Pomiędzy Nienackim a Kidawą czyli pierwsza wersja „Latających machin…”

„Pan Samochodzik i złota rękawica” to jedna z moich ulubionych części cyklu Zbigniewa Nienackiego, tom, który darzę ogromnym sentymentem. Nieodmiennie zachwyca mnie klimat – zarówno letni, pełen słońca i atmosfery przygody, jak i zimowy, nostalgiczny i zadumany. Podobają mi się postacie i pomysł szukania czegoś niematerialnego. Zachwycają niektóre sceny – jak odnalezienie „Szkwału” czy pościg z „Krasulą” w roli głównej. Co ciekawe, kiedy wspominam tę książkę, to jakoś wyjątkowo łatwo zapominam o Templarze i Dianie Denver, czyli wątku, który jest jej największym problemem.

Tym większym zawodem okazał się dla mnie film „Latające machiny kontra Pan Samochodzik” w reżyserii Janusza Kidawy. Moim zdaniem to najgorsza ekranizacja powieści Nienackiego, w której trudno doszukać się jakichkolwiek zalet. Właściwie należałoby mówić raczej o adaptacji, jeśli nie inspiracji, gdyż Kidawa zmienił niemal wszystkie kluczowe elementy fabuły literackiego pierwowzoru. Jak wiedzą wszyscy, którzy oglądali „Latające machiny…”, wygląda to tragicznie…  Ale nie musiało tak być, a w każdym razie – nie musiało być tak źle. Kiedy Janusz Kidawa tworzył w 1986 roku wczesną wersję scenariusza, dla tego filmu była jeszcze jakaś nadzieja…


Przede wszystkim, początkowo Kidawa chciał zrealizować film dwuczęściowy pod wspólnym tytułem „Nowe przygody Pana Samochodzika”. Część pierwsza miała być luźną, uwspółcześnioną adaptacją tomu „Pan Samochodzik i kapitan Nemo”, zaś druga – równie dowolną adaptacją „Złotej rękawicy”. Obie części zamierzano dość mocno powiązać, między innymi poprzez bohaterów. Sam Kidawa wspominał: „Były wyścigi motorowodniaków, koncerty rockowe, rewia sprzętu pływającego i Bajeczka – tajemniczy kapitan Nemo, prześladująca ekologicznych chuliganów[1]. Według Mariusza Szylaka „Problemy finansowe Zespołu Filmowego Profil wymusiły całkowitą modyfikację scenariusza, w tym rezygnację ze wszystkich wspomnianych wyżej kosztowych pomysłów. W końcu Kidawa, zainspirowany pokazami motolotni na katowickim lotnisku, zdecydował się postawić na… latające machiny”[2]. Nie do końca zgadza się to z treścią scenariusza – lotnie pojawiają się już w owej zaniechanej dwuczęściowej wersji z 1986 roku, a więc napisanej bezpośrednio po realizacji „Niesamowitego dworu”.

Niewątpliwą zaletą wczesnego projektu Kidawy jest większa wierność książkom. Wprawdzie autor wprowadził Bajtka i latający wehikuł, ale wiele innych elementów zostało zachowanych, na przykład „prawdziwa” Bajeczka, Mazury, Roger FLOOR 😀 i złota rękawica. Kidawa w miarę zgrabnie połączył też dwie różne historie, u Nienackiego rozgrywające się w odstępie kilku lat.

Pierwsza, kompletnie niezrealizowana część miała rozpoczynać się od wyjazdu pana Tomasza na upragniony urlop, podczas którego chciał zająć się remontem „Szkwału” w warsztacie pana Janiaka – tak, tego z „Niesamowitego dworu”. Podczas podróży bohater poznaje Martę oraz styka się ze „Stajnią Czarnego Franka”, czyli (tu mamy wyraźne uwspółcześnienie) gangiem punków, terroryzujących jezioro na ślizgaczach. Pan Samochodzik jest świadkiem upokorzenia bandy przez tajemniczego kapitana Nemo. W kajucie „Szkwału” znajduje dziennik z wierszem o złotej rękawicy, jednak nie dany mu jest spokojny wypoczynek. Spotyka bowiem… Waldka Baturę, który pracuje jako asystent scenografa w zagranicznej ekipie filmowej i rzekomo szuka w okolicy miejsc do zdjęć plenerowych. Tomasz przypomina sobie, że w czasie studiów wraz z Baturą opracowali rekonstrukcję trasy hitlerowskiej ciężarówki ze skarbami, która zaginęła w tej okolicy. Zaczyna podejrzewać, że to ona jest celem Batury i ma oczywiście rację. Batura zdołał nakłonić producenta, pana Domini do sfinansowania poszukiwań. Odnalazł też niemieckiego żołnierza z obstawy zaginionej ciężarówki i uzyskał od niego informacje, które w zestawieniu z planem trasy pozwolą odnaleźć skarb. Niestety, informacje zostają wykradzione, nim Batura może z nich skorzystać. Angażuje do ich odzyskania bandę Czarnego Franka, która zaczyna szaleć po okolicy. Po drugiej stronie staje pan Tomasz, Marta, czterech młodych wędkarzy ze Śląska (harcerzy brak, nie ta epoka…) i uczestnicy studenckiego obozu dla karateków. Można powiedzieć, że nikt nie wygrywa – po serii forteli i pościgów informacje o skarbie przepadają, a szykujących się do bitki punków i karateków pan Tomasz traktuje gazem rozweselającym, który momentalnie „łagodzi obyczaje”.


Tak kończy się część pierwsza, której w żadnej formie nie dane nam było zobaczyć na ekranie. Na jej podstawie można odnieść wrażenie, że Kidawa tworzył scenariusz z myślą o ludziach, którzy nie są fanami książek Nienackiego lub w ogóle ich nie znają. Największą zmorą są wprowadzane na siłę unowocześnienia i pseudo-atrakcje. Nie chodzi tylko o Bajtka czy wehikuł, który potrafi jeździć POD wodą (?!). Kidawa bezlitośnie wyeliminował większość akcentów dydaktycznych. Nie ma harcerzy jako pozytywnych bohaterów, nie ma doroślejących w oczach dziewcząt – Bronki czy Kiki, nie ma też re-moralizacji Czarnego Franka, który do końca pozostaje jednowymiarowym szefem gangu. Dobrym przykładem jest tu sposób przedstawienia bandy Czarnego Franka. Kidawa chyba chciał ukazać ich jako gang na miarę Aniołów Piekieł i amerykańskich filmów (np. „Wojownicy” lub „Ulice w ogniu”), które były wtedy dostępne na kasetach. Dał im czarne skóry, biżuterię, dziwne fryzury, ślizgacze zamiast motorów – a potem zorientował się, że w Polsce takich gangów po prostu nie ma…  No to zrobił z nich punków, żeby przynajmniej stereotypowy wygląd pasował. Opis w scenariuszu brzmi: „Przed knajpką kotłuje się tłum lekko przymroczonych piwem młodych ludzi, ubranych w skóry i obwieszonych wisiorami. Podgolone głowy i sterczące włosy wskazują, że jest tu spęd młodzieży w stylu Pank”[3] (pisownia oryginalna).

Dostajemy też szereg drobnych zmian, których zasadność trudno ocenić. Przykładowo – pan Tomasz poznaje Martę, kiedy ta łapie go na „stopa”. Dziewczyna dostała się właśnie na ornitologię, a nie ichtiologię, jak w powieści. Spora część akcji rozgrywa się w… Drągowie. W roli „elementu komediowego” parę Anatol-Kazio zastąpiła czwórka zadziornych, mówiących gwarą Ślązaków z Kółka Wędkarskiego Huty Zgoda – Francek, Froncek, Fricek i Fridek. Fragmenty z ich udziałem są dość zabawne, ale jednak żal pana Anatola i jego papuci… I trudno odpowiedzieć na pytanie „po co właściwie była ta zmiana?”.

J. Kidawa „Latające machiny kontra Pan Samochodzik” (zbiory FINA)

 Za to zgrabnie wyszło też połączenie dwóch części – pomysł, by to Batura szukał ciężarówki i jego uzasadnienie są całkiem prawdopodobne, a wprowadzenie osoby niemieckiego żołnierza z obstawy pozwala odpowiedzieć na parę pytań, które nasuwają się podczas lektury „Nowych przygód…”.


Druga część scenariusza – ta, która ostatecznie przekształciła się w „Latające machiny…” – także wygląda na papierze lepiej, niż na ekranie, choć budzi mieszane uczucia. Punkt wyjścia łączy go z pierwszą częścią – oto „Szkwał” został odremontowany i przechrzczony rękami Marty na „Krasulę”. Pan Tomasz wyrusza w rejs w poszukiwaniu autora „Złotej rękawicy” z Joanną i Piotrusiem (nazwisko Joanny pojawiło się w części pierwszej, kiedy bohater odkrył wiersz w dzienniku pokładowym). W okolicy rozpoczynają się zdjęcia do filmu, przy którym pracuje Batura.

Z pozytywów – fabuła jest raczej wierna literackiemu pierwowzorowi, zarówno jeśli chodzi o wydarzenia, jak i bohaterów. Mamy powieściową Bajeczkę, Dianę, Rogera… Jest też „Krasula”, łącznie z moją ukochaną sceną pościgu z dodatkowym żaglem. Są oczywiście Mazury. Wątek porwania przeprowadzono zgodnie z zamysłem Nienackiego, podobnie jak akcję z odszukaniem złotej rękawicy.

