Forum

Teatr muzyczny
 
Notifications
Clear all

Teatr muzyczny

Strona 12 / 12

PawelK
(@pawelk)
Member Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 6005
 
Wysłany przez: @maruta

Jak zauważa autor podcastu sporo starych musicali, które uważa się obecnie za klasykę, na dzisiejszym Broadwayu nie miałoby szans. 

Może tak, na analizach ekonomicznych musicali się nie znam. Jest nadal sporo uznanych musicali na Broadway'u. Są Wicked, Mamma Mia, Moulin Rouge, Buena Vista Social Club, The Book of Mormon, Hamilton, The Lion King. Jest z czego wybierać.

Twtter is a day by day war


OdpowiedzCytat
Maruta
(@maruta)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4428
 

@pawelk 

Owszem, próżni nie ma i nie będzie, z tym że właśnie te stare przeboje blokują trochę nowe produkcje, bo to pewniaki, a do tego już się zwróciły, więc teraz nieźle zarabiają. nawet odliczając bieżące koszty. Osobiście podejrzewam, że jednym z czynników umacniających ten stan rzeczy może być turystyka. Turystów jest coraz więcej, wielu z nich szuka urozmaiconych atrakcji, a internet sprawia, że mają wiedzę o musicalowych hitach. I nie ma się co dziwić, że mogąc raz w życiu pójść na spektakl na Broadway'u wybierają "Chicago", "Hamiltona" czy "Hadestown", a nie "Redwood" czy "Dead Outlaw".


OdpowiedzCytat
PawelK
(@pawelk)
Member Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 6005
 
Wysłany przez: @maruta

I nie ma się co dziwić, że mogąc raz w życiu pójść na spektakl na Broadway'u wybierają "Chicago", "Hamiltona" czy "Hadestown", a nie "Redwood" czy "Dead Outlaw".

Oczywiście i sam też tak robię. Bo nie stać mnie na podróż i wydanie 100 dolarów, żeby pójść na coś co może okazać się klapą.

Twtter is a day by day war


OdpowiedzCytat
PawelK
(@pawelk)
Member Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 6005
 

Wybraliśmy się do Relaxu na "Hair".

Ech. No tak, to że film różni się od pierwowzoru musicalowego nie jest dziwne ale tutaj pierwsza część mi się nie spinała zupełnie z niczym. Trochę to wyglądało jak całkowity brak wątku, tylko oderwane od siebie sceny generujące kolejny utwór. Po przerwie było znacząco lepiej ale, mam kilka ale. Nawet jeśli historia w musicalu nie jest wybitna, to można na to nie zwracać uwagi jeśli wokal i taniec są bardzo dobre lub wybitne. W przypadku Relaxu, z mojego punktu widzenia, to wyglądało jak teatr amatorski, no dobrze, trochę lepiej, jak praca domowa studentów uczelni artystycznej. Dodatkowo, pewnie Yvonne będzie zdziwiona, ale zupełnie nie odpowiadało mi epatowanie wulgarnością. Może to wynika z faktu, że w języku angielskim "fuck" jest traktowane miękko, a polskie tłumaczenie "pierdolić" to grube słowo. Jeśli ktoś tłumaczy bezpośrednio i nie czuje tekstu i kontekstu, to musi wyjść źle. I wyszło.

Co było niezłe? Orkiestra stanęła na wysokości zadania.

Może jestem skrzywiony West Endem, bo prawdę mówiąc więcej musicali obejrzałem w Londynie niż w Warszawie, ale tam w większości przypadków miałem efekt wow. Tutaj tego nie odczułem.

Twtter is a day by day war


OdpowiedzCytat
Kustosz
(@kustosz)
Pan Samolocik Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 10095
 
Wysłany przez: @pawelk

Wybraliśmy się do Relaxu na "Hair".

Wygląda, że więcej ludzi na scenie niż na widowni:)

BTW, moja starsza córka nie wrodziła się w tatę i bardzo lubi teatr muzyczny. Z okazji 18-ki, w ubiegły weekend spełniła jedno ze swoich marzeń, była na "Hamiltonie" w Londynie. Iga ma świra na punkcie tego musicalu, potrafi zaśpiewać cały spektakl, wszystkie partie od początku do końca. 


