Magia, czary, zjawy, mary…

Wielka księga cudów i tajemnic, Czarna i Biała Magia. Stanisław Antoni Wotowski.

Zabierając się do tej książki wiedziałem, że Wotowski, pomimo zainteresowania tematem okultyzmu, jednocześnie jako ex-policjant i detektyw, podchodzi od magii i czarów z dużą dozą sceptyczności. W swoich powieściach kryminalnych stara się przekonać czytelników, że to co widzimy i wydaje się magią, to tylko działania wszelkiej maści szalbierzy i oszustów. Z drugiej strony, wiedząc jak do rzeczy nieznanych podchodzono na początku XX wieku (że zwrócę uwagę na wydawnictwo księdza Wincentego Pixa „O krzyczącej niedorzeczności i strasznej szkodliwości szczepienia ospy”, pełne pseudonaukowego bełkotu), spodziewałem się sporej dawki naiwności, może nawet śmieszności i… zawiodłem się pozytywnie.
Tak jak autor pisze we wstępie, spora część książki to swoisty przegląd czarowników od czasów Chrystusa do początku XX wieku. Co jeszcze znajdziemy w książce? Słynne sprawy o czarnoksięstwo, sposoby wydobywania z ofiar przyznania się winy i wreszcie, najciekawsze i najbardziej niebezpieczne – bardzo szczegółowe procedury wywoływania duchów.

Po pierwsze, nie ulega wątpliwości, że autor wierzy w duchy i życie po życiu. Rozdziela jednak świat tworzony przez laików i/lub oszustów od tego prawdziwego świata demonów i duchów. Do tego drugiego mają dostęp tylko wtajemniczeni, którzy długą i ciężką pracą osiągają stan pozwalający na „dotknięcie” astralu.
Książka opisuje wiele osób, znanych przez wieki, czyniących cuda. W wielu przypadkach już w czasie pisania książki stwierdzono, że byli to zwykli oszuści, czasami byli to ludzie mający ponadstandardowe umiejętności (hipnotyzerzy, chemicy/lekarze używający leków odurzających lub narkotyków, wszelkiej maści znachorzy „leczący”, jak to teraz się mówi, homeopatycznie lub ludzie, którzy leczyli poprzez przykładanie dłoni).
W tę całą historię magii autor włącza kościół katolicki, który przez wieki zwalczał ludzi, którzy parali się magią. Ale może nie tak do końca, bo wielu hierarchów kościelnych było zainteresowanych tematem i chętnie się „na boku” kształcili w tym kierunku.
O czym przeczytamy w książce?
Otóż fani Pana Samochodzika znajdą tam wiele tematów znajomych.
Jest tam szczegółowa historia Templariuszy, wraz z „tajemniczą” śmiercią dwóch największych prześladowców zakonu – papieża Klemensa V, którzy zmarł miesiąc po spaleniu na stosie wielkiego mistrza Jakuba de Molay, oraz króla Filipa Pięknego, który również w 1314 roku zmarł nagle (teraz już wiemy, że prawdopodobnie był to wylew krwi do mózgu).
Później dowiadujemy się kim byli Różokrzyżowcy, tutaj, niestety dla czytelników „PS i tajemnica tajemnic” nie odnajdziemy żadnej informacji o stole przymierza.
Z osób, które kojarzą się z zagadkami historycznymi pana Tomasza, poznajemy również bujną historię życia Cagliostro (Giuseppe Balsamo).

Szczerze trzeba powiedzieć, że był to niesamowity typ z potężnym szczęściem. Żył tylko 52 lata ale to było prawie 40 lat ciągłych zabaw i podróży z piękną żoną przy boku. Obydwoje pasowali do siebie jak dwie połówki jabłka, oszukiwali kogo się dało i gdzie się dało, od drobnych mieszczan po królów. Z ciekawostek, Cagliostro zahaczył również w 1780 roku o Warszawę, gdzie występował w Pałacu Bogusławskiego. To było w czasie gdy zajmował się również działalnością wolnomularską i zakładał, w całej Europie, loże. Swoje życie zakończył w lochach twierdzy San Leo, gdzie przybywał w związku z wyrokiem Świętej Inkwizycji i złagodzeniu kary śmierci przez papieża Piusa VI.

