Raz w roku w Skiroławkach – drugie podejście do ekranizacji powieści Zbigniewa Nienackiego, część I

Dylematy twórcy scenariusza

„Raz w roku w Skiroławkach” Zbigniewa Nienackiego to powieść wielowymiarowa, swoisty patchwork wątków, postaci, a nawet gatunków literackich. Fabuła powieści nie toczy się liniowo wokół losów głównych postaci, a meandruje leniwie na boki, stawiając akcenty w coraz to różnych miejscach. Przybiera szaty moralitetu, by za chwilę przemienić się w groteskę, esej filozoficzny lub powieść zbójecką, za którą tęskni pani Basieńka, żona pisarza, jednego z bohaterów powieści. Konia z rzędem temu, kto nie gubiąc tych znaczeń potrafi przenieść takie dzieło na ekran.

Pozornie może się wydawać, że da się z tej konstrukcji odjąć wiele klocków bez istotnej szkody dla całości. Pozornie, ponieważ zabieg taki narusza chwiejną równowagę i sprawia, że powieść staje się zbyt jednoznaczna, w którymś z obranych kierunków. Otrzymujemy zatem romans, powieść kryminalną albo ludową farsę, zawsze coś pozbawionego głębi i wielowymiarowości pierwowzoru. A przecież adaptacja filmowa wymaga, żeby taki zabieg przeprowadzić.

Przede mnę trzy grube teczki, w nich trzy scenariusze, a czasu nie aż tak wiele. Od razu więc zrezygnowałem z planowanej adaptacji „Skiroławek” autorstwa Janusza Kidawy, po wstępnym rozpoznaniu odłożyłem również na bok pękatą teczkę ze scenariuszem serialu autorstwa Jana Węglowskiego. Serial wszak, jest tylko rozwinięciem fabuły tegoż autora, więc mierząc siły na zamiary, zdecydowałem się skupić na lekturze scenariusza filmu fabularnego.

Po doświadczeniach Milady z adaptacją Kidawy, do filmowych pomysłów Węglowskiego podszedłem sceptycznie. Choć  miałem też świadomość, że bardziej niż tam, sprawy schrzanić się nie da. O Janie Węglowskim nigdy wcześniej nie słyszałem, a biografia autora wskazuje, że nie ma on właściwie żadnych doświadczeń związanych z produkcją filmową. Co więcej jego profil artystyczny może rodzić ryzyko komediowego skrzywienia pierwowzoru. W biografii możemy przeczytać min:

Jan Węglowski – satyryk, radiowiec, aktor estradowy, muzyk, scenarzysta. Autor wielu tekstów satyrycznych: monologów, skeczy, mini-słuchowisk, widowisk estradowych dla dzieci, piosenek, wykonywanych głównie w radiu oraz na scenach i estradach w kraju i za granicą a także publikowanych na łamach kilku czasopism. Wieloletni współpracownik radiowej „Trójki” – a tu audycji: „Powtórka z rozrywki”, „Parafonia”, „Teraz śmieszniej” oraz Polskiego Radia we Wrocławiu (m.in. „Studia 202”). Współautor scenariusza spektaklu pt. „A kto z nami trzyma sztamy czyli Piosenki lwowskiej ulicy”, zrealizowanego i wystawianego na deskach wrocławskiego teatru „Kalambur”.

Ale reżyserować miał podobno Janusz Kijowski, który ma na koncie między innymi „Indeks” (1977), „Kung Fu” (1979) i „Stan strachu” (1989) więc była chyba szansa na przyzwoity poziom tej realizacji filmowej. Co ciekawe, byłby to dla Kijowskiego ostatni film, ponieważ po 2002 roku nic już w zasadzie nie nakręcił.

Eksplikacja autorska

Materiał, który otrzymałem składa się z trzech części: treatmentu – datowanego na 17.06.2002 roku rozpisanego pomysłu na scenariusz, zawartego na kilkunastu stronach maszynopisu czyli streszczenia fabuły, którą autor planował umieścić w scenariuszu; eksplikacji autorskiej – jednostronicowego opisu koncepcji artystycznej twórcy, w tej samej dacie oraz scenariusza, który powstał po akceptacji pomysłu w 2003 roku.

W eksplikacji autorskiej czytamy:

Adaptacja filmowa powieści Zbigniewa Nienackiego pod tym samym tytułem, w zamierzeniu ma być balladą filmową, której ramy tworzy, z jednej strony miejsce akcji – wieś Skiroławki, z drugiej – społeczność tej miejscowości, z trzeciej zaś, czas zawarty w czterech porach roku (…)

Zbiór poszczególnych scen, obrazów, ułożonych bądź chronologicznie, bądź też na zasadzie zderzenia nastrojów czy tempa akcji, wiąże po pierwsze wątek sensacyjny, po drugie wątek miłosny głównego bohatera – doktora Niegłowicza i lekarza weterynarii – pani Brygidy.

Znaczącą rolę w filmie (podobnie jak i w książce) odgrywa erotyzm, który jednakże winien być bardziej wyczuwalny, domyślny a nie dosłowny oraz – rzecz jasna – zróżnicowany. Przykładowo inaczej doktor kocha się z Justyną (stężenie pożądania), a inaczej Porwasz z Widłągową (ludowa przaśność w wymiarze komicznym) (…)

Zdecydowana większość dialogów wzięta jest z powieści. Część – w zależności od potrzeb – dopisano, ale w takiej formie, aby pasowała ona stylistycznie do całości.

Autor adaptacji celowo zrezygnował z postaci, zdarzeń lub wypowiedzi nawiązujących do ostatniej wojny światowej. Dzięki temu akcję można umieścić w obecnej rzeczywistości (…) Wątek starożytnych plemion Bartów i Baudów został pominięty ze względu na ramy czasowe filmu fabularnego. Poza tym całość jest stosunkowo wierna pierwowzorowi.

Fragment eksplikacji autorskiej do filmu pt. „Raz w roku w Skiroławkach” – Archiwum Filmoteki Narodowej

Brzmi obiecująco, prawda? Zwłaszcza ostatnie zdanie, które wydaje się dawać gwarancję, że kolejne podejście do ekranizacji „Skiroławek” będzie jednak znacznie bardziej udane od koszmarnych pomysłów Janusza Kidawy.  A później jest jeszcze lepiej.

Treatment scenariusza

Otwierają się drzwiczki terenówki Niegłowicza – cięcie – stopa mężczyzny wysiadającego z samochodu dostawczego – cięcie – nogi doktora wchodzą na ganek leśniczówki – cięcie – rozrywana bielizna ukazuje drobne kobiece piersi – cięcie – doktor wyjmuje z torby lakierki – cięcie – na białym śniegu nieruchoma postać – cięcie. Zbliżenie na buty, na torbę, na ciężkie kroki na śniegu, na drobne piersi. Wyraźnie widzę w wyobraźni te sceny.

Tak rozpoczyna się akcja filmu fabularnego „Raz do roku w Skiroławkach” (w tytule jest błędnie „do” zamiast „z”) wg pomysłu Jana Węglowskiego zaprezentowanego w treatmencie scenariusza. I przyznaję bez bicia, że ten początek cholernie mi się podoba. Akcja rozgrywa się naprzemiennie w dwóch planach, przed leśniczówką Blesy i w lesie. W pierwszym planie doktor Niegłowicz przybywa na zabawę sylwestrową w leśniczówce, w drugim zabójca z ciężarówki morduje w lesie kilkunastoletnią Haneczkę Miller. Bardzo to wszystko filmowe i fajnie pomyślane.

Dalej, zgodnie z założeniem autora, fabuła dość wiernie trzyma się książki, choć siłą rzeczy trzeba było zrezygnować z wielu pobocznych wątków. Kompozycja opowieści opiera się na porządku natury odmierzanym przez roczny cykl czterech pór roku. Najważniejsze jednak, że Węglowski nie forsuje żadnych własnych pomysłów, kręgosłup powieści został utrzymany, powieściowa jest również charakterystyka postaci.

Stary młyn w Skiroławkach gdzie wg legendy obywa się tajemniczy rytuał mieszania krwi

Przeniesienie akcji o trzydzieści lat do przodu jest mało wyczuwalne i w niczym nie szkodzi opowieści. Wydaje się zresztą uzasadnione. Trudno znaleźć wyraźny powód by trzymać się realiów lat 70 XX wieku w sytuacji, w której wiejska rzeczywistość wioski Skiroławki nie uległa w tym czasie wielkim zmianom, istotnym dla koncepcji powieści Nienackiego. Skrócony konspekt wątków, które pojawiają się w treatmencie scenariusza przedstawię w drugiej części swojego artykułu. Pozostaje jedynie żałować, że film w takim kształcie nie powstał.

Scenariusz

Zgodnie z regułami sztuki, późniejszy scenariusz powinien być zgodny z treatmentem. Niestety w tym przypadku teoria rozmija się z praktyką. Scenariusz opatrzony jest datą 4 maja 2003 roku, upłynął niemal rok od czasu opracowania treatmentu i koncepcja scenariusza ewoluowała. Jak łatwo się domyślić ewolucja nastąpiła w niepożądaną stronę. Wygląda to trochę tak jakby Węglowski dorwał gdzieś w międzyczasie scenariusz „Nocy mieszania krwi” Kidawy i postanowił wykorzystać niektóre pomysły.

Można by się oczywiście upierać, że założenia koncepcji zawarte w eksplikacji pozostają w mocy, ale rozłożenie proporcji jest już zupełnie inne. Scenariusz luźno trzyma się powieści, pojawiają się w nim bardzo istotne różnice w stosunku do pierwowzoru książkowego a także do treatmentu.

Fragment scenariusza filmu fabularnego „Raz w roku w Skiroławkach” – Archiwum Filmoteki Narodowej

Utrzymana jest zarysowana w treatmencie kompozycja scenariusza oparta na czterech porach roku (w scenariuszu serialu, każdy odcinek to kolejna pora roku). Akcja koncentruje się wokół dwóch wątków – wątku sensacyjnego związanego z zabójstwami młodych dziewcząt na tle seksualnym i poszukiwaniem mordercy oraz wątku miłosnego w trójkącie Niegłowicz, Brygida, Justyna. Ten drugi wątek wyraźnie dominuje. Brygida i jej dziecko (prawie nieobecne w książce) pojawiają się nieustannie na pierwszym planie. Z niejasnej, luźnej, pełnej sprzeczności, powieściowej relacji doktora i lekarki weterynarii zrobiono tutaj parę zakochanych, która nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności nie może się porozumieć w kwestii swoich uczuć. Mamy też wyraźną rywalizację pomiędzy Brygidą i Justyną o miejsce w sercu doktora. Wiążą się z tym rozmaite sytuacje qui pro quo, co nadaje tej relacji humorystyczny szlif. Przy czym, zdystansowany, chłodny Niegłowicz z powieści występuje tu w roli dobrotliwego wujaszka.

Ale jest też drugie oblicze doktora. Niegłowicz jako mściciel widmo. Węglowski postanowił wyostrzyć motywację tej postaci w stosunku do tego co mamy w książce. Dowiadujemy się, że jedną z zamordowanych dziewcząt była córka Niegłowicza, którą uprowadzono sześć lat wcześniej. Obsesją doktora jest więc odkrycie zabójcy i odnalezienie ciała córki.

Na pierwszoplanową postać, podobnie jak w „Nocy mieszania krwi” Janusza Kidawy” wyrasta w tej adaptacji Renata Turoń, która jest tu niewiastą znacznie bardziej rozwiązłą niż w powieści Nienackiego. Nie jest już też jedynie wczasowiczką odwiedzającą latem Widłągów, a całoroczną mieszkanką Skiroławek. Pojawia się na zabawie sylwestrowej w leśniczówce Blesy i przez resztę filmu jest ważnym ogniwem fabuły. Bardzo interesuje się legendarnym obrzędem mieszania krwi, koniecznie chce wziąć w nim udział, a w końcu sama prowokuje suto zakrapianą imprezę na Wyspie Miłości.

Zdecydowanie brakuje, tworzącej kręgosłup powieści, relacji pomiędzy doktorem Niegłowiczem, malarzem Porwaszem i pisarzem Lubińskim. Zupełnie inna jest charakterystyka tych postaci. Według scenariusza Porwasz nie jest abnegatem, a raczej sympatycznym romantykiem pałającym szczerą miłością do żony leśniczego Turleja. Znika więc na przykład wątek pani Aldony (obecny jeszcze w treatmencie) jako niepasujący do nowej osobowości malarza. Lubiński nie odgrywa żadnej istotnej roli, jedynie cały czas porusza się w tle wydarzeń.

Pojawiają się nie występujące w powieści epizody i sporo sytuacji o jednoznacznie erotycznym charakterze. Wprowadzono narratora, który z offu buduje przesiąknięty magią klimat snując opowieści o kłobuku i mgłach nad bagnami zamarzającego jeziora. Jest też zupełnie inny początek niż ten zachwalany przeze mnie w treatmencie, choć trzeba przyznać, że również posiada sporo uroku. Omówię go w drugiej części artykułu.

Odwieczny kłobuk, postać z mitologii mazurskiej

Całość zyskała wyraźny szlif komediowy, przede wszystkim w scenach z udziałem wiejskiej społeczności Skiroławek oraz epizodach erotycznych. Erotyzm w wersji ludowo przaśnej posiada wielki komiczny potencjał więc można było się tego spodziewać. Jan Węglowski to przecież satyryk.

Cóż, prawo Kopernika-Greshama w dziedzinie adaptacji filmowych sprawdza się bez zarzutu – pomysł gorszy wypiera pomysł lepszy. O ile więc bardzo chciałbym zobaczyć adaptację filmową „Skiroławek” zrealizowaną na podstawie pomysłu zawartego w treatmencie scenariusza, to sam scenariusz już mnie nie zachwyca. Sięgnę jeszcze kiedyś do scenariusza serialu, ale nie sądzę by zmieniło to mój ogląd sytuacji. Główne wątki pozostają przecież bez zmian, obudowane jedynie epizodami ubarwiającymi akcję.

O pomysłach na ekranizację powieści Zbigniewa Nienackiego pt. „Raz w roku w Skiroławkach” rozmawiamy na NASZYM FORUM. Zachęcam do wzięcia udziału w dyskusji.

Jedna uwaga do wpisu “Raz w roku w Skiroławkach – drugie podejście do ekranizacji powieści Zbigniewa Nienackiego, część I

Możliwość komentowania jest wyłączona.