Dziwny sen 2.0

Dziwny sen. Ciemna i wilgotna piwnica. Dlaczego przyjechałem do Gdańska?

Co, do cholery, się stało? Straszliwie boli mnie tył głowy. Jest tu ciemno i śmierdzi wilgocią. Chwila, muszę się skupić. Oparłem się o ścianę z kruszącej się cegły. Kilka kontrolowanych, głębokich wdechów i wydechów. Wreszcie. Przestało mi się kręcić w głowie i powoli pojawiały się obrazy.

Przyjechałem do Trójmiasta szukać zrabowanych prywatnych kolekcji zabytkowych kosztowności. Forster nie chciał powiedzieć, co tam było, podejrzewam, że sam nie wiedział, on tylko wydawał rozkazy, polscy robotnicy pod nadzorem Gestapo ukrywali skarby, a później byli likwidowani. Pewnie gestapowcy też „ginęli w akcji” jako zdrajcy Rzeszy. Pierwszym miejscem, które udało się zidentyfikować specjalistom Ministerstwa Kultury i Sztuki, była willa, w której w czasie wojny mieszkał znany w Gdańsku ginekolog, Kurt Schulemann. Jak większość wierchuszki niemieckiej w Gdańsku musiał utrzymywać dobre kontakty z władzą, bo do budowy swojej kliniki mógł wykorzystywać tanią siłę roboczą więźniów obozu w Sztutowie.

Dlaczego nie ja, wzorem moich wcześniejszych poszukiwań, analizowałem samodzielnie materiały dostarczone przez służby bezpieczeństwa? No cóż, ministerstwo się rozrasta i dyrektor Marczak niechętnie patrzy na moje, jak to nazywa, „młodzieżowe przygody”. W związku z tym wszystkie materiały na początku trafiają do grupy pracowników odpowiedzialnych za analizy, a ja dostaję oryginalne dokumenty wraz z opracowaniem stworzonym przez nich. W tym przypadku mapka nie była skomplikowana, charakterystyczny układ budynków i wiedza, że skrytka była na terenie Gdańska, szybko doprowadziła specjalistę z dziedziny kartografii do dokładnej lokalizacji budynku.

Zaopatrzony w kopie dokumentów i plan, przyjechałem wczoraj do Gdańska. Zameldowałem się w domu wypoczynkowym niedaleko od plaży w Jelitkowie, prawie na granicy Gdańska i Sopotu. Udało mi się załatwić miejsce drogą służbową, w ośrodku Narodowego Banku Polskiego. To spokojne miejsce, w którym mój wehikuł nie będzie budził ciekawości turystów, a ja będę mógł w pokoju przeczytać wszystkie pozostałe dokumenty zawierające wskazówki dotyczące innych skrytek.

Po nocy spędzonej na wertowaniu notatek dotyczących willi przy Jasnej i krótkim, niespokojnym śnie, rano szybko zjadłem śniadanie, popiłem kawą i pojechałem obejrzeć budynek, który po wojnie został zamieniony w dom mieszkalny. Klatka schodowa była otwarta. Na drzwiach do piwnicy wisiała wyłamana kłódka. „Pewnie jakiś amator przetworów”, pomyślałem.

Przekręciłem włącznik światła, ale żarówki się nie zaświeciły. Byłem przygotowany na taką sytuację, przyświeciłem sobie latarką na płaską baterię, którą kupiłem przed wyjazdem w Składnicy Harcerskiej. Schodząc po schodach, usłyszałem szuranie. „To pewnie szczury albo myszy, których pełno w piwnicach nie tylko starych, ale i nowych domów”. Nagle usłyszałem głos w języku niemieckim: „To na pewno jest tutaj, ciotka by nie kłamała”. Odwróciłem się w kierunku głosu i… poczułem uderzenie w tył głowy.

A potem – ciemność. Gęsta, lepka, jakby ktoś narzucił mi na twarz mokry koc. W tej ciemności pojawiły się obrazy, ale nie wiedziałem, czy to wspomnienia, czy sen. Widziałem korytarz oświetlony zielonkawym światłem, jakby z jakiegoś starego szpitala. Widziałem cień mężczyzny w długim płaszczu, który odwracał się do mnie, ale jego twarz była zamazana, jakby ktoś ją wymazał gumką. Widziałem też drzwi z numerem 17, które powoli się uchylały, choć nikt ich nie dotykał. A potem – trzask. Jakby ktoś złamał gałąź tuż przy moim uchu.

Nagle coś błysnęło. Gołe żarówki wiszące na drutach zabłysły mdłym światłem dwudziestek.

– Panie, a co pan tak tu siedzi? Idź pan pić do swojego domu, a nie w porządnej kamienicy po piwnicach się szlajasz. Pewnie jeszcze nasikałeś gdzieś tutaj, bo śmierdzi jak cholera!

Usłyszałem głos. Podniosłem głowę i zobaczyłem starszego pana wygrażającego mi laską. Miał na sobie sweter w romby i czapkę z daszkiem, jakby wyszedł tylko na chwilę wyrzucić śmieci, ale po drodze znalazł mnie – nieprzytomnego, z guzem na głowie, wyglądającego jak bohater taniego kryminału.

– Przepraszam, nie jestem pijany. Pracuję w Ministerstwie Kultury i Sztuki i mam tutaj zadanie do wykonania – wiem, że brzmiało to śmiesznie, ale nic więcej nie przyszło mi na szybko do głowy.

– Jakie zadanie? Urzędnicy z ministerstwa to są panowie, a nie takie łamagi w sweterku, z pokrwawionym łbem. Idź pan stąd, bo milicję wezwę – dziadek nie był przekonany do mojego wyjaśnienia.

– Chwileczkę, wszystko panu wyjaśnię – podniosłem się z podłogi. Zakręciło mi się w głowie. Dotknąłem tyłu głowy, rzeczywiście miałem chyba niewielką ranę, z której poleciała krew. Rana była niewielka, ale guz się robił coraz większy i bolało przy dotknięciu. Musiałem nieźle dostać. Po powrocie do ośrodka będę musiał zajrzeć do ambulatorium.

– Proszę, tu jest moja legitymacja, przyjechałem z Warszawy, miałem zbadać tutejsze piwnice. Pan tutaj mieszka?

– Hmmm, no rzeczywiście legitymacja, tak, ministerstwo. A czego pan tu szuka? Ja tu mieszkam od końca wojny. Tu nie ma czego szukać. Słoiki starej Szusterowej, jakieś rupiecie, nic tu nie ma.

– A miałby pan chwilkę, żeby ze mną porozmawiać? Pewnie jest tutaj jakaś cukiernia, możemy usiąść na kilka minut.

– No na chwilę to mogę. Wie pan, wnuki na wakacje jutro przyjeżdżają, muszę dla nich pokój przygotować. Rzadko tu zajeżdżają, bo córka na Śląsk się przeprowadziła, daleko mają.

– A rzeczywiście, to już wakacje. Ale ja się nie przedstawiłem, legitymację pan widział. Tomasz NN jestem.

– Stanisław Kalinowski, emerytowany kolejarz – uścisnęliśmy sobie dłonie.

– To co, idziemy na kawkę?

– Ooo nie, kawki to ja już nie pijam, wie pan, serce, ale szarlotkę chętnie zjem. Tyle mi z tego życia zostało, że słodycze mogę jeszcze. Świętej pamięci małżonka to robiła szarlotkę, ale i ta w cukierni niezła jest.

– A ta teczka to pana? Nie widziałem jej wcześniej.

Zupełnie zapomniałem o teczce z materiałami. Suwak był rozsunięty i w teczce było pusto. Ten, kto uderzył mnie w głowę, skradł wszystkie dokumenty. Ciekawe, czyżby szukali tego, co ja? Skąd mieli namiary na tę willę? Czy pozostałe skrytki też mają zidentyfikowane? A może już je znaleźli i zabrali cenne rzeczy? Wiele pytań, brak odpowiedzi. Ale przynajmniej dobrze, że wziąłem ze sobą tylko kopie dotyczące tego miejsca. Będę musiał zadzwonić do biura, żeby mi przefaksowali skradzione dokumenty.

Wyszliśmy na zewnątrz. Powietrze było chłodne, pachniało morzem i mokrym piaskiem. Słońce dopiero zaczynało się przebijać przez chmury, tworząc na niebie blade, pomarańczowe smugi. Ulica była cicha, jakby wszyscy mieszkańcy jeszcze spali, a tylko my dwaj – ja z guzem na głowie i pan Stanisław z laską – mieliśmy coś ważnego do załatwienia.

Po drodze do cukierni opowiedział mi, że piwnice były kiedyś większe, ale część zasypano po wojnie, bo podobno były tam tunele prowadzące aż pod ogród. Mówił to tonem człowieka, który nie wierzy w żadne tajemnice, ale jednocześnie pamięta zbyt wiele, by je całkiem ignorować. Wspomniał też o jakimś Niemcu, który po wojnie wracał kilka razy pod ten adres, zawsze nocą, zawsze sam. Mieszkańcy mówili, że czegoś szukał, ale nigdy nic nie znalazł.

To mnie zaniepokoiło. Jeśli ktoś wracał tu po wojnie, to znaczy, że skrytka mogła być ważniejsza, niż przypuszczałem. A jeśli teraz ktoś mnie ogłuszył i ukradł dokumenty, to znaczy, że nie jestem jedynym, który ma wskazówki.

Historia pana Stanisława. Para młodych Niemców. Kto mnie śledzi? Waldemar Batura po raz pierwszy.

Jak na emeryta z laseczką pan Stanisław zadziwiająco dziarsko maszerował do cukierni. Szedł szybkim, krótkim krokiem, jakby całe życie ćwiczył marsze na peronie, pilnując, by pociągi odjeżdżały punktualnie. Ja, z obolałą głową i lekkimi zawrotami, ledwo dotrzymywałem mu kroku. Po chwili siedzieliśmy już przy malutkim stoliku w niewielkim lokalu nieopodal willi. Pachniało świeżym ciastem, kawą i czymś jeszcze – może wanilią, może cynamonem, a może po prostu spokojem, którego tak bardzo potrzebowałem po łomocie w głowę.

Pan Stanisław poprosił o szarlotkę i herbatę, ja zamówiłem sobie wuzetkę i czarną kawę. Napoje dostaliśmy w szklankach z fikuśnymi koszyczkami zrobionymi z jakiegoś lekkiego metalu. Cukierniczka była porcelanowa, z ukruszonym uchem, ale miała w sobie coś domowego, jakby pamiętała jeszcze czasy, gdy ludzie siadali tu w garniturach i kapeluszach.

– Panie Stanisławie, jak już mówiłem, przyjechałem tutaj z ramienia Ministerstwa Kultury i Sztuki. W mojej pracy zajmuję się poszukiwaniem zabytkowych rzeczy zagrabionych i ukrytych przez hitlerowców podczas wojny – zagaiłem.

– I tych skarbów szukał pan w naszej piwniczce? – uniósł brwi. – Przecież tam nic nie ma.

– Dzięki pomocy służb specjalnych dotarliśmy do dokumentów, które wskazują to miejsce jako potencjalną skrytkę. Pewnie pan kojarzy osobę Alberta Forstera, gauleitera Gdańska. Podczas swoich rządów zagrabił mnóstwo kolekcji z prywatnych mieszkań, połasił się nawet na zabytkowe meble, które, gdy uciekał przed Armią Czerwoną, próbował zabrać ze sobą na motorówkę. Problem w tym, że chyba mnie ktoś uprzedził, bo gdy zszedłem do piwnicy, słyszałem rozmowę po niemiecku, i wtedy dostałem w głowę.

