanisławie.
– Do zobaczenia. Ale przyjdzie pan pojutrze? Zaciekawiły mnie te pańskie poszukiwania.
– Oczywiście, że przyjdę.
Ruszyłem wehikułem w stronę ulicy Kartuskiej. Gdy dojechałem do skrzyżowania, we wstecznym lusterku mignął mi znaczek mercedesa. Ten, o którym mówił pan Stanisław? A może tylko podobny? Nie mogłem mieć pewności, ale coś mnie tknęło.
Po drodze zatrzymałem się obok poczty. Zamówiłem rozmowę do ministerstwa. Udało mi się szybko połączyć z sekretarką Marczaka i wyjaśnić, o co chodzi, gdzie są dokumenty i gdzie klucz do szafy. Poprosiłem, żeby przefaksowała wszystko do domu wczasowego, tam gdzie wysyłała rezerwację noclegu.
Gdy ruszałem spod poczty, znów zobaczyłem mercedesa. Tym razem nie miałem wątpliwości. Ten sam model, ten sam kolor, ten sam błysk chromu na masce, które widziałem przed wizytą na poczcie. Czyżby ktoś mnie śledził? Ci sami ludzie, którzy byli tydzień temu na Jasnej? Czy to ci sami, którzy uderzyli mnie w głowę i ukradli papiery?

Zaraz sprawdzimy.
Nie zamierzałem ujawniać specyficznych możliwości mojego samochodu, więc pomyślałem, że pojeżdżę trochę w kółko. Jeśli mnie śledzą, będą musieli się urwać albo będą musieli się ujawnić. Ruch był niewielki, więc zrobienie dwóch kółeczek bocznymi uliczkami nie nastręczało problemów, choć uliczna kwiaciarka dziwnie się na mnie patrzyła, gdy drugi raz przejeżdżałem obok jej stoiska. Gdy trzeci raz skręciłem między domy, mercedes pojechał prosto. Wiedzieli już, że ich zidentyfikowałem.
Do Jelitkowa dojechałem po dziesięciu minutach. Postawiłem samochód i poszedłem do recepcji. Faks już na mnie czekał. Podziękowałem sympatycznej recepcjonistce, poszedłem do pokoju, przebrałem się w letnie ubranie i zszedłem znów do recepcji.
– To znowu ja. Wie pani, uderzyłem się w głowę. Chyba się zraniłem, bo wyczuwam pod palcami trochę włosów zlepionych krwią. Czy jest tutaj jakieś ambulatorium?
– Niestety nie mamy ambulatorium, ale mamy apteczkę. Ja się uczę na pielęgniarkę, mogę panu zdezynfekować ranę i zobaczyć, czy nie trzeba pojechać na pogotowie.
Na szczęście rana była niewielka. Recepcjonistka-pielęgniarka wycięła mi kawałek zakrwawionych włosów, tak zgrabnie, że nic nie było widać. Zalała ranę wodą utlenioną i zaleciła zgłoszenie się do przychodni, żebym zaszczepił się na tężec. To może jutro.
Teraz czekał mnie spacer plażą do Sopotu. To tylko czterdzieści minut spokojnym krokiem. Ponieważ była już pora obiadowa, pozwoliłem sobie na smażoną rybę w barze po drodze. Później spacer po słynnym sopockim molo i wreszcie legendarny Grand Hotel.
Wszedłem do środka tylko na chwilę, żeby popatrzeć na wnętrze. Czuć było chłód marmuru, miękkość dywanów i tę charakterystyczną, trudną do opisania atmosferę miejsc, które widziały więcej, niż mówią przewodniki. Pachniało tam luksusem, starym drewnem i czymś jeszcze – może historią. Niestety z ministerialnej pensji nawet powiększonej o dietę nie stać mnie było na kawę w hotelowej kawiarni. Zajrzałem tylko do lobby, a wychodząc z hotelu zobaczyłem widok, który mnie zmroził.
Na podjeździe stało piękne BMW 1800. Z otwartego bagażnika walizkę wyciągał… Waldemar Batura. Mój kolega ze studiów. Oficjalnie handlarz antykami. Nieoficjalnie – człowiek, który potrafił znaleźć wszystko, co miało wartość, i sprzedać to każdemu, kto zapłacił.
Wycofałem się do hotelu, usiadłem na chwilę w fotelu, tak aby być tyłem do wejścia i widzieć recepcję. Gdy Waldek skierował się do recepcji, szybko wymknąłem się z budynku.
Czy przypadkowo przyjechał na wakacje do Sopotu, czy może ma tutaj jakieś interesy? A jeśli interesy – to czy przypadkiem nie te same, co ja?
Wiedziałem jedno: robi się coraz ciekawiej.
Twtter is a day by day war
Pachniało świeżym ciastem, kawą i czymś jeszcze – może wanilią, może cynamonem, a może po prostu spokojem, którego tak bardzo potrzebowałem po łomocie w głowę.
Pachniało tam luksusem, starym drewnem i czymś jeszcze – może historią.
W sumie głównie do tego miałbym zastrzeżenia - pachniało i czymś jeszcze - w takim krótkim tekście to zbyt charakterystyczny motyw, by nie zwrócił na siebie uwagę i nie rozbawił deko.
W sumie głównie do tego miałbym zastrzeżenia - pachniało i czymś jeszcze - w takim krótkim tekście to zbyt charakterystyczny motyw, by nie zwrócił na siebie uwagę i nie rozbawił deko.
ok, zmiana 🙂
Twtter is a day by day war
Obrazki to współpraca Groka z Gemini 🙂
Twtter is a day by day war