OdpowiedzCytat
PawelK
(@pawelk)
Member Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 6005
 
Wysłany przez: @kustosz

Wygląda, że więcej ludzi na scenie niż na widowni:)

Nie no prawie komplet był.

Wysłany przez: @kustosz

Z okazji 18-ki, w ubiegły weekend spełniła jedno ze swoich marzeń, była na "Hamiltonie" w Londynie. Iga ma świra na punkcie tego musicalu, potrafi zaśpiewać cały spektakl, wszystkie partie od początku do końca. 

Podobno bardzo dobry musical, ale jakoś zawsze coś innego trafiamy.

Twtter is a day by day war


OdpowiedzCytat
Maruta
(@maruta)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4428
 
Wysłany przez: @kustosz

BTW, moja starsza córka nie wrodziła się w tatę i bardzo lubi teatr muzyczny. Z okazji 18-ki, w ubiegły weekend spełniła jedno ze swoich marzeń, była na "Hamiltonie" w Londynie. Iga ma świra na punkcie tego musicalu, potrafi zaśpiewać cały spektakl, wszystkie partie od początku do końca. 

Zazdroszczę córce 🙂 . Widziałam "Hamiltona" tylko jako rejestrację spektaklu, ale libretto bardzo lubię. No i to jeden z nielicznych musicali, w których dobrą polską wersję nie wierzę. Z dużo rytmów w stylu rapu, w polskim to często nie wychodzi.


OdpowiedzCytat
Maruta
(@maruta)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4428
 

Miałam nic nie pisać, ale dla porządku wrzucam parę słów:

"Rewolta" to najnowszy spektakl Teatru Muzycznego w Poznaniu. Dwie kluczowe informacje na jego temat:
1. przedstawienie ma upamiętniać wydarzenia poznańskiego Czerwca 1956, których 70 rocznica przypada w tym roku
2. ilustrację muzyczną tworzą piosenki Maanamu

Zaznaczę, że nigdy nie byłam wielką fanką Maanamu i Kory, nie znam też dobrze ich twórczości, więc nie wiem, jak "Rewoltę" odebrałby zagorzały wielbiciel tego zespołu. Dla mnie aranżacje piosenek stały na naprawdę dobrym poziomie, zarówno muzycznie, jak i wizualnie. To na pewno plus tego przedstawienia. Niestety są też minusy i to poważne.

Minus pierwszy - konwencja opowiadania. "Rewolta" ma być historią przypomnianą, opowiedzianą ze sceny... dosłownie i w przenośni. Postacie odgrywają niekiedy role narratorów, mówiąc, co się dzieje. Właśnie mówiąc, a nie tłumacząc czy komentując. Nie opowiadają o tym, czego widzowie nie widzą ani o tym, co myślą postacie, co byłoby jakoś uzasadnione. Nie, w wielu momentach wygląda to tak, że osoba pełniąca w tym momencie funkcję narratora mówi "Franek siada" podczas gdy Franek - szok! - siada. Czasem się to sprawdza, kiedy tworzy dodatkowe znaczenie albo efekt, np. humorystyczny. Niestety równie często lub nawet częściej jest sztuką dla sztuki, irytującym, sztucznym zabiegiem.

Minus drugi - fabuła. Jest (choć chwilami można się zastanawiać, czy jest) naprawdę słaba, i to nawet jak na standardy musicali, które przecież nie słyną z głębokich, dobrze napisanych historii. W "Rewolcie" to najsłabszy punkt całego spektaklu. Postacie są płaskie jak deska i płytkie jak kałuża. Relacje między nimi właściwie nie istnieją. W zapowiedziach można przeczytać:

A teraz wyobraź sobie Franka, wojennego rozbitka, który trafia w sam środek tej rzeczywistości. Przed wojną był nauczycielem gimnazjalnym, ale jako przeciwnik nowego porządku nie znalazł po wojnie miejsca w szkole. Dzisiaj to jego uczą ciężkiej, fizycznej pracy przy zakładowej maszynie. Franek nie ma z tym problemu, w jego oczach wszyscy są równi. Podobne deklaracje składają twórcy panującego ustroju. Tylko… czy na pewno tak myślą? Ci, którzy są na dole, na zawsze zostaną na dole - gorzko zauważają zakładowi bracia Franka.