Pan Stanisław spojrzał na mnie uważnie, jakby dopiero teraz zrozumiał, że sprawa jest poważniejsza, niż mu się wydawało.

– A wie pan, że przychodziła tu jakaś para Niemców w ubiegłym tygodniu i się pytali, czy po wojnie czegoś nie znaleźliśmy – zaczął, a ja od razu poczułem, jak adrenalina podnosi mi ciśnienie. – Ja trochę znam niemiecki, bo z Wielkopolski jestem, tam na kolei pracowałem przed wojną, dużo do Rzeszy jeździłem. Konduktorem byłem. W czasie wojny na roboty mnie wywieźli, tutaj pod Celbowo, koło Pucka, u bauera robiłem. Żona z córką zostały w domu, ale tam wszystko zniszczone, a tutaj po wyzwoleniu dostałem to mieszkanie, to przyjechały do mnie. U tego bauera to przynajmniej jeść było co, a one niedożywione, to i moja Jadwiga chorowała od wojny. I tak już trzy lata sam gospodarzę. Córka na studia do Katowic pojechała, bo ona sobie wymyśliła, że geologiem będzie. Do czasu, dopóki żona żyła, to pracowałem jako portier, później na emeryturę przeszedłem. I sobie spaceruję po tym naszym Gdańsku, dopóki sił starczy. Jedyna radość to te wnuki, które na wakacje przyjeżdżają. Jeden ma dziesięć lat, drugi dwanaście. Fajne chłopaki.

Słuchałem go uważnie. Jego historia była jak wiele innych, które słyszałem od ludzi, którzy przeżyli wojnę – pełna bólu, ale opowiadana spokojnie, jakby to wszystko było czymś zwyczajnym, czymś, co po prostu trzeba było przeżyć.

– Tak, ciężkie są te historie wojenne – powiedziałem. – A ci Niemcy, co pan wspominał, to tylko raz byli? Jak wyglądali?

– Tylko raz. Przyjechali mercedesem, młoda para. Dziewczyna wysoka, szczupła, ale z twarzy niezbyt ładna, długie blond włosy, tak ze dwadzieścia pięć lat. Mężczyzna starszy, krótko ostrzyżony, sztywno się trzymał, pewnie w Hitlerjugend był za dzieciaka. Tak ze trzydzieści pięć lat miał. Mówiła do niego Fritz. W każdy kąt zaglądali. Ale jak im powiedziałem, że tu wszystko wymiecione przez ruskich było, to już nic więcej nie pytali. Pojechali sobie. Pięć marek zostawili, że to niby za to, że chciałem z nimi gadać, bo ludzie to nie chcą. Nie lubią ich tutaj. To chyba ten eneref, nie? Tutaj jest napisane bundesrepublik dojczland.

– Tak, to Niemcy Zachodnie – potwierdziłem. – A gdybym chciał jednak zbadać tę waszą piwnicę, będę mógł zajrzeć do pana, żeby mnie pan wpuścił? Te typy, które mnie uderzyły, chyba zerwały kłódkę, więc pewnie założycie nową.

– Pewnie. Pod drugim mieszkam, jak wejdzie pan do klatki schodowej, to po prawej stronie. Tylko córka jutro przyjeżdża z dzieciakami, to jakby pan mógł dopiero pojutrze przyjść, wtedy chłopaków wypuszczę na podwórko i sobie zejdziemy do piwnicy. A może i oni będą chcieli, czasami się bawili w tej piwnicy. W wojnę, rozumie pan, w wojnę się bawią.

„To nawet dobrze” – pomyślałem. – „Będę miał czas na ściągnięcie dokumentów z Warszawy”.

– A nie zna pan kogoś, kto tu mieszkał w czasie wojny? – spytałem.

– Chodzi tutaj taki, złom zbiera. On przed wojną jakimś profesorem czy doktorem był. Ale jak mu żonę z synem studentem do tego obozu sztuthof zabrali zaraz na początku wojny, to podobno w głowie mu się pomieszało. Tak ludzie mówią. Jak się z nim gada, to całkiem normalny, tylko taki zmęczony życiem, młodszy ode mnie, a wygląda jakby z osiemdziesiąt lat miał. Ostatnio go nie widziałem, to może niedługo się pojawi.

– To jakby się trafił, pan mu powie, że bym chciał z nim porozmawiać, gdzie tylko by chciał i o każdej porze.

– Pewnie. On tak do ludzi ciągnie, ale traktują go jak wariata. Coś mu tam dadzą, ale gadać nie chcą. Ja czasami z nim usiądę i wysłuchuję tych jego przedwojennych historii.

– No, to dziękuję panu. Muszę się zbierać, bo jeszcze muszę zadzwonić do Warszawy. Odprowadzę pana, bo samochód tam pod domem zostawiłem.

Po chwili staliśmy przed willą.

– To do zobaczenia, panie Stanisławie.

– Do zobaczenia. Ale przyjdzie pan pojutrze? Zaciekawiły mnie te pańskie poszukiwania.

– Oczywiście, że przyjdę.

Ruszyłem wehikułem w stronę ulicy Kartuskiej. Gdy dojechałem do skrzyżowania, we wstecznym lusterku mignął mi znaczek mercedesa. Ten, o którym mówił pan Stanisław? A może tylko podobny? Nie mogłem mieć pewności, ale coś mnie tknęło.

Po drodze zatrzymałem się obok poczty. Zamówiłem rozmowę do ministerstwa. Udało mi się szybko połączyć z sekretarką Marczaka i wyjaśnić, o co chodzi, gdzie są dokumenty i gdzie klucz do szafy. Poprosiłem, żeby przefaksowała wszystko do domu wczasowego, tam gdzie wysyłała rezerwację noclegu.

Gdy ruszałem spod poczty, znów zobaczyłem mercedesa. Tym razem nie miałem wątpliwości. Ten sam model, ten sam kolor, ten sam błysk chromu na masce, które widziałem przed wizytą na poczcie. Czyżby ktoś mnie śledził? Ci sami ludzie, którzy byli tydzień temu na Jasnej? Czy to ci sami, którzy uderzyli mnie w głowę i ukradli papiery?

Zaraz sprawdzimy.

Nie zamierzałem ujawniać specyficznych możliwości mojego samochodu, więc pomyślałem, że pojeżdżę trochę w kółko. Jeśli mnie śledzą, będą musieli się urwać albo będą musieli się ujawnić. Ruch był niewielki, więc zrobienie dwóch kółeczek bocznymi uliczkami nie nastręczało problemów, choć uliczna kwiaciarka dziwnie się na mnie patrzyła, gdy drugi raz przejeżdżałem obok jej stoiska. Gdy trzeci raz skręciłem między domy, mercedes pojechał prosto. Wiedzieli już, że ich zidentyfikowałem.

Do Jelitkowa dojechałem po dziesięciu minutach. Postawiłem samochód i poszedłem do recepcji. Faks już na mnie czekał. Podziękowałem sympatycznej recepcjonistce, poszedłem do pokoju, przebrałem się w letnie ubranie i zszedłem znów do recepcji.

– To znowu ja. Wie pani, uderzyłem się w głowę. Chyba się zraniłem, bo wyczuwam pod palcami trochę włosów zlepionych krwią. Czy jest tutaj jakieś ambulatorium?

– Niestety nie mamy ambulatorium, ale mamy apteczkę. Ja się uczę na pielęgniarkę, mogę panu zdezynfekować ranę i zobaczyć, czy nie trzeba pojechać na pogotowie.

Na szczęście rana była niewielka. Recepcjonistka-pielęgniarka wycięła mi kawałek zakrwawionych włosów, tak zgrabnie, że nic nie było widać. Zalała ranę wodą utlenioną i zaleciła zgłoszenie się do przychodni, żebym zaszczepił się na tężec. To może jutro.

Teraz czekał mnie spacer plażą do Sopotu. To tylko czterdzieści minut spokojnym krokiem. Ponieważ była już pora obiadowa, pozwoliłem sobie na smażoną rybę w barze po drodze. Później spacer po słynnym sopockim molo i wreszcie legendarny Grand Hotel.

Wszedłem do środka tylko na chwilę, żeby popatrzeć na wnętrze. Czuć było chłód marmuru, miękkość dywanów i tę charakterystyczną, trudną do opisania atmosferę miejsc, które widziały więcej, niż mówią przewodniki. Niestety z ministerialnej pensji nawet powiększonej o dietę nie stać mnie było na kawę w hotelowej kawiarni. Zajrzałem tylko do lobby, a wychodząc z hotelu zobaczyłem widok, który mnie zmroził.

Na podjeździe stało piękne BMW 1800. Z otwartego bagażnika walizkę wyciągał… Waldemar Batura. Mój kolega ze studiów. Oficjalnie handlarz antykami. Nieoficjalnie – człowiek, który potrafił znaleźć wszystko, co miało wartość, i sprzedać to każdemu, kto zapłacił.

Wycofałem się do hotelu, usiadłem na chwilę w fotelu, tak aby być tyłem do wejścia i widzieć recepcję. Gdy Waldek skierował się do recepcji, szybko wymknąłem się z budynku.

Czy przypadkowo przyjechał na wakacje do Sopotu, czy może ma tutaj jakieś interesy? A jeśli interesy – to czy przypadkiem nie te same, co ja?

Wiedziałem jedno: robi się coraz ciekawiej.

Co znalazłem w dokumentach. Ktoś wchodził do mojego pokoju? Dziwni ludzie na deptaku.

Wróciłem z Sopotu pasażem, zjadłem kolację i położyłem się spać. Po zarwanej nocy i „awarii” w piwnicy willi byłem wyczerpany. Zasnęło mi się szybko, jakby ktoś zgasił światło w mojej głowie. Obudziłem się dopiero rano, gdy przez firankę zaczęło wpadać blade, mleczne światło. Morze musiało być spokojne, bo nie słyszałem nawet szumu fal, tylko odległe nawoływania mew.

Po śniadaniu wziąłem wszystkie dokumenty, które dostałem i od służb, i od naszych fachowców. Usiadłem na leżaku na balkonie, wystawiłem nogi na barierkę i zacząłem czytać. Miałem mnóstwo materiałów – plany budowy willi, życiorysy właścicieli, projektantów, raporty z powojennych przeszukań, a nawet kopie listów Forstera. Ale nie było w tym nic, co by zwróciło moją uwagę. Nic, co by zamrugało do mnie, dało sygnał: „to jest to!”. Wszystko wyglądało jak zwykła dokumentacja, jakby ktoś specjalnie ją oczyścił z najważniejszych szczegółów.

Musiałem chwilę odpocząć. Zamknąłem papiery w szafce i zszedłem do kawiarni na kawę. Trzeba oczyścić głowę i podejść jeszcze raz do czytania. Wypiłem czarną, mocną kawę, która postawiła mnie na nogi, i wróciłem na piętro.

Przy schodach prawie wpadła na mnie wysoka blondynka. Pachniała drogimi perfumami, miała na sobie jasny płaszcz, choć było ciepło. Coś mruknęła pod nosem i zbiegła po schodach, jakby się spieszyła. Nie zdążyłem nawet zapytać, czy wszystko w porządku.