Z negatywów – scenariusz został mocno okrojony względem powieści, ale sądzę, że to w dużej mierze kwestia czasu projekcji i pewnie też tempa akcji. Nie ma całej części retrospektywnej, nie ma Kiki i „Notosa”, nie ma drugoplanowych postaci takich jak Wszędobylska Hanna czy chłopcy z „Rogerem”. Jako wielbicielkę pierwowzoru serce mnie boli, ale rozumiem też, że w filmie dziesięciominutowa dyskusja polegająca głównie na cytowaniu i analizowaniu fragmentów wierszy raczej by się nie sprawdziła…

źródło

A teraz trzy kluczowe różnice.

Pierwsza to fakt, że poszukiwań poety właściwie nie ma – jego nazwisko zna pan Lejwoda i ujawnia już podczas pierwszego spotkania z ekipą pana Samochodzika. W rezultacie wątkiem głównym stają się pogróżki wobec Diany i szukanie złotej rękawicy. Jak napisałam powyżej – żal, ale mam wrażenie, że ta zmiana podyktowana została względami czysto filmowymi.

Druga różnica – lotnie. Chwilami można odnieść wrażenie, że Kidawa zabrał się za ten projekt, żeby wsadzić do niego lotnie. Porywacze Diany poruszają się na motolotniach, Bajeczka z lotni podrzuca złota rękawicę, Batura ucieka z Dianą na lotni… TYLKO – wszystkie te zabiegi są kompletnie bez znaczenia dla fabuły. Są dodane wyłącznie ze względu na atrakcyjność wizualną, prawie nic nie zmieniają. Co za różnica, czy Dianę uprowadzą na lotni, czy na motorze? Pseudo-finałowa scena pościgu z latającym wehikułem też jest „na doczepkę” – powieściowe rozwiązanie z samochodami i Dianą, która sama się demaskuje, było dużo bardziej klimatyczne.

I trzecia zmiana – gościnny występ Marty. Dziewczyna nie tylko chrzci „Krasulę”, ale też bierze udział w pościgu za lotniami. Tutaj robi się wręcz komicznie, ponieważ kapitan Nemo łapie lotnię, na której znajduje się Diana… na spinning.  W ten sposób pan Tomasz może sprowadzić pannę Denver na ziemię. Mogło to wyjść ciekawie, mogło wyjść absurdalnie, trudno ocenić.

A, i jeszcze happy end – w scenariuszu pan Tomasz zaraz po otwarciu trumny ze zwłokami rycerza pędzi na ślub Lejwody i Joanny.

Co ciekawe, powtarza się sytuacja z „Niesamowitego Dworu” – pierwsza wersja scenariusza zapowiada film skierowany do nieco starszej widowni, niż uczniowie pierwszych klas podstawówki. Mamy trochę brutalności (banda Czarnego Franka posługuje się nożami i kastetami) i nawiązań kulturowych, na przykład zdanie: „stojący z tyłu partner aktorki D.D. o wyglądzie James Bonda – Roger Floor” (pisownia oryginalna). Kiedy filmowcy kręcą scenę uratowania Diany przez Rogera główny przeciwnik zakłada… sztuczne wampirze szczęki. To też znak czasów, bo u Kidawy są aluzje do Moore’a jako Bonda, a nie trochę zapomnianego w tym okresie Świętego. Dobrze wypadają słowne potyczki między Tomaszem a Baturą, pojawiają się też elementy o naturze, no cóż, erotycznej.

J. Kidawa „Latające machiny kontra Pan Samochodzik” (zbiory FINA)

Natomiast jeśli chodzi o różnice między scenariuszem a filmowymi „Latającymi machinami…” – o, jest ich więcej, niż podobieństw. Zresztą to logiczne – skoro scenariusz przypomina powieść, to musi różnić się od filmu 😉 Nie będę katować się ponownym oglądaniem tego koszmarku, więc zaznaczę tylko, że w scenariuszu pani Jagoda jest tylko gosposią Lejwody, a Borewicz się nie pojawia.


Podsumowując – już w tej wczesnej wersji Kidawa zaczynał szaleć, jednak zachował w miarę dużą zawartość pana Samochodzika w „Panu Samochodziku”. Potem… wszyscy wiedzą, co było potem.


O scenariuszu i filmie można porozmawiać na NASZYM FORUM.


Obrazek wyróżniający: https://lotnie.pl/nowa/media/kunena/attachments/65/Film2.JPG – forum o lotniach, wątek o filmie i kilka ciekawostek z planu 😉

Kilkadziesiąt fotosów i werków z filmu „Latające machiny kontra Pan Samochodzik” – tutaj

[1] Mariusz Szylak „Zbigniew Nienacki. Życie i twórczość”, Olsztyn 2008, s.167

[2] Mariusz Szylak „Zbigniew Nienacki. Życie i twórczość”, Olsztyn 2008, s.168

[3] Janusz Kidawa „Nowe przygody Pana Samochodzika (Latające machiny kontra Pan Samochodzik)”, s. 5, scenariusz w zbiorach FINA.