Wojtek Fiwek – ocalić od zapomnienia

„Gruby”, „Siedem stron świata”, „Zielone kasztany” – dzieciakom z lat 70 i 80, takie tytuły nie mogą być obce, choć filmy te nigdy nie osiągnęły popularności „Samochodzika i Templariuszy”, „Podróży za jeden uśmiech”, „Stawiam na Tolka Banana” czy innych seriali dla młodzieży Stanisława Jędryki. I choć Wojciech Fiwek nie był bohaterem mojego dzieciństwa, ani nigdy później, to z wielkim sentymentem wspominam serial „Siedem stron świata” z łódzkim blokowiskiem w czołówce, pamiętam też „Grubego” i jak przez mgłę pamiętałem „Zielone kasztany”. Większości jego dokonań nie znałem, czasem jednak pojawiał się gdzieś na marginesie moich zainteresowań filmowych. Kiedy więc dowiedziałem się, że Mariusz Szylak napisał o nim książkę, zaciekawił mnie ten temat.

Mariusz potrafi zajmująco opowiadać, więc wciągnąłem się w fiwkową historię na tyle, że przeczytałem książkę „Wojtek Fiwek. Kadry z życia i twórczości”. A kiedy już skończyłem lekturę, okazało się, że Fiwek właśnie zmarł. Odszedł trzy tygodnie temu, 6 marca 2020 roku, w Łodzi, w wieku 95 lat. Chciałbym żeby ten tekst był również wspomnieniem o tym, trochę zapomnianym twórcy.

Opowieść o Wojtku Fiwku (podobno wolał to zdrobnienie od formalnego Wojciecha) Mariusz konstruuje w podobny sposób jak książkę o Nienackim. Odmalowuje portret swojego bohatera, unikając kontrowersji i ocen, nie drąży spraw, o których sam Fiwek nie ma ochoty mówić. Z tą wszak różnicą, że biografia Nienackiego powstała wyłącznie w oparciu o drobiazgową kwerendę materiałów na temat pisarza i spotkania z ludźmi, którzy go znali, natomiast głównym źródłem informacji o Fiwku był sam reżyser. Książka pełna jest jego refleksji, ciekawostek z planów filmowych, wspomnień współpracowników, aktorów i ludzi, którzy go znali. Wyłania się z tego obraz człowieka ciepłego, sympatycznego, pełnego energii, oddanego swojej profesji i pasji. Mariusz starannie odtwarza przebieg reżyserskiej kariery swojego bohatera, znajdziemy więc w książce dokładne informacje na temat wszystkich jego filmów.

Początek kariery Wojtka Fiwka to etap zupełnie mi nie znany. Zaczynał od krótko i średnio metrażowych filmów oświatowych, adresowanych do młodzieży szkolnej czyli siłą rzeczy pełnych dydaktyzmu, ale jednocześnie pięknych wakacyjnych plenerów, głównie Mazur i Kaszub. Bo Fiwek uwielbiał kręcić naturę. Przyjaciele i współpracownicy uważają, że pod tym właśnie kątem wybierał swoje tematy filmowe. Dydaktyzm, przyroda i przygoda, ten sam miks co w samochodzikach Nienackiego. Było to przede wszystkim kino obrazu, operujące symbolami, rekwizytami, dźwiękiem, czasem w ogóle rezygnowano z dialogów.

Równolegle z lekturą chciałem uzupełnić trochę swoją znajomość filmografii Fiwka. To nie takie proste. Filmów z tego pierwszego okresu próżno szukać w sieci, choć były wśród nich obrazy nagradzane, takie jak „Romek i Anka” (1964) czy „Ewa + Ewa” (1970). Ale mimo tych laurów, nigdy tak naprawdę nie zostały docenione. Ich autor mówi o tym tak:

Te moje filmy kręcone przez wiele lat w Oświatówce są w jakimś sensie pokrzywdzone. Prawda, były to obrazy szkolne i jako takie w placówkach tych krążyły, wypożyczano je, prezentowano uczniom. Ale na przykład telewizja się już nimi nie interesowała. Tak samo, jak nie zainteresowała się tysiącami innych tytułów z różnych dziedzin życia, które niczym w skarbcu leżą w tej Wytwórni. I czekają na lepsze czasy….

Znacznie łatwiej znaleźć późniejsze filmy fabularne Fiwka. Obejrzałem naprawdę świetny „Pogrzeb świerszcza” z 1978 roku. Zrealizowany skromnymi środkami dramat psychologiczny o dziecięcej potrzebie bycia kochanym. Poruszające studium samotności dziecka, rozpaczliwie pragnącego miłości i zainteresowania zaangażowanych w swoje sprawy rodziców, z doskonałą rolą siedmioletniego Maćka Tomczaka, który wcielił się w Marka, głównego bohatera filmu. Dziecięcy skarb – mówił o nim Fiwek. Ale to nie jest film adresowany do dzieci, niesie ze sobą dojrzałe przesłanie o potrzebie bliskości i uczuć jako niezbędnych fundamentach zdrowej psychiki dziecka.

Kadr z filmu „Pogrzeb Świerszcza”

Przypomniałem też sobie młodzieżowe „Zielone kasztany” nakręcone w 1985 roku według powieści Janusza Domagalika, którą kiedyś czytałem. Ale bez zachwytu. Zderzenie wkraczających w życie nastolatków z dorosłymi problemami, nie budzi dziś żadnych emocji, choć przecież rzeczywistość połowy lat 80 powinna być mi bliska. Razi za to pewna sztuczność postaw i nierzucające na kolana kreacje młodocianych aktorów. Ze wspomnień odsłaniających kulisy powstania filmu „Zielone kasztany” wyłania się ten sam schemat pracy nad scenariuszem, który znamy z ekranizacji innych książek:

Pisarz dostarczył scenariusz – wspomina reżyser. Porównując go z treścią książki, uznałem, że z tego przekładu filmu nie będę mógł zrobić. Po obopólnej zgodzie i akceptacji takiego układu przez szefa, (…) przystąpiłem do pisania nowego scenariusza, który po pewnych poprawkach został zaakceptowany. W czasie pisania scenopisu, jak to bardzo często bywa, jeszcze uległ wielu korektom. Nie wspominam już o pewnych „przemeblowaniach” w trakcie robienia zdjęć…

Pomaga to zrozumieć dlaczego to co ostatecznie widzimy w kinie tak bardzo różni się od pierwowzoru książkowego czy nawet od początkowego scenariusza.

We wspomnieniach Wojtka Fiwka można odnaleźć tę samą nutkę goryczy, która towarzyszy również innym twórcom adresujących swoje utwory do młodzieży:

(…) pokutuje u nas bardzo złe przekonanie, że owe obrazy (filmy dla dzieci) są pozbawione ambicji, gorsze. Znajduje to swój wyraz choćby w recenzjach prasowych, które albo filmy te pomijają milczeniem, albo poddają je wyjątkowo ostrej krytyce. (…) Nawet w samym środowisku twórczym ten rodzaj artystycznej wypowiedzi traktuje się jako „przedsionek sztuki” i przygotowanie do sztuki „prawdziwej”.

Ten sam żal, że środowisko filmowe (czy literackie) nie traktuje poważnie utworów dla młodzieży widać również w wywiadach, których udzielał Nienacki i Stanisław Jędryka. Podobną refleksją podzielił się też Juliusz Machulski w książce Krzysztofa Vargi o Edmundzie Niziurskim.

Ale książka Mariusza Szylaka to nie tylko przegląd artystycznych dokonań Fiwka. I choć autor nie szuka sensacji, nie wchodzi z butami w życie reżysera to przecież o jego życiu prywatnym dowiadujemy się bardzo wiele. O fascynacji sztuką filmową od najwcześniejszego dzieciństwa, o trudnych wojennych czasach, o początkach kariery reżyserskiej, która zbiegła się z narodzinami polskiej powojennej kinematografii. Fiwek uciekał w swoich filmach od polityki, ale w pracy zawodowej nie sposób było uniknąć kontekstu politycznego. Nie boi się mówić o swoich motywacjach i dokonywanych wyborach:

Długotrwały kryzys przedsolidarnościowy doprowadzał mnie do rozpaczy, tak więc wprowadzenie stanu wojennego przyniosło mi i mojej rodzinie ulgę i nadzieję, że wreszcie życie się jakoś ustabilizuje, a obie strony konfliktu ze sobą ułożą. Panicznie bałem się spięć zbrojnych, kolejnych zniszczeń, utraty wolności. Bałem się bojkotu aktorów. Przyklaskiwałem tym, którzy pozostali w teatrach, na planach filmowych.

O Wojtku Fiwku warto pamiętać. Warto też mu się przyjrzeć z przyjaznej perspektywy proponowanej przez Mariusza Szylaka. Tym bardziej, że poza skromnym biogramem w Wikipedii i krótką notką na portalu filmpolski.pl niewiele można się dowiedzieć o tym zasłużonym artyście. Książka zatytułowana „Wojtek Fiwek. Kadry z życia i twórczości” została wydana w 2013 roku staraniem łódzkiego wydawnictwa Księży Młyn. Dopieszczona, piękna edycja w twardej oprawie, hojnie ilustrowana zdjęciami, pochodzącymi głównie z prywatnego archiwum reżysera.

O Wojtku Fiwku i książce Mariusza Szylaka, możemy porozmawiać na NASZYM FORUM.

Zdjęcie tytułowe artykułu, umieszczone również na okładce książki Mariusza Szylaka pt. „Wojtek Fiwek. Kadry z życia i twórczości”, pochodzi z prywatnego archiwum reżysera.