Wszedłem do pokoju i od razu poczułem zaniepokojenie. Drzwi od szafy były otwarte. Materac na łóżku przesunięty, a prześcieradło, które zawsze jest wciśnięte pod materac, wisiało niedbale. Chyba nie zostawiłem w pokoju takiego bałaganu. Szybko zajrzałem do szafki, w której schowałem dokumenty. Dobrze, że wcześniej ją zamknąłem i kluczyk zabrałem ze sobą, choć zdawałem sobie sprawę, że to nie sejf, tylko zwyczajny mebel i byle śrubokrętem da się taką szafkę otworzyć. Na szczęście nie było śladów włamania, a dokumenty leżały na miejscu, w takiej kolejności, w jakiej je zostawiłem.

Czyżby wczorajsi śledzący, mimo moich starań, mnie znaleźli? – pomyślałem. – Będę musiał bardziej uważać.

Zamknąłem drzwi do pokoju, wyjąłem dokumenty z szafki i zacząłem rozkładać je na łóżku. Oddzielnie materiały techniczne i zestawienia, oddzielnie zeznania i szkice Forstera, oddzielnie analizy naszych specjalistów. Zacznę od zeznań – stwierdziłem. Później skonfrontuję to z analizami i spróbuję wyłapać ciekawe elementy i słabe punkty. Może będzie potrzeba zadzwonienia do Warszawy, żeby z kimś porozmawiać. Dokumenty techniczne zostawię na koniec, gdy będę się zastanawiał nad miejscami, które trzeba odwiedzić.

Po dwóch godzinach znów zaczęły mi migać literki przed oczami, ale już miałem wynotowane jakieś podejrzenia. Zwróciłem uwagę na słowa, które wypowiedział Forster podczas rysowania planu Jasnej: „Najważniejsze miejsce”. Co przez to rozumiał? To miała być wskazówka, czy tylko mu się wymsknęło? A może to było coś, czego analitycy nie zauważyli, bo nie znali kontekstu? Może chodziło o coś, co tylko ktoś z zewnątrz mógł dostrzec?

Poczułem głód, pewnie też dlatego, że w powietrzu unosiły się zapachy z restauracji na parterze budynku. Zamknąłem wszystko, wraz z notatkami, w szafce i pobiegłem na obiad. Tym razem jednak nie siedziałem zapatrzony w dal, tylko uważnie obserwowałem ludzi przychodzących do restauracji i przechodzących przez hol. Zaczęło się pojawiać coraz więcej ludzi, również z dziećmi, targających ciężkie walizki. Widać, że wakacje się zaczęły. Dobrze, że ci wszyscy wczasowicze większość czasu będą spędzać na pobliskiej plaży. Nie będziemy sobie przeszkadzać.

Jeszcze dwie godzinki czytania i będzie trzeba pójść na spacer, odetchnąć świeżym, morskim powietrzem.

Skupiłem się na analizach, które przygotowali pracownicy ministerstwa. Czułem, że coś wisi w powietrzu, ale nie mogłem zidentyfikować tego czegoś. W zeznaniach było coś dziwnego, coś, co nie pasowało do reszty, ale nie potrafiłem tego uchwycić. Miałem nadzieję, że któryś z analityków to wyłapie i wyjaśni wprost. Niestety nic nie znalazłem. Trzeba będzie jeszcze raz przejrzeć zeznania. Może wieczorem, gdy będzie ciszej.

Wreszcie spacer. Już widać, że wakacje się zaczęły. Plaża, nawet po południu, pełna. Na pasażu też sporo ludzi. Zacząłem się przyglądać spacerowiczom i poczułem mrowienie na plecach.

O, na przykład ten mężczyzna z gazetą na ławeczce, ubrany w garnitur. Teraz, tutaj, w garnitur? I czytając gazetę zasłania całą twarz. Albo dalej, ten kupujący lody od lodziarza. Zaczyna mi się przyglądać. A ten, obok którego przeszedłem, podszedł do budki telefonicznej i gdzieś dzwoni.

Nieee, to niemożliwe, żeby wszyscy mnie śledzili. Zaczynam popadać w jakąś manię prześladowczą. Ale może jednak wrócę do pokoju, posiedzę sobie na balkonie. Tak będzie lepiej.

W kawiarni na dole kupiłem sobie dwie butelki oranżady i lawirując pomiędzy kolejnymi przyjezdnymi poszedłem do pokoju. Wszystko wyglądało w porządku. Otarłem pot z czoła. Chyba jestem przewrażliwiony.

I gdy rozsiadłem się wygodnie na leżaku, zadzwonił telefon. W słuchawce usłyszałem głos tej przemiłej recepcjonistki.

– Pan Tomasz NN? Gdy pana nie było, ktoś zostawił u nas w recepcji kopertę dla pana. Widziałam, że pan wracał, ale właśnie przyjechał dyrektor departamentu z Warszawy i musiałam go zameldować. Może pan ją odebrać w dowolnej chwili.

– Tak, tak – powiedziałem zdezorientowany – dziękuję bardzo, zaraz schodzę.

W recepcji czekała na mnie szara, pognieciona koperta ze starannie wykaligrafowanym moim imieniem i nazwiskiem na froncie. Odebrałem przesyłkę i wróciłem do pokoju. W środku była karteczka, na której, tym samym charakterem pisma, było napisane: „dziś, dziewiętnasta trzydzieści, molo w Sopocie”. Nic więcej.

Może jak będę wychodził, to podpytam recepcjonistkę, kto zostawił liścik. Teraz była mocno zajęta.

A ja miałem wrażenie, że właśnie zaczyna się coś, czego nie przewidziałem ani w dokumentach, ani w analizach, ani w żadnym z moich wcześniejszych śledztw.

Coś, co śmierdziało kłopotami.

Spacer do Sopotu. Dziwne spotkanie. Co można znaleźć na śmietniku.

Szybko zjadłem kolację, narzuciłem marynarkę i deptakiem pomaszerowałem do Sopotu. Trasę, którą pokonałem wczoraj spacerkiem, z przerwą na rybkę, w godzinę, dziś szybkim tempem zrobiłem w pół godziny. Powietrze było rześkie, pachniało morzem i smażoną rybą z budek przy plaży. Ludzie mijali mnie uśmiechnięci, niektórzy z ręcznikami, inni z watą cukrową, jeszcze inni z psami, które ciągnęły ich w stronę wody. Ja szedłem szybko, z głową pełną pytań.

Przy molo było sporo ludzi, ale udało mi się znaleźć ławeczkę, na której przysiadłem, czekając na tajemniczego autora listu. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, barwiąc niebo na pomarańczowo. Molo skrzypiało pod ciężarem przechodzących ludzi, a fale delikatnie uderzały o drewniane pale.

Zacząłem obserwować ludzi przesuwających się po molo, zastanawiając się, który z nich chciał się ze mną skontaktować. A może którzy?

Młody chłopak idący pod rękę z dziewczyną? Nie, teraz młodzież bazgrze jak kura pazurem, a liścik był pisany bardzo starannym charakterem. Mężczyzna stojący przy barierce i zerkający na zegarek? Wyraźnie na kogoś czeka, ale raczej nie na mnie. A może to kobieta? Ta piękna brunetka w kolorowej sukience siedząca na następnej ławeczce? Nie, właśnie podszedł do niej chłopak z lodami w wafelkach, czekała na niego, gdy on cierpliwie stał w kolejce w cukierence.

Nagle usłyszałem ciche zawołanie:

– Pst, pst, panie Tomaszu.

Zacząłem się oglądać wokół, ale nie zauważyłem wołającego.

Jeszcze raz rozległo się:

– Pst, pst, tutaj, na dole.

Spojrzałem przez barierkę molo. Na piasku stał starszy mężczyzna zupełnie niepasujący do okoliczności i czasu. Ubrany był w jasny garnitur i muchę. Tak jakby przeniósł się w czasie o trzydzieści lat i właśnie wyszedł z kasyna na krótki spacer. Stał na piasku i machał do mnie dłonią.

Ostrożnie zszedłem z molo na plażę.

– Dzień dobry, nazywam się Konstanty.

– Widzę, że pan już wie, jak ja się nazywam, ale dlaczego się pan do mnie odzywa? W czym mogę pomóc?

– To ja panu mogę pomóc.

– Taaaak? A w czym?

– W pana poszukiwaniach. Ale nie stójmy tutaj na widoku, jeszcze ktoś nas podsłucha – mężczyzna mówił przyciszonym głosem, nerwowo zerkając na boki.

– Może się przejdziemy pasażem, tam trudno będzie stale nas podsłuchiwać.

– Dobrze, kawałek podejdźmy pasażem, a później… zaprowadzę pana gdzieś.

Weszliśmy na górę i skierowaliśmy się w stronę Jelitkowa. Ludzie mijali nas, nie zwracając uwagi na starszego pana w garniturze i mnie, wyglądającego pewnie jak urzędnik na urlopie.

– Na początku proszę mi powiedzieć, skąd pan wie o poszukiwaniach i jak pan mnie znalazł. Nikomu nie mówiłem, gdzie mieszkam.

– Wczoraj wieczorem byłem na Jasnej. Pan Stanisław mi powiedział, że będzie chciał pan ze mną porozmawiać.

– Z panem? Mówił o jakimś złomiarzu.

– Ten złomiarz to ja. Garnitur ubieram na specjalne okazje. Pan Stanisław powiedział, że jeździ pan takim dziwnym samochodem, od razu mi się skojarzyło z autem, które przed południem widziałem wjeżdżające do ośrodka NBP. I tak dwa do dwóch, złożyło mi się, że prawie jesteśmy sąsiadami.

– Sąsiadami? Mieszka pan w ośrodku?

– Nie. Mieszkam w przedwojennym domu przy Bursztynowej. Trochę jest zrujnowany, ale dla mnie wystarczy. Ja wiele nie potrzebuję.

– To co ma mi pan do powiedzenia? Wie pan, czego szukam?

– Wiem. Skarbów Forstera. Tutaj było dużo szukających. Głównie na Wyspie Sobieszewskiej. Bo tam Forster miał dom, cały czas stoi. Ale ja panu prawdę powiem. Tych skarbów wcale nie ma. Prawie wszystko, co mieli, to wywieźli przez Hel do Niemiec, a resztę, czego nie udało się zabrać, to ruskie wzięli. Tam po wojnie różne służby się kręciły, naukowcy przyjeżdżali i nic nie znaleźli.

– Ale ja mam plan, który Forster narysował, i na tym planie zaznaczona jest Jasna 14.

– Rozumiem. Wie pan, kto tam mieszkał?

– Wiem, znany w Gdańsku ginekolog, Kurt Schulemann.

– Tak. Ale tam się dziwne rzeczy działy. Wszyscy wiedzą, że on brał do budowy swojej kliniki więźniów ze Stutthofu, ale nie wszyscy wiedzą, że po wybudowaniu kliniki przy Heinrich Scholtz Weg, teraz to się nazywa Powstańców Warszawskich, ściągali różnych fachowców z obozu – stolarzy, murarzy, czasami naukowców – i oni często nie wracali. A ci, co wracali, nie chcieli mówić, co robili.

– Eeee, co pan mówi. Przecież to był uznany lekarz, niemożliwe.