Rodzonego brata miał Franek tylko jednego. Mietka.

Mietek to teraz wysoko postawiony aparatczyk. Wierzy w zmianę. Nie rozumie niezadowolenia robotników. Jak można nie chcieć pracować dla wspólnego dobra? Franek wie, że władzy nie chodzi o budowę lepszego świata, ale o to, żeby robotnik uginał się bardziej i bardziej, żeby system mógł wycisnąć z niego jak najwięcej. Obaj twardo bronią swoich stanowisk.

Twórcy Rewolty umiejscowili ten osobisty, rodzinny konflikt na tle zbiorowego oporu przeciw opresji. Inspirowana prawdziwymi losami jednej z poznańskich rodzin opowieść wykracza poza duszne wnętrze powojennego mieszkania, rozlewając się na całe miasto.

Właściwie nic z tego nie wybrzmiewa w spektaklu. Są dwaj bracia, owszem, jeden komunista, drugi nie. Ale ich spór jest czysto deklaratywny, nie znajduje odzwierciedlenia w fabule. Zresztą bracia mają tylko trzy wspólne sceny. Żadnego starcia idei, konfliktu wartości, żadnych uczuć. Ot, jeden jest komunistą, drugi nie. Los postawił ich na pewnych pozycjach, co nie ma większego związku z przekonaniami. Równie dobrze Franek i Mietek mogliby być byłymi przyjaciółmi albo sąsiadami, a nawet obcymi ludźmi. Właściwie nawet ciekawiej byłoby z Mietkiem jako jednym z dawnych uczniów Franka. Wystarczyłoby zmienić kilka zdań i już, załatwione, jednak twórcy postawili na historię niby rodzinną. W rezultacie przez większość czasu dostajemy epizodyczne sekwencje, które wydają się tylko pretekstem dla kulminacji w postaci piosenki.

I to mój główny problem z "Rewoltą" - wybranie koncepcji, która zmarnowała potencjał tematu. Otóż w drugim akcie, ukazującym historyczne wydarzenia z Czerwca 1956, pojawiają się fragmenty, które można określić jako paradokumentalne. Autorzy wykorzystują autentyczne wypowiedzi uczestników strajków, opowiadając fabułę ich słowami i uzupełniając inscenizacją. To zdecydowanie najmocniejsza część spektaklu, która chwyta za serce i budzi szczere emocje. Jednocześnie pokazuje, czym mogłaby być "Rewolta", gdyby twórcy nie uparli się, że muszą zrobić pełnoprawny musical. Gdyby całe przedstawienie składało się z elementów historyczno-wspomnieniowych i piosenek to myślę, że powstałoby dzieło o jakieś dwa-trzy poziomy lepsze niż to, co obejrzałam.


OdpowiedzCytat
Yvonne
(@yvonne)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 3850
Topic starter  

Niestety zgadzam się z Marutą

Miałam ogromne oczekiwania, a wyszłam z teatru totalnie rozczarowana. 

Każdy dobry spektakl wssysa mnie w środek opowieści, wprowadza na scenę, zostawia ślad, jest ze mną jeszcze długo po wyjściu z teatru.

Tutaj nic z tego nie miało miejsca. 

Żaden bohater mnie nie zachwycił, zabrakło relacji między braćmi stojącymi po dwóch stronach barykady, łopatologiczne mówione didaskalia irytowały strasznie.

Nawet piosenki nie uratowały tego spektaklu.

Szkoda, bo miałam nadzieję na emocje podobne do tych po obejrzeniu "Kombinatu" na tej samej scenie.

 

 

 


OdpowiedzCytat
Maruta
(@maruta)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4428
 

Nigdy nie potrafiłam odpowiedzieć na pytanie „jaki jest twój/twoja ulubiony/ulubiona książka/film/piosenka/zespół/aktor”. Nie tylko szybko uświadomiłam sobie, że owo „lubienie” to pojęcie zmienne i względne, ale też zawsze byłam zwolenniczką wielotorowości. Krótko pisząc, nie potrafię wybrać ulubionego filmu, bo różne tytuły mogą podobać mi się z różnych względów. A już kompletnie nie umiem ująć w jedną skalę dzieł z innych gatunków, krajów czy okresów. Ulubiony film? Ale dramat, kryminał, romans, western czy fantasy? A jak romans to współczesny czy klasyczny? Melodramat czy komedia? Hollywoodzki czy polski? I tak dalej…

Mimo wszystko jest jeden tytuł, który uważam za jak dotąd niedościgniony: w kategorii „Najlepszy musical” wygrywa u mnie „Jesus Christ Superstar”. Jest oczywiście „ale” – to dla mnie najlepszy musical, ALE nie widziałam jeszcze spektaklu, który w pełni oddałby jego wartość. Oglądałam trzy wersje na scenie (właściwie 2,5, ale do tego jeszcze wrócę) i ze trzy rejestracje. Żadna nie osiągnęła poziomu filmu, który w 1973 r. nakręcił Norman Jewison i który obejrzałam w polskiej TV w którąś Wielkanoc w latach 90.

To był jeden z tzw. momentów definiujących moje widzenie sztuki i kultury. Brzmi patetycznie, ale tak to właśnie wyglądało. Zawsze lubiłam musicale, oglądałam je kiedy tylko były dostępne (dziękuję, panie Kydryński 🙂 ), jednak większość traktowała warstwę muzyczno-wokalną jako… no właśnie, nie całkiem dodatek, bo dodatek można usunąć bez szkody dla dzieła. Dla musicali piosenki były czymś takim, jak żarty dla komedii – bez nich fabuła mogła pozostać właściwie bez zmian, ale to one nadawały dziełu określony charakter. W przypadku „Jesus Christ Supertar” jest inaczej. Produkcja Tima Rice’a i Andrew Lloyda Webbera to musical w całości śpiewany. No, właściwie w jakichś 99,7%, bo w finale Jezus wypowiada trzy zdania. Wszystko inne - fabuła, relacje między bohaterami, a przede wszystkim charaktery i psychika postaci – jest w piosenkach. Sprawę ułatwia fakt, że tę historię znają chyba wszyscy, z tym że to też swego rodzaju pułapka na widzów, bo JCS jest jednocześnie adaptacją i interpretacją, a chwilami reinterpretacją. Oczywiście dzisiaj podobnych oraz o wiele dalej idących dzieł powstała cała masa, więc zszokowany może być co najwyżej jakiś ortodoksyjny mnich mieszkający od urodzenia w zamkniętym klasztorze, ale w chwili premiery musical spotkał się z krytyką i protestami jako dzieło obrazoburcze (dla porównania, „Ostatnie kuszenie Chrystusa” powstało dopiero 17 lat później).

„Jesus Christ Superstar” to opowieść o ostatnim tygodniu życia Chrystusa, z dodatkiem epizodów z innych części ewangelii, jak wypędzenie kupców ze świątyni. W rzeczywistości jest to jednak historia o ludziach. Z jednej strony mamy Jezusa – bożego syna świadomego swej misji, ale też zmęczonego, wystraszonego, pełnego wątpliwości i świadomego, że dosłownie nikt go nie rozumie, nie pojmuje, kim jest i jaki ma cel. Z drugiej strony są jego zwolennicy i przeciwnicy, a właściwie każdy z nich widzi Jezusa przez pryzmat swoich lęków i pragnień. Dla Szymona Zeloty ma być on przywódcą powstania przeciwko Rzymianom. Maria Magdalena kocha go (a właściwie bardzo zwyczajnie kocha się w nim) i pragnie wzajemności, a jednocześnie jej uczucie jest oparte na wdzięczności – on jako jedyny jej nie potępia. Herod widzi w nim oszusta, członkowie Sanhedrynu zagrożenie dla swojej władzy, chorzy – cudowną maszynkę do spełniania życzeń. Tylko Piłat w proroczym śnie dostrzega kawałek prawdy, ale kiedy przychodzi co do czego umywa od niej ręce.

No i jest jeszcze Judasz, najważniejszy obok Jezusa bohater JCS. To od niego wszystko się zaczyna, to on śpiewa pierwszy i ostatni song. I to on jest chyba najbardziej skomplikowaną i tragiczną postacią, a jednocześnie kimś, kto w pewien sposób jest najbliżej Jezusa. Na czym polega paradoks Judasza? Otóż zasadniczo ma rację, a właściwie miałby rację, gdyby Jezus był człowiekiem, w co Iskariota święcie wierzy. Dla niego cieśla z Nazaretu to nauczyciel, prorok, przyjaciel, który w swej pogoni za ideą stracił kontrolę nad sytuacją i stał się zagrożeniem – dla swoich zwolenników, ale i samego siebie. Dodatkowo nie chce słuchać głosu rozsądku, postępuje wbrew swoim naukom. Zachowuje się, jakby chciał zostać męczennikiem i pociągnąć innych za sobą. Judasz próbuje temu zapobiec, najpierw bezpośrednio, potem poprzez współpracę z kapłanami. I gdyby Jezus był człowiekiem, zaślepionym własnym ego samobójczym przywódcą sekty, jakich wielu pojawiało się na kartach historii, to Judasz zostałby bohaterem. Tylko że Jezus jest Bogiem, a zdrada ucznia to niejako nieunikniony element większego planu…

Film Normana Jewisona powstał niedługo po premierze JCS na Broadwayu, niskokosztowo i eklektycznie, ale zagrało w nim prawie wszystko. Nawet ta taniość i celowa umowność, ujęta zresztą w klamrę teatru w filmie. Tym, co zasługuje na szczególne uznanie, jest obsada. JCS jest bardzo wymagający wokalnie, zwłaszcza dla odtwórców głównych ról z Jezusem na czele. Jego partie wymagają szerokich umiejętności i skali. Nieprzypadkowo pierwszym wykonawcą był Ian Gillan, wokalista Deep Purple, a w Polsce Marek Piekarczyk z TSA. Jewison (zresztą podobnie jak w kompletnie innym, cudownie klasycznym „Skrzypku na dachu”) obsadę dobrał idealnie, korzystając zresztą w dużej mierze z artystów z wersji scenicznej.

W Wielki Piątek obejrzałam polską inscenizację „Jesus Christ Superstar” w aranżacji zespołu Broadway w Polsce. Piszę „zespołu” bo jest to grupa/firma niezwiązana na stałe z żadnym teatrem. Na początku napisałam, że widziałam 2,5 przedstawień na żywo, a to dlatego, że wiele lat temu byłam na JCS w Teatrze Rampa, gdzie pracował wówczas założyciel Broadwayu… Jakub Wocial. Potem „poszedł na swoje”, ale spektakl jest w dużym stopniu kontynuacją wersji z Rampy, a nie samodzielnym dziełem.

JCS na deskach (tym razem) Sceny Relax jest dużo bardziej klasyczny niż film Jewisona, choć oczywiście o kostiumach „z epoki” nie ma mowy. Niewątpliwie były to piękne dwie godziny, niestety spektakl nie jest wolny od słabości. Pierwszym problemem było nagłośnienie - orkiestra świetna, ale zdecydowanie za głośna, nawet przy bardziej lirycznych utworach. Wokaliści często sobie z nią nie radzili. Drugi problem to niestety odtwórca roli Jezusa. Jak już pisałam, to niezwykle wymagająca rola, wokalnie, ale też artystycznie osobowościowo. Kiedyś występował w niej sam Wocial, ale trafiłam na kogoś innego. Wokalista ma talent i warunki głosowe,jednak brak mu charyzmy i wiarygodności. Nie porywał emocjonalnie, nie umiał oddać wielowymiarowości postaci. Na szczęście rekompensował to Maciej Pawlak jako Judasz. Słyszałam go w różnych utworach na yt i szczerze? Na żywo jest dużo lepszy 😉 .

Podsumowując - cieszę się, że zobaczyłam znowu JCS, chętnie poszłabym jeszcze raz, ale niestety nie jest to ta idealna wersja, która przebije film i będzie godna materiału wyjściowego. 

Obecnie JCS grają także w Toruniu, ale nowoczesna formuła (immersyjność, silent disco) jednak mnie odstrasza... 


OdpowiedzCytat
PawelK
(@pawelk)
Member Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 6005
 
Wysłany przez: @maruta

wiele lat temu byłam na JCS w Teatrze Rampa, gdzie pracował wówczas założyciel Broadwayu… Jakub Wociał. Potem „poszedł na swoje”

Muszę przyznać, że w pierwszej chwili zaintrygowałaś mnie tym, że Polak "zakładał" Broadway gdzieś na początku ubiegłego wieku i pracował w Rampie kilkanaście lat temu, dopiero po tym sprawdziłem, że chodzi o faceta, który podczepił się (bo mógł) pod nazwę Broadway i zwyczajnie nazwał swoją firmę "Broadway w Polsce Jakub Wocial" (BTW - Wocial nie Wociał).

Ja, jakoś, po "Hair" nie mam zaufania do Sceny Relax, no ale nic to, jest jeszcze parę miejsc, gdzie warto obejrzeć musical. Ale o tym, za miesiąc. 

Twtter is a day by day war


OdpowiedzCytat
Maruta
(@maruta)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4428
 
Wysłany przez: @pawelk
Wysłany przez: @maruta

wiele lat temu byłam na JCS w Teatrze Rampa, gdzie pracował wówczas założyciel Broadwayu… Jakub Wociał. Potem „poszedł na swoje”

Muszę przyznać, że w pierwszej chwili zaintrygowałaś mnie tym, że Polak "zakładał" Broadway gdzieś na początku ubiegłego wieku i pracował w Rampie kilkanaście lat temu, dopiero po tym sprawdziłem, że chodzi o faceta, który podczepił się (bo mógł) pod nazwę Broadway i zwyczajnie nazwał swoją firmę "Broadway w Polsce Jakub Wocial" (BTW - Wocial nie Wociał).

Ja, jakoś, po "Hair" nie mam zaufania do Sceny Relax, no ale nic to, jest jeszcze parę miejsc, gdzie warto obejrzeć musical. Ale o tym, za miesiąc. 

Zdanie wyżej napisałam, że chodzi o zespół/firmę, a także, że nie jest to spektakl Sceny Relax. Wociala poprawiłam, ale nadal mi nie gra to l na końcu 😉 .

Czy to znaczy, że byliście na tym "Hair"? Bo chyba tylko Teresa się chwaliła.

 


OdpowiedzCytat
PawelK
(@pawelk)
Member Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 6005
 
Wysłany przez: @maruta

Czy to znaczy, że byliście na tym "Hair"? Bo chyba tylko Teresa się chwaliła.

Byliśmy. Tutaj napisałem.

Twtter is a day by day war


OdpowiedzCytat
PawelK
(@pawelk)
Member Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 6005
 
Wysłany przez: @maruta

Zdanie wyżej napisałam, że chodzi o zespół/firmę,

No tak, później mi się to "spięło".

Twtter is a day by day war


OdpowiedzCytat
Maruta
(@maruta)
Member Moderator
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 4428
 
Wysłany przez: @pawelk
Wysłany przez: @maruta

Czy to znaczy, że byliście na tym "Hair"? Bo chyba tylko Teresa się chwaliła.

Byliśmy. Tutaj napisałem.

Rzeczywiście... Chyba wskoczyłam od razu na post Kustosza, bo widzę, że nawet odpisałam...

Ja byłam w Relaxie pierwszy raz. To, co mi się podobało (niezależnie od spektaklu) to dużo kabin w toalecie i wygodna widownia. Nawet można było w miarę swobodnie ruszać nogami 😉 . Niestety w niektórych teatrach miejsca jest tyle co w Ryanairze...

 


OdpowiedzCytat
PawelK
(@pawelk)
Member Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 6005
 
Wysłany przez: @maruta

Niestety w niektórych teatrach miejsca jest tyle co w Ryanairze...

W teatrach na West Endzie też miejsca na nogi nie jest zbyt wiele 😀 

Twtter is a day by day war


OdpowiedzCytat
PawelK
(@pawelk)
Member Admin
Dołączył: 7 lat temu
Posty: 6005
 

Przygodę czas zacząć

1776880670-20260422_1354531.jpg

Twtter is a day by day war


OdpowiedzCytat
Strona 12 / 12
Share: