„Nad rzeką, której nie ma” czyli fiński nóż ląduje w szufladzie

Każdy z nas miał swój świat dzieciństwa istniejący gdzieś na pograniczu rzeczywistości i fantazji. Kreowaliśmy go natchnieni przygodami z książek, z filmów, rozmaitymi historiami rozpalającymi wyobraźnię, która nie miała wtedy granic. Dzięki niej, najbardziej nawet szare i biedne PRL-owskie podwórko zamieniało się w dziką prerię, amazońską dżunglę czy wzburzony ocean. Dorośliśmy i nasze krainy dzieciństwa odeszły, nasze fińskie noże zniknęły w szufladach, pozostały tylko podwórka, mniej może już teraz szare. Do naszej krainy dzieciństwa można jeszcze czasem dostać się wehikułem czasu zaklętym w ukochanej książce czy w filmie z tamtych lat, ale tylko na krótką chwilę

Pamiętam też czas, kiedy kraina dzieciństwa powoli znikała za horyzontem, a świat dorosłych spraw nie nadciągnął jeszcze z całą swoją mocą i nie wessał nas do środka. Już prawie dorośli ale jeszcze beztroscy, pełni energii, młodzi, piękni, uskrzydleni i zbuntowani. Kiedy ten czas trwał wydawał się ciągnąć w nieskończoność, ale dziś, po latach, wspominany z daleka, jest jak krótkie cięcie fińskim nożem odcinającym dzieciństwo od dorosłości. Film Nad rzeką, której nie ma dzieje się właśnie wtedy, w tym odcinku czasu, który dziś skurczył się do kropki, małego punktu na długiej osi życia. Zrodzony z nostalgii Andrzeja Barańskiego, reżysera filmu, który korzystając z opowiadania Stanisława Czycza zbudował swój wehikuł czasu.

Początek lat 60, wakacje i malownicze miasteczko, które żyje wtedy wakacyjnym rytmem. Splatają się w nim losy miejscowych i przyjezdnych. Jest paczka chłopaków z prowincji, którzy jeszcze niedawno, w roli admirałów, wodzów, atamanów podbijali nowe lądy, odkrywali wyspy na tajemniczych i nieznanych archipelagach dziecięcych zabaw. Ale to było wczoraj. Dziś pozostały im już tylko chłopackie przydomki. Teraz ważne są dziewczyny, tanie wino, buzujące hormony. Naiwne młodzieńcze marzenia i obudzone już zmysły, gdzieś u progu utraty niewinności, ale i męska rywalizacja. Jest młody chłopak, jest piękna dziewczyna, szybsze bicie serca, zauroczenie a może nawet rodząca się miłość, głupio zaplątana w fałszywą dumę i nieumiejętność porozumienia. Dlaczego? A kto to wtedy wiedział?

Fabuła, właściwie banalna, nie jest tu najważniejsza bo film urzeka klimatem i poetyckim nastrojem nostalgii. Są piękne plenery, wspaniałe rozkloszowane spódnice i apaszki, mistrzowsko wykreowana atmosfera początku lat 60. Magia. Jest wreszcie chmurny, melancholijny, osobny Marek Bukowski. I jest taki jakim i ja chciałem być. Wtedy. Ale jest też tajemnicza, niedostępna, piękna, kobieca, Joanna Trzepiecińska. Admirał i Marta są jak Jacek i Margueritte, filmowa para z Do widzenia, do jutra, bo Andrzej Barański korzysta z tej samej partytury co Janusz Morgenstern komponując swój film. I tak jak w tamtym filmie aktorzy drugoplanowani tworzą doskonałe, wyraziste kreacje. Przede wszystkim, szalona, kipiąca temperamentem, szarżująca Adrianna Biedrzyńska (Ewa) i zuchwały, sarkastyczny twardziel Mirosław Baka (Wódz). Ale i bardziej stonowane role zasługują na uznanie: Tomasz Hudziec (Ataman), Andrzej Mastalerz (Pasza).

Barański stworzył dzieło, które głęboko zakotwicza się w duszy, może dlatego, że ja też…

Miałem błyszczący fiński nóż
Bawoła bym nim zabił
Gdy zmierzch podmiejskich sięga wzgórz
Dobywam go z szuflady

W kącikach flechtów wieczór już
Lśni jak porzeczka krwawa
Ukradkiem z rdzy wycieram nóż
I między bajki wkładam.
*

O filmie Nad rzeką, której nie ma rozmawiamy na NASZYM FORUM.

* Fragment wiersza Andrzeja Bursy pt. Fiński nóż. W czołówce filmu Nad rzeką, której nie ma, recytuje go Marek Bukowski.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.