– Tak. To dobry lekarz był, ale w takiej klinice byli również tacy, co dla Gestapo pracowali. Pan myśli, że do budowy by mu więźniów za darmo dali? Może musiał przymknąć oko na ich obecność w klinice?

– No dobrze, ale ta klinika była kilkaset metrów od domu.

– Taaak, a wie pan, że ten Schulemann miał tunel podziemny prowadzący do domu? On sobie spacerem chodził do pracy, ale przy budowie kliniki odkryto całą sieć tuneli pod ulicami i okazało się, że jeden z nich prowadzi do jego willi. Ale były jeszcze inne tunele. Gdzie one prowadziły? Nikt nie wie.

– A skąd pan ma takie informacje? Nikt po wojnie o tym nie wiedział? Niemożliwe.

– Rozmawiałem z więźniem, który uciekł z tej budowy kliniki. Jak odkryli wejście, to natychmiast Gestapo je zamknęło. Ale ci pracujący tam więźniowie nocowali na budowie i on widział w nocy, że jacyś ludzie regularnie schodzili do podziemi.

– Pan dużo wie…

– Dopóki moja rodzina żyła, kontaktowałem się z różnymi ludźmi, żeby ich wyciągnąć z obozu. Oni opowiadali mnóstwo historii. Później, jak na adres teściowej przyszło pismo, że zmarli na zapalenie płuc, to się załamałem i przestałem się interesować.

– No dobrze. Ale w związku ze skarbami. Mówi pan, że tych skarbów, które nakradł Forster, to już nie ma. On musiał o tym wiedzieć, że wysłali je na zachód. To co wskazywał?

– Mam pewne podejrzenia. Wie pan, że Niemcy bardzo interesowali się siłami nadprzyrodzonymi, prawda? Tutaj w Gdańsku mieszkał pewien hrabia, podróżnik. Franciszek Antoni Zawistowski. On zwiedził pół świata. Był i w Azji, i w Afryce, i nawet w Ameryce Południowej. Przywoził z tych swoich wypraw różne rzeczy. Miał w domu maski i dzidy murzyńskie, szable wojowników arabskich, złote figurki z Peru, posągi Buddy, tarcze i amulety. Ja przed wojną byłem naukowcem, nie będę mówił w jakiej dziedzinie działałem, bo to nie ma znaczenia, ale bywałem tam u niego. On opowiadał niestworzone historie o niektórych swoich znaleziskach. Wie pan, że niedługo po wybuchu wojny on zniknął? I nie, nie trafił do obozu. Normalnie zniknął, jakby się rozwiał w powietrzu. I zniknęła część jego kolekcji. Pozostały same bezwartościowe ozdoby. Myślę, że Forster z Gestapo maczali w tym palce.

– A gdzie on mieszkał?

– Jego domu już nie ma. Był zbombardowany i został wyburzony. Sądzę, że coś musiało się dziać w tych tunelach. Ja znam dwa wejścia do tuneli, ale pewnie było ich znacznie więcej. Może w kamienicy hrabiego też było zejście. Moim zdaniem trzeba szukać zejścia, a później się zastanawiać, co tam może być.

Szliśmy już dłuższą chwilę, wreszcie skręciliśmy w prawo, w pobliski park. Po kilku minutach wyszliśmy na ulicę. Po przeciwnej stronie stał niegdyś przepiękny dom. Teraz obraz nędzy i rozpaczy. Urwane barierki balkonów, okna na piętrze zabite deskami.

– To tutaj. Tutaj mieszkam.

– Tu? W tej ruderze?

– Przecież mówiłem, że trochę ten dom zdewastowany.

Weszliśmy do ciemnej, wilgotnej sieni i skierowaliśmy się schodkami w dół. Pan Konstanty mieszkał w piwnicy?

– Tutaj takie pomieszczenie mieszkalne sobie zrobiłem. Wie pan, dach uszkodzony, to na piętrze cieknie woda. Tutaj niewiele trzeba, żeby się ogrzać.

Przeszliśmy wąskim korytarzykiem, potykając się po ciemku o jakieś przedmioty na podłodze, i weszliśmy do pomieszczenia wielkości połowy mojej kawalerki.

– To moje królestwo – powiedział pan Konstanty, zapalając lampkę naftową.

Pod ścianą stała mocno zniszczona wersalka, obok szafa z wieszakami, ale z urwanymi drzwiami, niewielki stoliczek na środku, a na nim właśnie ta lampka.

– Kuchenki nie mam, bo prąd odcięli już dawno. Jem to, co się uda dostać od ludzi albo kupić w sklepie, więc i herbaty panu nie zaproponuję. Przepraszam – powiedział ściszając głos, jakby mu było wstyd.

– Ale, ale… dlaczego pana tutaj ściągnąłem. Proszę popatrzeć – pan Konstanty podszedł do szafy, rozsunął wiszące na wieszakach ubrania, przesunął jakąś deseczkę w plecach szafy i wyjął coś ze zgrabnie zrobionej, w ścianie, półeczki.

– To udało mi się znaleźć, gdy likwidowano po wojnie na wpół zburzoną kamienicę hrabiego. Nieprzydatne szabrownikom, bo sprzedać się nie da – wyciągając ze szmatek książeczkę w skórzanej okładce.

– To pamiętnik hrabiego – powiedział – ale nie taki zwykły, wie pan, i nie dziennik, gdzie dokładnie się zapisuje, co się robiło, tylko notatki z niektórych ważnych wydarzeń oraz, uwaga!, rejestr znalezisk.

– Trochę te kartki zabrudzone, w niektórych miejscach rozmyte, pewnie na deszczu leżało. Czy może mi pan pożyczyć ten „pamiętnik”? Mam w pokoju szkło powiększające i dobre oświetlenie, to bym spróbował przejrzeć, czy nie ma tam czegoś interesującego.

– Tak myślałem, że może ktoś by się tym zajął. Tylko bałem się, że to będą jacyś oszuści. A skoro pan Stanisław twierdzi, że z pana porządny człowiek i pracuje pan w ministerstwie, to kogo lepszego bym mógł trafić.

– Dobrze, że pan jest ostrożny. Wygląda na to, że w tym samym miejscu ktoś jeszcze czegoś szuka. Nie sądzę, aby to byli przypadkowi ludzie. Uderzyli mnie w głowę i ukradli mi notatki związane z willą na Jasnej. Na szczęście niewiele tam było, bo przecież trafili w to samo miejsce, bez planu, który miałem.

– Tak, tak, niech pan bierze, tylko proszę uważać. I… ja pana znajdę, a w razie potrzeby proszę zostawić wiadomość u pana Stanisława. Tutaj lepiej nie przychodzić, ja wszystkich wokół znam, ale pan jest obcy.

– To ja się zabieram, bo pewnie pół nocy mi zejdzie na odszyfrowywaniu tego pamiętnika.

– Wyprowadzę pana, żeby się gdzieś pan nie potknął o moje rzeczy.

Wyszliśmy na zewnątrz. Już było ciemno. Raczej nie będę wracał przez park. Pamiętnik, zawinięty w chusteczkę, schowałem do wewnętrznej kieszeni marynarki.

– Do widzenia – powiedziałem.

– Do zobaczenia wkrótce.

A ja ruszyłem w stronę ośrodka, czując, że w mojej kieszeni leży coś, co może zmienić cały bieg tej sprawy.

Co znalazłem w notatkach hrabiego. Czy hrabia zniknął? Waldemar Batura po raz drugi.

Dystans dzielący mnie od ośrodka prawie przebiegłem. Było już dość późno, a ja nie chciałem, żeby ktoś mnie zaczepił na ulicy. Po rozmowie z Konstantym miałem wrażenie, że każdy cień może kryć obserwatora, a każdy mijany przechodzień może być kimś, kto wie o mnie więcej, niż powinien. Pamiętnik hrabiego ciążył mi w kieszeni marynarki jak kamień.

W ośrodku w kawiarni siedziały jeszcze niedobitki wczasowiczów, którzy dziś przyjechali. Pozostali pewnie już spali, zmęczeni po podróży. Dobrze. Nie będzie mi przeszkadzało towarzystwo wracające w środku nocy do pokoi. Przeszedłem obok nich, starając się wyglądać jak zwykły urlopowicz, który wrócił z wieczornego spaceru. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi.

W pokoju przebrałem się w pidżamę, wyjąłem notes, kilka ołówków, szkło powiększające. Ustawiłem lampkę nocną tak, żeby dobrze doświetlała przeglądane notatki, i zabrałem się do roboty. Pamiętnik pachniał kurzem, starym papierem i czymś jeszcze – może wilgocią piwnicy, w której przeleżał tyle lat. Czułem, że trzymam w rękach coś, co nie powinno było przetrwać wojny.

Notatki zaczynały się od sierpnia 1939 roku. Prawdopodobnie była to kolejna część pamiętnika, bo pierwsze zdanie brzmiało: „Powrót z Mongolii”. To właśnie w sierpniu Zawistowski wrócił ze swojej ostatniej wyprawy do Mongolii. Wracał koleją transsyberyjską z Ułan-Ude. Trasa z Władywostoku do Moskwy została otwarta dopiero w 1930 roku, więc dla podróżników w 1939 to była wciąż nowość. Pewnie poprzednia część pamiętnika zakończyła się przyjazdem do Moskwy.

W Moskwie hrabia zatrzymał się na chwilę i został odebrany przez kierowcę, z którym kilka dni podróżował samochodem do Gdańska. Sama podróż prawdopodobnie nie była ciekawa, bo do czasu przyjazdu do Gdańska nie było żadnych notatek. Dopiero po powrocie zaczęły się wpisy – krótkie, rzeczowe, ale pełne emocji, które przebijały przez elegancki, staranny charakter pisma.

Kolejne notatki dotyczyły wypakowywania „zdobyczy” przywiezionych z Mongolii. Według zapisków hrabia przywiózł trzy skrzynie „pamiątek”. Jedna skrzynia zawierała „kości dinozaurów” znalezione na pustyni Gobi, a dwie skrzynie – rzeczy kupione na targach i od szamanów plemion, których obozy odwiedził podczas podróży.

Szczegółowa inwentaryzacja zajmowała cztery strony pamiętnika. Niestety część była zalana jakimś płynem, pewnie deszcz dostał się do skrytki, w której pamiętnik leżał po bombardowaniu. Jedna strona była przedarta, jakby ktoś próbował ją wyrwać, ale zrezygnował w połowie. To, co mnie zaciekawiło najbardziej, to wpis o ojrackim amulecie. Zawistowski podkreślił go dwa razy i dopisał obok: „zbadać moc”.

W okresie międzywojennym spora część wysokich sfer interesowała się okultyzmem, a wiara w duchy była traktowana poważnie. Czarna i biała magia, życie po śmierci – to nie były tematy dla naiwnych. Poważni naukowcy i autorzy książek angażowali się w analizy tych obszarów. Dlaczego więc podróżnik nie miałby wierzyć w moc amuletu?

Gwałtownym ruchem odłożyłem pamiętnik na blat, bo chciałem włączyć grzałkę, żeby zrobić sobie herbatę. Wtedy spomiędzy kartek wysunął się skrawek papieru i lekko unosząc się w powietrzu, spłynął na podłogę. Podniosłem go. Z jednej strony widniał napis „Hotel Excelsior”, z drugiej – „von Hagen”.

