Film wskoczył na platformę Amazon, więc obejrzałem.
Abstrahując od tematu, którego nie można lekceważyć, ten film jest po prostu słaby, płaski scenariuszowo i razi schematami. Miejscami jest wręcz obrzydliwy. Sceny z księdzem szczypią w oczy. Inne epatują brakiem jakiejkolwiek logiki, a wieczne łamanie linearności alternatywnymi wątkami - jak chyba we wszystkich filmach Smarzowskiego - jedynie irytuje. Podobnie jak ujęcia do kamery, które były OK dwie dekady temu, gdy powstawało pierwsze "Wesele", ale nie w 2025, czy 2026 roku.
Walenie na odlew jest znakiem rozpoznawczym Smarzowskiego. Pierwotnie może i skłaniało do refleksji, ale wielokrotnie powtarzane, zwyczajnie się przeterminowało. Tak samo jest ze spiralą przemocy w tym filmie. Zamiast wstrząsu, pojawia się zobojętnienie.
Symptomatyczne jest też to, jak szybko i radykalnie Smarzowski zmienia charakter relacji. Najpierw jest raj, a zaraz potem koszmar. Nie ma nic pośrodku. Brakuje jakichkolwiek sygnałów, że za chwilę coś może skręcić w złą stronę.
Faceci u Smarzowskiego to sadyści bez jakiegokolwiek kręgosłupa moralnego. Albo miękkie fryty. Szczególnie niebezpieczni są ci wykształceni, bo przyciągają kobiety. Na ich zgubę. Policja jest zblatowana, więc zamiast działać, probuje zmanipulować Gośkę, która jest całkowicie sparaliżowana i osaczona przez swojego oprawcę.
Grzegorz, czyli główny bohater, poza tym, że jest przemocowcem i należy nim natychmiast zainteresować organizacje zajmujące się przemocą oraz policję (a nie kumpli z miasta), wymaga pomocy psychiatrycznej. Facet nie jest normalny.
Boleję nad tym, ale jestem przekonany, że poza chwilową dyskusją, nic się nie zmieni. Dlaczego? Bo reżyser jak zwykle przesadził i część ludzi odbierze przemoc domową jako przerysowaną historię ze świata baśni. Nie chcę, żeby zabrzmiało to jak bagatelizowanie problemu, ale Smarzowski chyba we wszystkich filmach działa tak, że wyłuskuje indywiduum spod ciemnej gwiazdy, a następnie przenosi jego cechy na zbiorowość. Zwiększa skalę do tego stopnia, że przekracza granicę absurdu.
Na koniec słowo o aktorach, bo spisali się świetnie. Tomasz Schuchardt nie schodzi poniżej pewnego poziomu, ale filmem rządzi Agata Turkot. Duża klasa. Jestem pod wrażeniem.
Nie jest to film, do którego będę wracał. Z "Domów" Smarzowskiego wybieram ten zły.
Jak film pojawi się na platformie, do której będę akurat miał dostęp to go na pewno obejrzę. Generalnie, filmy Smarzowskiego męczą mnie z powodów, które opisałeś. Czyli stały schemat, problem pokazany w na maksa zbrutalizowany sposób i rozpięcie kontrastu w miejscu o najwyższej amplitudzie i jeszcze na wszelki wypadek jej przeskalowanie.
Wczoraj jakoś tak mnie wzięło i wrzuciłem sobie "Dług". Porównując do filmów Smarzowskiego, wnioski nasuwają się same. Krauze robił zupełnie inne kino. Miał całkiem inny poziom wrażliwości. Posługiwał się innym językiem. Nie przesadzał. Selekcjonował, co chce pokazać. Pominął przykładowo część tortur, jakim poddawani byli Bryliński i Sikora.
Krauze unikał niepotrzebnego epatowania przemocą, która u Smarzowskiego przelewa się z ekranu i zalewa publiczność, nie niosąc niczego poza przemocą jaką taką. Jakkolwiek to nie zabrzmi, w "Długu" jest więcej emocji, ale też kunsztu reżyserskiego. Czuje się rosnącą bezsilność i osamotnienie Adama i Stefana. Ogarniający ich strach, frustrację i zaciskającą się na ich szyjach pętlę, które siłą rzeczy nieuchronnie prowadzą do tragedii.
Inna półka.