Ciekawy jest wątek oskarżania o czary i późniejszych procesów.
Podstawową metodą weryfikowania czy oskarżony ma „pakt” z siłami nieczystymi było oczywiście, wszystkim znane, pławienie. Metoda prosta a jakże skuteczna dla tych, którzy chcieli się pozbyć kogoś – jeśli pławiony się utopi, znaczy nie był czarownikiem ale niestety nie żyje, jeśli z jakiegoś powodu nie tonie, znaczy, że pomagają mu siły zła i można go spalić na stosie. Ta metoda była najprostsza oraz najłagodniejsza. W wielu przypadkach oczekiwano jednak przyznania się do winy, przed pozbyciem się delikwenta – wtedy łamano kołem, wyłamywano członki, głodzono, zakładano specjalne buty z kolcami, w których dokręcano śrubę. Generalnie, zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, katowano tak długo człowieka, aż dla świętego spokoju się przyznawał, a często jeszcze wskazywał pomocników.
Jednym z najbardziej znanych procesów o czary, był proces Urbana Grandier.

Grandier żył na przełomie XVI i XVII wieku, był francuskim księdzem, którego oskarżono o czary i spalono na stosie. Autor pokazuje w jaki sposób ludzie nieprzychylni księdzu pracowali nad tym aby doprowadzić do jego stracenia, odsłania przed czytelnikiem powiązania rodzinne oraz wręcz naiwne sztuczki mające udowodnić czarodziejskie zdolności księdza (np. wędka z haczykiem, który miał unieść nakrycie głowy oskarżyciela). Ksiądz został spalony na stosie, mimo tego, że świadkowie zaczęli się wycofywać ze swoich zeznań i nigdy nie przyznał się do uprawiania czarów.
Autor niewielką część książki poświęca również specyfice Polski. Według autora procesy u nas były mało spektakularne, często oskarżenia opierały się o zabobony (czarna kura u sąsiada już była podstawą do tego, żeby skarżyć go o czarnoksięstwo).

Najbardziej znanym czarownikiem w Polsce, według autora, był Pan Twardowski, który… wcale nie musiał istnieć. Autor zwraca uwagę na to, ale opisuje kilka historii maga. Twierdzi, że nawet istnieje zwierciadło Twardowskiego, ale jego zdaniem artefakty bez człowieka z mocą/umiejętnościami nic nie znaczą. To trochę inaczej niż u Harrego Pottera, gdzie jednak różdżki też były magiczne.


I dochodzimy do clou, czyli praktycznego poradnika jak nawiązać kontakt z duchami, demonami, światem astralnym.
W książce znajdujemy dwie metody wywoływania duchów przy pomocy różdżki i zaklęć oraz zasadę stosowania lustra magicznego.


Autor twierdzi, że opisane wyniki doświadczeń są jego a może nie jego ale są autentyczne. Udaje mu się nawet porozmawiać z duchem zmarłego przyjaciela i pozyskać materialny dowód tego spotkania, mianowicie pierścień, z którym przyjaciel został pochowany. Niestety nie dokonano ostatecznej weryfikacji, czyli nie otwierano trumny w celu sprawdzenia czy taki sam pierścień nadal nie jest na palcu zmarłego. Autor twierdzi, że wie, że to ten pierścień i nie ma co dalej wnikać w temat.


Wszystkie te ćwiczenia, moim zdaniem, mocno zahaczają o tworzenie atmosfery psychozy, może formy autohipnozy. W tej sytuacji nie jest dziwnym, że wiele osób, które próbowały się w to „bawić” albo uczestniczyły w takich „ćwiczeniach”, traciło zmysły.
A może coś jednak w tym jest? Jak Wy sądzicie?

Dyskusję o zjawiskach nadprzyrodzonych prowadzimy na Forum.

Wszystkie ilustracje, w ramach Public Domain, pobrane z polona.pl lub wikipedii.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.