Co to miało znaczyć? Gdzie był Hotel Excelsior? Kim był – lub była – osoba o nazwisku von Hagen? Dlaczego hrabia przechowywał taką karteczkę w pamiętniku? Odłożyłem ją na bok. Może dalsza treść pamiętnika wyjaśni tę zagadkę. A może to tylko przypadkowy świstek, który zaplątał się między strony.

Wróciłem do lektury.

Kolejne wpisy były coraz bardziej chaotyczne. Zawistowski pisał o dziwnych snach, które nawiedzały go po powrocie. O głosach, które słyszał nocami. O tym, że amulet „drży w dłoni”, gdy go dotyka. Początkowo myślałem, że to metafora, ale im dalej czytałem, tym bardziej miałem wrażenie, że hrabia naprawdę wierzył, że przedmiot ma jakąś moc.

W jednym z wpisów zanotował:

„Dziś znów widziałem światło pod podłogą. Jakby ktoś chodził w tunelu. Muszę sprawdzić, czy wejście jest nadal drożne.”

Tunel. Konstanty mówił prawdę.

W innym miejscu:

„Von Hagen nalega, bym pokazał mu amulet. Nie mogę. Jeszcze nie teraz.”

A potem:

„Spotkanie w Excelsiorze nie doszło do skutku. Ktoś nas śledził.”

Zacząłem czuć, jak włosy stają mi dęba. To wszystko brzmiało jak początek kryminału – albo horroru.

Przerzuciłem kilka stron. Ostatnie wpisy były coraz krótsze, jakby hrabia pisał w pośpiechu.

„Nie mogę wrócić do domu. Oni tam są.”

„Amulet musi zostać ukryty.”

„Jeśli ktoś to czyta – nie ufajcie von Hagenowi.”

A potem – nic. Pamiętnik kończył się nagle, jakby ktoś wyrwał resztę kartek.

Czy hrabia zniknął? Czy uciekł? Czy został porwany? A może… Konstanty miał rację i „rozwiał się w powietrzu”?

Zamknąłem pamiętnik i odchyliłem się na krześle. Czułem, że wchodzę w coś, co wykracza poza zwykłe poszukiwania zrabowanych kosztowności. Tunel, amulet, tajemniczy von Hagen, Hotel Excelsior… To wszystko zaczynało układać się w historię, która nie miała prawa wydarzyć się naprawdę.

I wtedy – ktoś zapukał do drzwi.

Zamarłem. Była prawie północ. Kto mógł mnie odwiedzić o tej porze?

– Tomasz? – usłyszałem znajomy głos.

Waldemar Batura.

Otworzyłem drzwi tylko na szerokość dłoni. Batura stał na korytarzu w eleganckiej koszuli, nonszalancko oparty o framugę. Pachniał wodą kolońską i kłopotami.

– Mogę wejść? – zapytał, uśmiechając się jak kot, który właśnie znalazł miskę śmietany.

– Jest późno – odpowiedziałem chłodno.

– Wiem. Ale widzisz… – spojrzał mi prosto w oczy – …musimy porozmawiać. O pewnym pamiętniku. I o pewnym amulecie.

Serce mi zamarło.

Skąd on wiedział?

– Nie udawaj, Tomaszu – dodał cicho. – Wiem, że go masz. I wiem, że nie jesteś tu na wakacjach.

Zrobił krok w moją stronę.

– A teraz – powiedział – albo mnie wpuszczasz, albo zrobi się naprawdę nieprzyjemnie.

W tym momencie zrozumiałem, że gra weszła na zupełnie inny poziom. Że nie chodzi już tylko o skarby Forstera, ani o tunele pod Gdańskiem. Że ktoś – może von Hagen, może Niemcy, może ktoś jeszcze – szukał czegoś, co hrabia przywiózł z Mongolii.

A Batura… Batura najwyraźniej grał w tej samej drużynie.

Tylko w której w rzeczywistości? On potrafił grać na dwa fronty.

I czy ja właśnie nie otwierałem drzwi człowiekowi, który mógł mnie zaprowadzić prosto w pułapkę?

Amulet. Zniknięcie hrabiego. Von Hagen. Batura wraca. 

Stałem w drzwiach, trzymając klamkę tak mocno, że aż pobielały mi knykcie. Batura patrzył na mnie z tym swoim charakterystycznym półuśmieszkiem, który zawsze oznaczał jedno: on wie więcej, niż mówi. I że to, co powie za chwilę, nie będzie dla mnie dobre.

– No, Tomaszu – powiedział, przechylając głowę. – Wpuścisz mnie, czy będziemy tak stać jak dwaj amatorzy szachów, którzy nie wiedzą, jak ruszyć pionkiem?

Nie chciałem go wpuszczać. Wszystko we mnie krzyczało, że to zły pomysł. Ale jednocześnie wiedziałem, że jeśli go nie wpuszczę, to i tak znajdzie sposób, żeby dostać to, czego chce. A ja nie miałem ochoty na awanturę na korytarzu ośrodka NBP, zwłaszcza przy pełnym obłożeniu.

Odsunąłem się od drzwi.

– Tylko na chwilę – powiedziałem.

– Oczywiście – odparł z udawaną uprzejmością i wszedł do środka, jakby to był jego pokój.

Rozejrzał się szybko, jednym spojrzeniem ogarniając łóżko, biurko, lampkę, a przede wszystkim pamiętnik leżący na blacie. Podszedł do niego bez pytania.

– A więc to jest słynny pamiętnik hrabiego Zawistowskiego – mruknął. – Wiesz, Tomaszu, nie doceniłem cię. Myślałem, że przyjechałeś tu jak zwykle, żeby pobawić się w Indianę Jonesa, ale widzę, że tym razem trafiłeś na coś poważniejszego.

– Skąd wiesz o pamiętniku? – zapytałem, choć wiedziałem, że nie odpowie.

– Mam swoje źródła – odparł, wzruszając ramionami. – A teraz powiedz mi, co w nim znalazłeś.

– Nic, co by cię interesowało.

– O, wręcz przeciwnie – powiedział, odwracając się do mnie. – Interesuje mnie wszystko, co dotyczy amuletu.

Serce mi zamarło.

– Skąd wiesz o amulecie?

– Tomaszu, Tomaszu… – westchnął teatralnie. – Myślisz, że tylko ty masz dostęp do dokumentów? Że tylko ty rozmawiasz z ludźmi? Że tylko ty potrafisz łączyć fakty? Ten amulet to nie jest zwykła pamiątka z Mongolii. On ma wartość. I to nie tylko historyczną.

– Nie ma żadnej wartości – skłamałem.

– A jednak hrabia podkreślił go dwa razy – odparł, wskazując na pamiętnik. – I dopisał „zbadać moc”. A hrabia nie był człowiekiem, który podkreślał byle co.

Zrobił krok w moją stronę.

– Gdzie on jest?

– Nie wiem.

– Tomaszu – powiedział cicho, a jego głos stracił udawaną uprzejmość. – Nie rób ze mnie idioty. Wiem, że Konstanty coś ci dał. Wiem, że to zabrałeś. I wiem, że to masz.

– Konstanty dał mi tylko pamiętnik.

– A ja mam uwierzyć, że człowiek, który przez trzydzieści lat mieszka w piwnicy, trzymając w szafie tajemnice połowy Gdańska, oddał ci tylko pamiętnik? – Batura parsknął śmiechem. – On wie więcej. I ty też już wiesz.

Zrobił kolejny krok. Był już tak blisko, że czułem zapach jego wody kolońskiej.

– Oddaj mi amulet, Tomaszu.

– Nie mam go.

– W takim razie… – Batura sięgnął do kieszeni marynarki – …będę musiał poszukać sam.

W tej samej chwili rozległo się pukanie do drzwi.

Obaj zamarliśmy.

– Panie Tomaszu? – usłyszałem głos recepcjonistki. – Czy wszystko w porządku? Ktoś widział, że ma pan gościa…

Batura spojrzał na mnie ostrzegawczo. Ja spojrzałem na drzwi.

– Tak, wszystko w porządku! – zawołałem. – Już kończymy rozmowę!

– Dobrze, tylko proszę pamiętać, że jest cisza nocna.

Usłyszeliśmy jej kroki oddalające się korytarzem.

Batura odczekał kilka sekund, po czym odwrócił się do mnie z chłodnym uśmiechem.

– Nie będę robił scen – powiedział. – Ale to nie koniec. Spotkamy się jeszcze. I wtedy będę mniej uprzejmy.

Ruszył do drzwi, ale zatrzymał się w progu.

– A, i jeszcze jedno – dodał. – Uważaj na Niemców. Nie są tak cierpliwi jak ja.

Zamknął za sobą drzwi.

Usiadłem na łóżku, czując, jak nogi mi drżą. Batura wiedział o amulecie. Wiedział o pamiętniku. Wiedział o Konstantym. To oznaczało jedno: ktoś obserwował mnie od samego początku. Może nawet od Warszawy.

Wziąłem pamiętnik i wróciłem do miejsca, gdzie skończyłem czytać. Ostatnie wpisy hrabiego były coraz bardziej niespokojne. Pisał o tym, że amulet „świeci w ciemności”, że „ktoś go woła”, że „von Hagen nie może go dostać”.

A potem natrafiłem na coś, co sprawiło, że aż wstrzymałem oddech.

„Jeśli amulet trafi w niepowołane ręce, otworzy to drogę. Nie wolno do tego dopuścić.”

Drogę? Jaką drogę? Dokąd?

Przerzuciłem stronę.

„Ukryłem go tam, gdzie nikt nie będzie szukał. W miejscu, które zna tylko ten, kto zna historię miasta.”

A pod spodem, drobnym pismem:

„Jasna 14.”

Poczułem, jak serce zaczyna mi bić szybciej. A więc amulet był w willi Schulemanna. I to nie przypadek, że Forster zaznaczył to miejsce na mapie. Nie chodziło o skarby. Chodziło o amulet.

I wtedy zrozumiałem coś jeszcze.

Jeśli Batura wiedział o amulecie, to znaczy, że Niemcy też wiedzieli.

A jeśli Niemcy wiedzieli…

To znaczy, że nie mam dużo czasu.

Zamknąłem pamiętnik i schowałem go pod poduszkę. Musiałem działać szybko. Jutro miałem spotkać się ze Stanisławem i zejść do piwnicy. Jeśli amulet naprawdę był tam ukryty, to musiałem go znaleźć, zanim zrobi to ktoś inny.

Zgasiłem lampkę i położyłem się, ale sen nie przychodził. W głowie miałem tylko jedno słowo:

Amulet.

A pod nim – trzy nazwiska, które zaczynały układać się w niebezpieczną układankę:

Zawistowski.

Von Hagen.

Batura.

I jeszcze jedno, które dopiero miało się pojawić:

Ten, kto naprawdę szuka.

Zasnęło mi się dopiero nad ranem. A kiedy obudziłem się kilka godzin później, wiedziałem jedno:

Dziś zacznie się prawdziwa gra.

I nie będzie w niej miejsca na błędy.

Wejście do tunelu. Jasna 14. Niemcy wracają. Pierwszy krok w ciemność.

Rano obudziłem się z uczuciem, jakby ktoś przez całą noc siedział na mojej klatce piersiowej. Sen był płytki, rwany, pełen obrazów, które nie miały prawa istnieć: światła pod podłogą, twarz hrabiego Zawistowskiego znikająca w mgle, amulet świecący jak żarzący się węgiel. A między tym wszystkim — sylwetka Waldemara Batury, stojącego w drzwiach mojego pokoju, z tym swoim uśmiechem człowieka, który wie, że ma przewagę.

Wstałem, napiłem się wody i spojrzałem na zegarek. Była ósma. Za godzinę miałem być u pana Stanisława. Dziś mieliśmy zejść do piwnicy. Dziś miałem zobaczyć, czy słowa hrabiego o „najważniejszym miejscu” i „ukryciu amuletu” były tylko majaczeniem człowieka zmęczonego podróżami… czy też czymś więcej.

Zjadłem szybkie śniadanie, zabrałem pamiętnik, notatki i latarkę. Wychodząc z ośrodka, rozejrzałem się uważnie. Nie widziałem mercedesa. Nie widziałem Batury. Ale to nic nie znaczyło. Jeśli ktoś chciał mnie obserwować, robił to lepiej niż wczoraj.

Droga na Jasną była krótka. Słońce dopiero zaczynało się przebijać przez chmury, a powietrze pachniało świeżym chlebem z pobliskiej piekarni. Gdy wszedłem na podwórko willi, zobaczyłem pana Stanisława stojącego przy ławce, z kubkiem herbaty w ręku.

– O, pan Tomasz! – zawołał. – Chłopaki już na podwórku, córka poszła do sklepu. Możemy schodzić.

Dwaj chłopcy, jego wnuki, biegali po trawie, udając żołnierzy. Jeden miał kijek udający karabin, drugi hełm zrobiony z garnka. Gdy przechodziliśmy obok, zasalutowali mi z powagą, która rozbroiła mnie bardziej niż jakiekolwiek pytania Batury.

– To tutaj – powiedział pan Stanisław, otwierając drzwi do piwnicy. – Tylko proszę uważać, bo schody krzywe.

Zeszliśmy na dół. Zapach wilgoci uderzył mnie w twarz, ale tym razem byłem przygotowany. Włączyłem latarkę. Światło przecięło ciemność jak nóż.

– No i co pan chce tu znaleźć? – zapytał pan Stanisław, opierając się o laskę.

– Jeszcze nie wiem – odpowiedziałem. – Ale hrabia Zawistowski twierdził, że coś tu ukryto.

– Hrabia? – zdziwił się. – Ten podróżnik? To on tu bywał?

– Nie wiem, czy bywał. Ale wiem, że coś wiedział o tym miejscu.

Przeszedłem wzdłuż ściany, oświetlając cegły. Wszystko wyglądało zwyczajnie: stare słoiki, pajęczyny, resztki węgla. Ale pamiętnik mówił wyraźnie: „Jasna 14”. I „najważniejsze miejsce”.

Zatrzymałem się przy jednej ze ścian. Cegły były inne — bardziej wypłowiałe, jakby ktoś je kiedyś wyjmował i wkładał z powrotem.

– Panie Stanisławie – powiedziałem. – Czy ta ściana była kiedyś ruszana?

– Ta? – podrapał się po głowie. – A skąd ja mam wiedzieć. Ja tu mieszkam od czterdziestego piątego, ale piwnice to rzadko kto ruszał. Chyba że Szusterowa, jak robiła przetwory.

Dotknąłem cegły. Była chłodna, ale… poruszyła się. Delikatnie, ledwie wyczuwalnie, ale jednak.

– Proszę latarkę – powiedziałem.

Pan Stanisław podał mi ją bez słowa.

Oświetliłem krawędź cegły. W szczelinie zobaczyłem coś, czego nie powinno tam być: metalowy uchwyt, zardzewiały, ale wciąż wyraźny.

– Co to jest? – zapytał pan Stanisław, pochylając się.

– Wygląda jak haczyk – odpowiedziałem.

Wsunąłem palce w szczelinę i pociągnąłem. Cegła wysunęła się jak szuflada. Za nią była kolejna. I kolejna. Po chwili w ścianie pojawił się otwór wielkości dużej walizki.

A za nim – ciemność.

Nie zwykła ciemność piwnicy. Ciemność głębsza, gęstsza, jakby pochodziła z miejsca, które od dawna nie widziało światła.

– Panie Tomaszu… – wyszeptał pan Stanisław. – Co to jest?

– Wejście – odpowiedziałem. – Do tunelu.

Wsunąłem latarkę do środka. Światło padło na wąski korytarz wykopany w ziemi i obmurowany cegłami. Wyglądał na bardzo stary. Może przedwojenny. Może jeszcze starszy.

– Ja tu nie wchodzę – powiedział pan Stanisław, cofając się o krok. – Mam wnuki na głowie. Ale pan… pan chyba musi.

– Tak – odparłem. – Muszę.

Wziąłem głęboki oddech i wsunąłem się do środka. Tunel był niski, musiałem się pochylić. Pachniało stęchlizną, kurzem i czymś jeszcze – jakby starym dymem. Po kilku metrach usłyszałem za sobą głos pana Stanisława:

– Jakby co, to krzycz pan! Mimo wszystko przyjdę!

Uśmiechnąłem się pod nosem.

Tunel skręcał lekko w prawo. Po chwili zauważyłem coś na ziemi. Podniosłem to. Był to kawałek drewna, gładki, jakby ktoś go długo trzymał w dłoni. A na nim – wyryty symbol. Okrąg przecięty trzema liniami.

Znałem ten symbol.

Był w pamiętniku hrabiego. Obok wpisu o amulecie.

„Znak Ojracki. Symbol przejścia.”

Przełknąłem ślinę i ruszyłem dalej.

Tunel rozszerzył się po kilku metrach, tworząc niewielką komorę. Na środku stała skrzynka. Drewniana, z metalowymi okuciami. Wyglądała na nietkniętą od lat.

Zbliżyłem się do niej powoli, jakby mogła wybuchnąć. Kucnąłem i dotknąłem wieka. Było zimne.

Otworzyłem skrzynkę.

W środku leżał woreczek z ciemnego materiału. Zawiązany na supeł. Wziąłem go do ręki. Był cięższy, niż się spodziewałem.

Rozwiązałem supeł.

Woreczek rozchylił się.

I wtedy zobaczyłem go.

Amulet.

Był większy, niż sobie wyobrażałem. Okrągły, wykonany z jakiegoś metalu, który nie przypominał niczego, co widziałem wcześniej. Na powierzchni wyryto symbole – te same, które widziałem w pamiętniku. A w środku… w środku tkwił kamień. Ciemny, prawie czarny, ale gdy poruszyłem amuletem, przez kamień przebiegł błękitny błysk.

Jakby coś w nim żyło.

Jakby coś się obudziło.

W tej samej chwili usłyszałem za sobą dźwięk.

Cichy.

Metaliczny.

Jakby ktoś odbezpieczał pistolet.

Odwróciłem się powoli.

W wejściu do komory stał mężczyzna.

Krótko ostrzyżony.

Sztywny.

Zimny.

Ten sam, którego opisał pan Stanisław.

Niemiec.

A obok niego – blondynka z korytarza ośrodka.

– Herr Tomasz – powiedział mężczyzna. – Proszę oddać amulet.

Blondynka uśmiechnęła się lekko.

– Fritz nie lubi, kiedy ktoś go ignoruje – powiedziała po polsku, z lekkim akcentem.

A ja stałem tam, w ciemności tunelu, z amuletem w dłoni, i wiedziałem jedno:

To będzie długi dzień.

Ucieczka tunelem. Pościg w ciemności. Pierwsze działanie amuletu. Ktoś jeszcze w podziemiach.

Fritz stał w wejściu do komory, blokując jedyną drogę powrotną. Blondynka obok niego uśmiechała się lekko, jakby to wszystko było tylko zabawną scenką, a nie sytuacją, w której mogłem stracić życie. W tunelu panowała cisza tak gęsta, że słyszałem własny oddech odbijający się od ścian.

– Herr Tomasz – powtórzył Fritz, wyciągając rękę. – Amulet.

Ścisnąłem go mocniej. Czułem pod palcami chłód metalu, ale też coś jeszcze — jakby delikatne pulsowanie, jakby amulet oddychał. W pamiętniku hrabiego było zdanie: „Kamień budzi się tylko w obecności zagrożenia”. Wtedy uznałem to za metaforę. Teraz nie byłem już taki pewien.

– Nie mam zamiaru go oddać – powiedziałem, starając się, by mój głos brzmiał pewnie.

Blondynka westchnęła teatralnie.

– Fritz, mówiłam ci, że on będzie uparty.

– Upór nie jest problemem – odparł Fritz, sięgając do kieszeni.

Zobaczyłem błysk metalu.

Pistolet.

Nie miałem czasu na myślenie. Rzuciłem się w bok, przewracając skrzynkę, która z hukiem uderzyła o ścianę. W tej samej chwili rozległ się strzał. Kula odbiła się od cegły, sypiąc mi na głowę pył.

– Lauf! – krzyknął Fritz.

Nie czekałem na powtórkę. Wybiegłem z komory w przeciwnym kierunku, w głąb tunelu. Latarka drżała w mojej dłoni, rzucając chaotyczne cienie na ściany. Tunel skręcał, zwężał się, potem znów rozszerzał. Słyszałem za sobą kroki. Szybkie, zdecydowane. Fritz nie był typem, który się męczy.

Tunel prowadził w dół. Ziemia pod stopami była śliska, jakby ktoś niedawno tędy przechodził. Może Konstanty? A może… ktoś inny?

Nagle poczułem, że amulet w mojej dłoni robi się gorący. Nie parzył, ale pulsował coraz mocniej, jakby reagował na coś w tunelu. Albo na kogoś.

Skręciłem w lewo, potem w prawo. Kroki za mną były coraz bliżej. Blondynka krzyczała coś po niemiecku, ale echo zniekształcało jej słowa. Wbiegłem do większej komory. Była pusta, tylko na środku stał stary, zardzewiały wózek górniczy.

I wtedy zobaczyłem coś, co sprawiło, że serce mi zamarło.

Na ziemi leżała laska.

Nie byle jaka. Drewniana, z metalową końcówką.

Laska Konstantego.

– Nie… – wyszeptałem.

Czy on tu był? Czy go złapali? Czy…?

Nie miałem czasu na dokończenie myśli. Fritz wpadł do komory jak taran. Blondynka tuż za nim.

– Ende – powiedział Fritz, celując we mnie.

I wtedy stało się coś dziwnego.

Amulet w mojej dłoni rozbłysnął.

Nie mocno. Nie jak latarka. Raczej jak żarzący się węgiel, który nagle dostaje powietrza. Błękitny blask rozlał się po mojej dłoni, po ścianach, po suficie. Fritz cofnął się o krok, jakby ktoś go uderzył.

– Was ist das?! – krzyknął.

Blondynka zasłoniła oczy.

A ja… ja poczułem, że coś mnie ciągnie. Nie fizycznie. Raczej jakby amulet wskazywał kierunek. Obróciłem się. W ścianie, za wózkiem, zobaczyłem szczelinę. Wąską, ledwie widoczną. Gdyby nie blask amuletu, nigdy bym jej nie zauważył.

Bez zastanowienia rzuciłem się w stronę szczeliny. Wcisnąłem się w nią bokiem. Kamienie drapały mnie po ramionach, ale nie zwracałem na to uwagi. Za mną rozległ się kolejny strzał. Kula odbiła się od ściany tuż obok mojej głowy.

– Halt! – wrzasnął Fritz.

Nie zamierzałem się zatrzymywać.

Szczelina prowadziła do kolejnego tunelu. Wąskiego, krętego, jakby wykopanego ręcznie. Biegłem, potykając się, ocierając o ściany. Amulet świecił coraz mocniej, jakby prowadził mnie w głąb labiryntu.

Po kilku minutach usłyszałem coś nowego.

Nie kroki.

Nie krzyki.

Coś jak… szum.

Jakby woda.

Tunel zaczął opadać. Ziemia była mokra. Po chwili zobaczyłem przed sobą błysk światła. Nie niebieskiego, jak z amuletu. Naturalnego. Żółtawego.

Wybiegłem z tunelu i znalazłem się w ogromnej podziemnej komorze. Sufit był wysoki, podparty drewnianymi belkami. W rogu stała stara pompa wodna, zardzewiała, ale wciąż działająca — to ona wydawała ten szum.

A obok niej… ktoś siedział.

Zgarbiona sylwetka.

Znajoma.

– Konstanty?! – zawołałem.

Mężczyzna podniósł głowę. Wyglądał na wyczerpanego, ale żywego.

– Wiedziałem, że pan tu trafi – powiedział słabym głosem. – Amulet pana prowadził.

– Co się stało? – zapytałem, podbiegając do niego.

– Niemcy… byli szybsi. Musiałem uciekać. Ale… – wskazał na tunel za sobą – …to nie jedyna droga.

Za nami rozległ się krzyk blondynki.

– Sie sind hier! Fritz, schnell!

Konstanty złapał mnie za rękę.

– Słuchaj pan. Ten tunel prowadzi dalej. Do starego kanału burzowego. Wyjdzie pan przy Potoku Oliwskim. Ale musi pan biec. Oni nie mogą dostać amuletu. Nigdy.

– A pan?

– Ja ich zatrzymam. Choćby na chwilę.

– Nie! – zaprotestowałem.

– Panie Tomaszu – powiedział, patrząc mi prosto w oczy – ja już swoje życie przeżyłem. Pan jeszcze nie.

W tej samej chwili Fritz wpadł do komory.

Konstanty podniósł z ziemi metalową rurę.

– Biegnij pan! – krzyknął.

Nie miałem wyboru.

Rzuciłem się w tunel, który wskazał. Amulet świecił jak latarnia. Za sobą słyszałem odgłosy walki. Krzyki. Uderzenia. A potem…

Strzał.

Tunel skręcał ostro w lewo. W prawo. W dół. W górę. W końcu zobaczyłem światło. Naturalne. Dziennie. Wybiegłem na zewnątrz, wpadając prosto w gęste krzaki nad brzegiem Potoku Oliwskiego.

Upadłem na kolana, dysząc ciężko.

Amulet w mojej dłoni przestał świecić.

Amulet traci moc. Robert Storm. Ostatnia ucieczka. Koniec pościgu.

Potok Oliwski szemrał cicho, jakby próbował zagłuszyć to, co działo się w mojej głowie. Leżałem w krzakach, dysząc ciężko, z amuletem w dłoni. Wciąż czułem na skórze jego ciepło, ale blask, który jeszcze przed chwilą rozświetlał tunel, zniknął. Kamień w środku przygasł, jakby stracił energię. Jakby zrobił swoje.

A może… jakby wiedział, że niebezpieczeństwo jeszcze nie minęło.

Podniosłem się powoli, rozglądając się dookoła. Byłem sam. Fritz i blondynka zostali w tunelach. Konstanty… nie wiedziałem. Bałem się myśleć, co mogło się stać. Ale jedno było pewne: musiałem wrócić do ośrodka, zanim Niemcy znajdą wyjście z podziemi.

Ruszyłem wzdłuż potoku, starając się trzymać w cieniu drzew. Słońce było już wysoko, ale woda i liście dawały chłód. Po kilkunastu minutach wyszedłem na ścieżkę prowadzącą do Jelitkowa. Ludzie mijali mnie, nie zwracając uwagi na mój brudny, podrapany wygląd. Wczasowicze mają swoje sprawy — plaża, lody, smażona ryba. Nikt nie spodziewa się, że obok nich przechodzi człowiek uciekający przed uzbrojonymi Niemcami.

Gdy dotarłem do ośrodka, recepcjonistka spojrzała na mnie zaskoczona.

– Panie Tomaszu, wszystko w porządku? Wygląda pan, jakby pan… – zawahała się – …biegał po lesie.

– Trochę tak – odpowiedziałem, starając się uśmiechnąć. – Proszę nikogo nie wpuszczać do mojego pokoju. Nikogo.

– Oczywiście.

Wszedłem po schodach, zamknąłem drzwi na klucz i usiadłem na łóżku. Wyjąłem amulet. Teraz wyglądał inaczej. Kamień był matowy, metal chłodny. Jak zwykły pierścień. Jakby cała jego moc wyciekła w tunelu.

„Kamień budzi się tylko w obecności zagrożenia” — pisał hrabia.

Czy to znaczyło, że zagrożenie minęło?

Nie. Jeszcze nie.

Nie minęło pół godziny, gdy usłyszałem hałas na zewnątrz. Krzyki. Bieganinę. Wyszedłem na balkon. Na deptaku stał mercedes. Ten sam. Fritz i blondynka rozmawiali z dwoma milicjantami. Fritz gestykulował, blondynka udawała niewinną turystkę. Ale milicjanci nie wyglądali na przekonanych.

Po chwili jeden z nich otworzył drzwi mercedesa. Z wnętrza wypadła torba. Rozsypały się z niej… naboje.

Niemcy pobledli.

– Oho – mruknąłem pod nosem.

Milicjanci natychmiast ich obezwładnili. Fritz próbował się wyrwać, ale dostał pałką w ramię. Blondynka zaczęła krzyczeć, ale szybko ją uciszono. Po chwili oboje zostali wepchnięci do nysy i odjechali w stronę komisariatu.

– To by było na tyle – powiedziałem do siebie.

Ale wiedziałem, że to nie koniec.

Bo Batura wciąż był na wolności.

Zszedłem na dół, żeby dowiedzieć się, co się stało. W recepcji stał młody mężczyzna, rozmawiający z milicjantem. Wysoki, szczupły, z ciemnymi włosami i spojrzeniem człowieka, który widzi więcej, niż mówi. Miał na sobie jasną koszulę, przewieszoną przez ramię torbę i… uśmiech, który od razu wzbudzał sympatię.

– A pan to kto? – zapytałem, podchodząc.

Mężczyzna odwrócił się do mnie.

– Robert Storm – powiedział, wyciągając rękę. – Z Warszawy. A pan?

– Tomasz NN.

– Aaa, to pan jest tym Tomaszem – powiedział, jakby już o mnie słyszał. – Szukałem pana.

– Mnie? – zdziwiłem się.

– Tak. Dostałem zlecenie na odnalezienie pamiętnika więźnia ze Stutthoff. Podobno ostatnio widziano go w okolicach Jasnej. A potem dowiedziałem się, że ktoś inny też tam grzebie. I że ten ktoś ma talent do pakowania się w kłopoty.

– To o mnie – przyznałem.

– Wiem – uśmiechnął się. – I dlatego przyszedłem pomóc.

– A skąd pan wiedział, że Niemcy mają broń?

– Nie wiedziałem – odparł. – Ale widziałem, jak blondynka coś chowa do torby. A potem widziałem, jak Fritz się denerwuje. A jak ktoś się denerwuje, to znaczy, że coś ukrywa. A jak coś ukrywa, to warto to sprawdzić.

– I pan to zgłosił?

– Oczywiście. Milicja była zachwycona, że może zatrzymać dwóch Niemców z bronią. Podobno jutro mają ich odstawić na granicę.

– To pan mnie uratował – powiedziałem szczerze.

– Nie pierwszy raz ratuję kogoś, kto szuka skarbów – odparł z uśmiechem. – I pewnie nie ostatni.

Usiedliśmy w kawiarni. Opowiedziałem mu wszystko: o Konstantym, o tunelu, o amulecie, o Baturze. Storm słuchał uważnie, nie przerywając ani razu.

– Amulet? – zapytał w końcu. – Mogę zobaczyć?

Wyjąłem go z kieszeni. Teraz wyglądał jak zwykły pierścień. Storm wziął go do ręki, obejrzał z każdej strony, przyłożył do światła.

– Ciekawy – powiedział. – Ale nie ma w nim nic nadprzyrodzonego. To zwykły metal. A kamień… hm… wygląda jak obsydian. Może z Mongolii. Ale żadnej magii tu nie widzę.

– W tunelu świecił – powiedziałem.

– Może fosforyzował – odparł. – Albo może pan był w szoku. W takich sytuacjach mózg płata figle.

– A hrabia? – zapytałem. – On wierzył, że amulet ma moc.

– Ludzie wierzą w różne rzeczy – powiedział Storm. – Ale jedno jest pewne: jeśli coś świeci, to nie znaczy, że musi być magiczne. A jeśli coś przestaje świecić, to znaczy, że było zwykłe od początku.

Oddał mi pierścień.

– Co pan z nim zrobi? – zapytał.

– Oddam do ministerstwa – odpowiedziałem. – Niech go zbadają.

– Mądrze – powiedział Storm. – A pamiętnik hrabiego?

– Też oddam.

– I bardzo dobrze. Bo wie pan… – pochylił się w moją stronę – …czasem największym skarbem nie jest to, co znajduje się w tunelu, tylko to, czego się dowiadujemy o ludziach.

– A Batura? – zapytałem.

Storm wzruszył ramionami.

– Zniknął. Wyszedł z Grand Hotelu tylnym wyjściem. Pewnie już wraca do Warszawy. Tacy jak on zawsze spadają na cztery łapy.

– Jeszcze się spotkamy – mruknąłem.

– Na pewno – uśmiechnął się Storm. – Świat poszukiwaczy skarbów jest mały.

Wieczorem poszedłem jeszcze raz nad morze. Słońce zachodziło, malując niebo na czerwono. Fale uderzały o brzeg, jakby chciały zmyć wszystkie ślady po dzisiejszych wydarzeniach.

Wyjąłem amulet — a raczej pierścień — i spojrzałem na niego po raz ostatni. Nie świecił. Nie pulsował. Był zwykłym, ciemnym krążkiem metalu. Ale wiedziałem, że dla hrabiego znaczył coś więcej. Może był symbolem. Może wspomnieniem. Może obsesją.

A może… ostrzeżeniem.

Włożyłem go do kieszeni.

Pojutrze miałem wracać do Warszawy. Z raportem. Z pamiętnikiem. Z pierścieniem. I z historią, która brzmiała tak nieprawdopodobnie, że sam nie wiedziałem, czy ktoś mi uwierzy.

Jedno było pewne: To nie była moja ostatnia przygoda.

Gdy odchodziłem z plaży, zobaczyłem Roberta Storma stojącego na molo, patrzącego w morze.

– Do zobaczenia, panie Tomaszu! – zawołał.

– Do zobaczenia, panie Storm! – odpowiedziałem.

Umówiliśmy się ze Stormem na następny dzień rano. Miał mi pomóc domknąć sprawy w Trójmieście.

Zniknięcie Storma. List z przyszłości. Pamiętnik więźnia. Nowa zagadka.

Morze było spokojne, jakby po wszystkich wydarzeniach ostatnich dni samo potrzebowało odpoczynku. Siedziałem na ławce przy wejściu na molo, patrząc na fale, które odbijały ostatnie promienie zachodzącego słońca. W kieszeni miałem pierścień — dawny amulet — który teraz wyglądał jak zwykły kawałek metalu. Bez blasku. Bez pulsowania. Bez tajemnicy.

A jednak… czułem, że nie wszystko zostało wyjaśnione.

Robert Storm miał się ze mną spotkać. Mieliśmy razem pojechać do pana Stanisława, żeby przekazać mu wieści o Konstantym. Mieliśmy też ustalić, co zrobić z pamiętnikiem hrabiego i z pierścieniem. Ale Storm się nie pojawił.

Minęła godzina.

Potem dwie.

W końcu wróciłem do ośrodka, przekonany, że może coś go zatrzymało. W recepcji panował spokój. Recepcjonistka uśmiechnęła się do mnie, jakby nic się nie stało.

– Był tu ktoś do pana – powiedziała. – Zostawił list.

Podała mi kopertę. Była gruba, ciężka, zapieczętowana woskiem. Na froncie widniało moje imię i nazwisko, zapisane eleganckim, starannym pismem.

Otworzyłem kopertę.

W środku był list. Długi. I coś jeszcze — mały, skórzany notesik, związany sznurkiem.

Pamiętnik więźnia ze Stutthoff.

Serce mi zamarło.

Usiadłem na fotelu w holu i zacząłem czytać.

„Panie Tomaszu,

jeśli pan to czyta, to znaczy, że nie zdążyłem się z panem spotkać. Proszę się nie martwić — nic mi nie jest. A przynajmniej nic, co można by nazwać zwykłym kłopotem.

Wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale… muszę wrócić tam, skąd przyszedłem.

Nie z Warszawy.

Z przyszłości.

Nie tej przyszłości, którą pan sobie wyobraża. Ja pochodzę z czasów, które dla pana są jeszcze bardziej nieprawdopodobne — z początku XXI wieku. Z czasów, w których pańskie przygody są już legendą, a nazwisko Tomasza NN znają wszyscy miłośnicy historii i zagadek.

Przybyłem tu, do Trójmiasta, bo dostałem zlecenie na odnalezienie pamiętnika więźnia ze Stutthoff. Wiedziałem, że muszę go znaleźć, zanim zrobi to ktoś inny. Wiedziałem też, że muszę spotkać pana.

Ale nie wiedziałem, że spotkam pana w takiej chwili.

Pamiętnik, który trzyma pan w rękach, jest ważniejszy, niż pan myśli. Nie chodzi tylko o historię. Chodzi o ludzi, którzy w przyszłości będą go potrzebować. O rodzinę tego więźnia, która nigdy nie poznała prawdy o jego losie.

Dlatego mam do pana prośbę.

Proszę zostawić pamiętnik w miejscu, które panu wskażę. W miejscu, które przetrwa stan wojenny, komunę, zmiany granic i zmiany pokoleń. W miejscu, które w moich czasach wciąż istnieje.

Proszę zostawić go tam, gdzie będzie mógł go odnaleźć mój zleceniodawca — człowiek, który dopiero się urodzi.

Wiem, że to brzmi jak fantazja. Ale proszę mi zaufać.

Co do amuletu — proszę się nim nie martwić. Jego moc nie była nadprzyrodzona. Była… inna. Związana z czasem. Z miejscem. Z ludźmi, którzy go dotykali. Teraz, gdy zrobił to, co miał zrobić, stał się zwykłym pierścieniem. Proszę go oddać do ministerstwa. Niech trafi tam, gdzie jego miejsce.

A ja… ja muszę wracać.

Nie mogę zostać w pańskich czasach. Zbyt wiele bym zmienił. Zbyt wiele bym zabrał. Zbyt wiele bym popsuł.

Proszę nie szukać mnie.

Proszę tylko zrobić to, o co proszę.

A jeśli kiedyś, w przyszłości, spotka pan młodego człowieka, który będzie wiedział o panu więcej, niż powinien… proszę mu zaufać.

Z wyrazami szacunku,

Robert Storm”

Zamknąłem list i przez chwilę siedziałem bez ruchu. Czułem, jakby ktoś wyrwał mnie z rzeczywistości i wrzucił do innej. Storm… z przyszłości? Z czasów, w których moje przygody są legendą? To brzmiało jak fantastyka. Jak bajka. Jak coś, co opowiada się dzieciom przed snem.

A jednak pamiętnik więźnia leżał przede mną.

A jednak Storm wiedział rzeczy, których nie mógł wiedzieć.

A jednak… czułem, że mówił prawdę.

Następnego dnia pojechałem na wskazane miejsce. Stary, kamienny mur przy kościele w Oliwie. W szczelinie między cegłami ukryłem pamiętnik, tak jak Storm prosił. Zamurowałem go zaprawą, którą kupiłem w sklepie budowlanym. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Ludzie mijali mnie, idąc na spacer do parku oliwskiego, karmiąc gołębie, rozmawiając o pogodzie.

A ja wiedziałem, że robię coś ważnego.

Coś, co przetrwa dziesięciolecia.

Tego samego dnia milicja poinformowała mnie, że Niemcy zostali odwiezieni na granicę. Broń skonfiskowano. Samochód zatrzymano. Blondynka płakała, Fritz milczał. Nie dowiedziałem się, kto ich przysłał. Nie dowiedziałem się, czego dokładnie szukali. Ale wiedziałem, że już nie wrócą.

A Batura?

Zniknął.

Jak zawsze.

Jak duch.

Jak cień, który pojawia się wtedy, gdy robi się niebezpiecznie, i znika, gdy zaczyna się robić gorąco.

Wiedziałem, że jeszcze się spotkamy.

Tacy ludzie jak Batura nie znikają na długo.

Wieczorem spakowałem walizkę. Jutro miałem wracać do Warszawy. Do ministerstwa. Do raportów, analiz, spotkań z Marczakiem. Do zwykłego życia.

A jednak… czułem, że to nie koniec.

Bo gdy wychodziłem z ośrodka, recepcjonistka podała mi jeszcze jedną kopertę.

Małą.

Bez adresu.

W środku był tylko jeden, krótki liścik:

„Panie Tomaszu,
to dopiero początek.
Wkrótce dostanie pan nowe zadanie.
Sprawa dotyczy pewnego obrazu.
I pewnego człowieka, który zniknął w 1944 roku.
Proszę być gotowym.
R.S.”

R.S.

Robert Storm.

Uśmiechnąłem się.

– No dobrze, panie Storm – powiedziałem cicho. – Zobaczymy, co pan dla mnie przygotował.

Ból głowy. Powrót do normalności? Woreczek w kasetce.

Obudziłem się później niż zwykle. Słońce stało już wysoko, a przez firankę wpadało ostre światło, które kłuło mnie w oczy. Głowa pulsowała tępym bólem, takim, który pojawia się po zbyt długim śnie albo po zbyt długiej przygodzie. Przez chwilę nie mogłem sobie przypomnieć, gdzie jestem. Pokój wyglądał zwyczajnie: łóżko, stolik, krzesło, walizka pod ścianą. Jakby nic się nie wydarzyło.

A jednak… coś było nie tak.

Usiadłem powoli, masując skronie. W głowie miałem mętlik. Ostatnie dni były jak sen – albo jak kilka snów naraz. Tunel pod Jasną. Niemcy. Konstanty. Batura. Storm. Amulet, który świecił, a potem zgasł. Wszystko to wydawało się teraz odległe, jakby wydarzyło się komuś innemu.

Wstałem, podszedłem do okna i otworzyłem je szeroko. Powietrze pachniało morzem i wakacjami. Na deptaku ludzie szli w stronę plaży, niosąc parawany, ręczniki i dzieci na barana. Zwykły letni dzień. Zwykłe życie.

A ja czułem się, jakbym wrócił z innego świata.

Zszedłem na dół, wypiłem herbatę, zjadłem bułkę z masłem i wróciłem do pokoju, żeby spakować rzeczy. Czekała mnie droga do Warszawy. Raport. Spotkanie z Marczakiem. Oddanie pierścienia i pamiętnika. Wszystko wracało na swoje miejsce.

Wszystko… prawie.

Gdy wsiadłem do wehikułu, poczułem znajomy zapach tapicerki i benzyny. Przekręciłem kluczyk, silnik zamruczał. Wszystko działało jak zawsze. Odruchowo sięgnąłem do kasetki po stronie pasażera, żeby schować tam notatnik.

I wtedy to zobaczyłem.

Mały, ciemny woreczek.

Ten sam, w którym był amulet.

Serce mi zamarło.

Przez chwilę siedziałem nieruchomo, jakbym bał się go dotknąć. W końcu otworzyłem kasetkę szerzej i wziąłem woreczek do ręki. Był ciężki. Zbyt ciężki, jak na coś, co miało być tylko wspomnieniem.

Rozwiązałem supeł.

W środku leżał amulet.

Nie świecił. Nie pulsował. Wyglądał jak zwykły pierścień z ciemnego metalu. Ale wiedziałem, że to nie jest zwykły przedmiot. Wiedziałem, że nie powinno go tu być. Wiedziałem, że schowałem go do walizki, gotowy do oddania ministerstwu.

A jednak… był tutaj.

Jakby sam znalazł drogę.

Albo jakby ktoś go tu włożył.

Tylko kto?

Storm?
Batura?
Konstanty…?

Nie. To było niemożliwe.

A jednak woreczek leżał przede mną, jak dowód na to, że historia jeszcze się nie skończyła.

Zawiązałem go z powrotem i schowałem do kieszeni marynarki. Nie mogłem go zostawić. Nie mogłem go oddać. Nie teraz. Coś mi mówiło, że jeszcze będzie potrzebny.

Przycisnąłem pedał gazu. Silnik zawarczał mocniej. Ruszyłem z parkingu, mijając wczasowiczów, którzy nie mieli pojęcia, że w mojej kieszeni leży coś, co mogło zmienić bieg historii.

Gdy wyjeżdżałem na główną drogę, spojrzałem w lusterko.

Przez ułamek sekundy wydawało mi się, że widzę sylwetkę mężczyzny stojącego na chodniku. Wysoki, szczupły, z ciemnymi włosami. Robert Storm.

Mrugnąłem.

Zniknął.

Może to tylko zmęczenie. Może gra świateł. A może… może Storm naprawdę wrócił tam, skąd przyszedł. Do swoich czasów. Do początku XXI wieku. Do świata, w którym moje przygody są już legendą.

Docisnąłem gaz.

Droga do Warszawy była długa, ale czułem, że nie jadę tam sam. W kieszeni miałem amulet. W głowie – list Storma. A w sercu… przeczucie.

Że to dopiero początek.

Że wkrótce znów ktoś zapuka do moich drzwi.

Że znów pojawi się zagadka, której nie będzie mógł rozwiązać nikt inny.

A może… że znów spotkam kogoś, kto zna przyszłość lepiej niż ja.

W końcu — jak wspomniał Storm — świat poszukiwaczy jest mały.

I zawsze prowadzi do kolejnej przygody.

Wiedziałem, że kiedyś się zobaczymy.

Bo tacy ludzie jak my — poszukiwacze, włóczykije, tropiciele tajemnic — zawsze trafiają na siebie znowu.

Zwłaszcza tam, gdzie historia wciąż ma coś do powiedzenia.

K     O     N     I     E     C

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *