Nienacki i Minkowski czyli Rozmowy nad wodą

Dziesięć lat temu, 7 marca 2016 roku zmarł Aleksander Minkowski. Autor wielu powieści dla młodzieży m.in. Grubego, Podróży na wyspę Borneo, Szaleństwa Majki Skowron. Miał dom w Jerzwałdzie, był przyjacielem Zbigniewa Nienackiego. Tak wspominał autora Pana Samochodzika i Raz w roku w Skiroławkach w rozmowie z Mariuszem Szylakiem, autorem książki Zbigniew Nienacki. Życie i twórczość.

Poznaliśmy się w końcu lat 70. na jakimś sympozjum w Gdańsku. Miałem wtedy dziwaczny amerykański samochód. Nienacki chciał się w nim pokazać w swojej wsi – odwiozłem go do Jerzwałd. Namówił mnie na kupno chaty w Jerzwałdzie. Tam spędzam każde lato.

Nie był zawistny. Przeciwnie. Cieszył się z mojego „Pudrycego”, który był troszeczkę repliką na „Skiroławki” – pisałem niemal przy nim, w Jerzwałdzie; przyjeżdżał co wieczór do mnie na rowerze i wyczytywał dzienny urobek.

Nigdy żadnej mojej prośbie Zbyszek nie odmówił. Gdy miałem wypadek samochodowy i leżałem u siebie, obolały, z potrzaskanymi żebrami – przyjeżdżał w nocy na rowerze po parę razy, by sprawdzić czy żyję.

A Mirekpiano znał Minkowskiego. Nie raz i nie dwa prowadził z nim rozmowy, które czasem nazywa się istotnymi. Bo są to poważne rozmowy o ludziach, życiu i tych rzeczach, o których nie śniło się filozofom. Mirek przetworzył literacko przyjaźń Minkowskiego z Nienackim w nostalgicznej impresji Rozmowy nad wodą, która jest jednym z rozdziałów jego książki pod tytułem Skiroławki czterdzieści lat później.

Kustosz

***

Przyjaźń między pisarzami jest jak jezioro – z wierzchu spokojne, pod spodem pełne nurtów.
O tym, że nie wszystko, co było sporem, było walką. Czasem było formą troski.

Byli do siebie podobni, choć żaden z nich nigdy by się do tego nie przyznał. To, co jedni nazywali Jerzwałdem, inni znali jako Skiroławki. Pierwszy był miejscem na mapie – z drogą do Zalewa, z Pocztą i wiatrem znad jeziora. Drugie – miejscem w literaturze: przetworzonym, wyostrzonym, czasem okrutniejszym, czasem piękniejszym. Jedno było wsią. Drugie – jej odbiciem w wyobraźni.

Obaj pisarze mieszkali w Jerzwałdzie. Ale rozmawiali o Skiroławkach. I może dlatego ich spory były tak gorące – bo dotyczyły tego, ile prawdy wolno zabrać z rzeczywistości i przenieść do opowieści.

Kiedy Zbigniew Nienacki po raz pierwszy zobaczył ogromną, amerykańską Granadę sunącą przez Jerzwałd – przez realną wieś, która w jego książkach stała się Skiroławkami – uśmiechnął się jak chłopiec, który widzi nową zabawkę w rękach kolegi. W tamtych latach samochód był deklaracją światopoglądu. Granada wyglądała tu niemal jak przybysz z innego świata. Za kierownicą siedział Aleksander Minkowski – z miną człowieka, który udaje, że nie robi wrażenia, a w istocie robi je z premedytacją. Miał w sobie coś z aktora grającego rolę samego siebie.

Drzwi trzasnęły ciężko. Nienacki poprawił płaszcz, jakby wsiadał do powozu, nie do samochodu, i usiadł obok.
– Jedź wolniej – powiedział Zbyszek. – Niech się napatrzą.
I jechali. Wolniutko. Jakby cały Jerzwałd miał zapamiętać tę chwilę — Granadę, dwóch pisarzy i ich poważne miny. Jeszcze nie wiedząc, że kiedyś ważniejsze od tej sceny okaże się coś znacznie prostszego.

Silnik mruczał jak obce zwierzę przywiezione z daleka. Minkowski prowadził z przesadną godnością, a Nienacki – jak miejscowy książę na objeździe włości – unosił dłoń w geście powitania. Ten gest miał w sobie coś z prowokacji i coś z dziecięcej radości. Jakby mówił: „Świat tu dociera. Nawet jeśli tylko na czterech kołach.”

Obaj lubili reżyserować życie. Obaj udawali cyników. A może – jak po latach wspominał Minkowski – był to tylko pancerz na nadwrażliwość. Kłócili się do białego rana. O literaturę. O charakter człowieka. O Polskę w stanie permanentnej prowizorki. O to, czy pisarz ma obowiązek być moralny, czy tylko prawdziwy.
– Ty chcesz być geniuszem – prowokował Minkowski.
– A ty udajesz, że nim nie jesteś – odpowiadał Nienacki.
Śmiali się. Pili herbatę. Czasem coś mocniejszego. Potem wychodzili nad jezioro. Nad Płaskim wszystko brzmiało ciszej. Nawet ich spory traciły ostrze.

Minkowski był pierwszym czytelnikiem Raz w roku w Skiroławkach – jeszcze w maszynopisie. Siedział przy stole, kartki szeleściły w jego rękach. Nie komentował. Nie poprawiał. Nie podpowiadał. Milczał. A Nienacki, który udawał obojętność, czekał na każdy cień reakcji. Na każde uniesienie brwi. Na westchnienie. Tak rodzi się prawdziwe uznanie – w ciszy.

W Jerzwałdzie rodziła się ich przyjaźń – trudna, pełna sporów, a jednak wierna. Kiedy Minkowski leżał z połamanymi żebrami po wypadku samochodowym, Nienacki przyjeżdżał do niego nocą na rowerze. Sprawdzał, czy żyje. Zmieniał opatrunki. A nazajutrz znów grał twardziela. Takie rzeczy zapamiętuje się bardziej niż literackie polemiki.

Lata minęły. Dom po Nienackim został sprzedany. W oknach zapalają się dziś inne światła. W ogrodzie
rosną te same drzewa, lecz już nie te same rozmowy. Trawa nie pamięta kroków, ale ziemia – może tak. Dom Minkowskiego – ten nad samą wodą – od początku należał do jego syna Krzysztofa. Jakby ojciec przeczuwał, że to nie tylko miejsce do życia, lecz ciąg dalszy.

Drzewa zdążyły urosnąć. Jezioro jeszcze bardziej zarosło trzcinami. Krzysztof przyjeżdża do Skiroławek każdego lata. Dom znał od zawsze – nie jako legendę, lecz jako konkret: zapach wilgoci po roztopach,
skrzypienie schodów, cień trzcin przesuwający się po ścianie. Wie, gdzie podłoga lekko ugina się przy oknie. Wie, jak brzmi wiatr w kominie. Nie ma już sporów do rana. Nie ma maszynopisów pachnących tuszem. Są wspomnienia – i odpowiedzialność.

Pod sklepem czeka Antoni Lubiński, syn Nepomucena, który niósł w sobie inny ciężar. Nie dom, lecz pamięć. Nie akt własności, lecz archiwum zdań, gestów, spojrzeń. Spotkali się jak dwaj spadkobiercy czegoś, czego nie da się przepisać w testamencie.
– Mój ojciec mówił, że Nienacki był trudny – zaczął Krzysztof.
– Mój też – odpowiedział Antoni. – Ale mówił to z czułością.

Rozpoczęli spacer po wsi. Dom Nienackiego stał wyżej – już nie jego, a jednak wciąż naznaczony obecnością. Dom Minkowskiego trwał niżej, bliżej jeziora – bardziej zanurzony w krajobrazie niż w legendzie.
– Oni się nie wtrącali do swoich książek – powiedział Krzysztof. – Każdy pisał swoje.
– A jednak przenikali się – odparł Antoni. – Jak dwa brzegi tego samego jeziora.

Zapadła cisza. Taka sama, jaka zapadała między nimi, gdy któryś powiedział za dużo. W oddali zaszczekał pies. Na wodzie pojawiła się smuga wiatru.
– Wiesz – powiedział Antoni – oni obaj chcieli tu uciec. Przed miastem. Przed hałasem. Przed sobą samymi.
– A znaleźli?
– Znaleźli zajęcie. Drewno do rąbania. Wodę do noszenia. I słowa, które brzmiały inaczej niż w Łodzi czy w Warszawie.
Krzysztof spojrzał na jezioro.
– Ojciec mówił, że Zbyszek był „żyła”. Chucherkowaty, ale mocny.
– Był. I był szczęśliwy. Tu rozwinął skrzydła.

Wieczorem usiedli przy stole. Antoni wyjął z szuflady teczkę – kilka listów, dwie fotografie. Na jednej – Nienacki i Minkowski na ganku. Po kłótni. Spokojni. Jak dwaj ludzie, którzy już się pogodzili, choć żaden nie miał zamiaru tego przyznać.

Krzysztof przyniósł zeszyt ojca – notatki do Skansenu. Kartki pożółkłe, pismo nerwowe.
– Zbyszek przychodził wieczorami. Czytał. Nic nie mówił. To była ich umowa.
– Milcząca?
– Najważniejsza.
Na stole leżały dwie książki: Zmartwychwstanie Pudrycego1, której pierwotny tytuł brzmiał Skansen i Raz w roku w Skiroławkach. Dwie różne odpowiedzi na ten sam krajobraz.
– Myślisz, że oni naprawdę wierzyli w to, co pisali? – zapytał Antoni.
– Myślę, że bali się nie wierzyć – odpowiedział Krzysztof.

Wiatr poruszał trzcinami jak palcami po klawiszach. Pomost skrzypnął.
– Czasem myślę – powiedział Antoni – że oni wcale nie spierali się o literaturę. Tylko o to, kim mają być wobec siebie.
– Ojciec powtarzał, że Jerzwałd nauczył go pokory. Zbyszek – uporu.
– A ciebie?
– Ciszy.
Światło lampy drżało lekko, jakby i ono nie było pewne, czy należy do teraźniejszości, czy jeszcze do tamtych lat.

Antoni wziął do ręki drugą fotografię.
– Tego zdjęcia nie publikowałem – powiedział cicho. – Zrobił je Janusz Sokołowski.
Krzysztof spojrzał na nią uważnie
– Po kłótni? Nie… wyglądają spokojnie. Jakby właśnie doszli do wniosku, że jednak szkoda czasu na dalsze sprzeczki.
Antoni uśmiechnął się lekko.
– U nich gniew przechodził jak burza nad wodą. Najpierw było głośno, a potem nagle robiło
się cicho.

Mgła powoli podnosiła się nad wodą. Jezioro najpierw odzyskało linię brzegu, potem pojedyncze trzciny, aż wreszcie na tafli pojawił się blady odblask porannego słońca. Cisza była tak gęsta, że słychać było tylko
kapanie wody z łodzi przywiązanej do palika.

Antoni patrzył przed siebie.
– Czasem mam wrażenie – powiedział – że ci dwaj wciąż tu chodzą.
Krzysztof uśmiechnął się lekko.
– Może chodzą.
– Minkowski i Nienacki?
– Nie. Dwaj pisarze, którzy próbowali dogadać się ze światem. Każdy na swój sposób.

Z jeziora podniósł się łabędź i ciężko uderzył skrzydłami o wodę. Kręgi rozeszły się po
powierzchni.
– Myślisz, że oni naprawdę się przyjaźnili?
Krzysztof rzucił w wodę mały kamień.
– Przyjaźń między pisarzami nie jest czymś, co widać z brzegu.
Kręgi rozchodziły się jeszcze długo. Jakby jezioro próbowało zapamiętać to zdanie.

Wieczorem, już osobno, każdy z nich długo nie mógł zasnąć. Antoni patrzył w sufit. Myślał o tym, jak łatwo legenda przykrywa człowieka. Jak szybko pamięć zamienia się w cytat. Krzysztof siedział przy biurku ojca. Otworzył Skiroławki. Czytał fragment o jeziorze. Potem sięgnął po Pudrycego. Dwie narracje. Ten sam krajobraz. W pewnym momencie odłożył książki i zapisał jedno zdanie:
„Przyjaźń nie polega na zgodzie. Polega na powracaniu.”

Nad Płaskim noc była spokojna. W domach świeciły dwa światła. Jedno przy skarpie. Drugie bliżej wody. Nie było już dwóch pisarzy. Ucichły nocne spory. Rower sunący bez lampki przez wieś pozostał tylko w opowieściach. A jednak coś trwało dalej. Drzewa rosły powoli, jak zawsze. Jezioro odbijało niebo tak samo jak przed laty. I w dwóch domach – tym dawnym i tym wciąż należącym do syna – słowo wciąż miało wagę. Może właśnie o to chodziło. Nie o to, kto miał rację. Nie o to, kto był większym pisarzem. Tylko o to, że kiedy jeden z nich leżał w bólu, drugi wsiadał na rower. I jechał. Przez noc. Przez śpiącą wieś. Do przyjaciela.

***

Opowiadanie w wersji audio jest dostępny na naszym kanale YouTube.

A refleksją z lektury można podzielić się na FORUM.

1 Zmartwychwstanie Pudrycego – powieść Aleksandra Minkowskiego z 1984 roku, która był w pewnym sensie repliką na Raz w roku Skiroławkach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *