Wesele 2 czyli Wyspiański jak krowie na rowie

Kiedy porównywano „Wesele” Wojtka Smarzowskiego z 2004 roku do „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego uważałem, że to zdecydowanie na wyrost. Jak to? Wielki dramat narodowy, gorzki rachunek wystawiony szlacheckiej Polsce, sumienie ówczesnych Polaków i ten jednowymiarowy filmik wyszydzający mentalność polskiej wsi? Być może Smarzowski czuł podobnie bo tym razem porwał się na rzecz znacznie większego kalibru. „Wesele 2” jest już w pełni parafrazą „Wesela” Wyspiańskiego.

Ale czy to wyszło? Artystycznie, moim zdaniem średnio. Mamy dwie równolegle rzeczywistości, współczesną i wojenną, mieszając je ze sobą, tworząc obrazy realne i surrealistyczne reżyser buduje czytelną paralelę między nimi. Czytelną do bólu. Objaśnia ją widzom jak krowie na rowie i to właśnie nie bardzo mi się podoba.

Smarzowski chce nam powiedzieć, że stare narodowe grzechy są w nas wciąż żywe, występują tylko w nowych kostiumach ponieważ mentalność portretowanych Polaków wcale się nie zmieniła. Pokazuje, że mord w Jedwabnem, który jest kanwą tego filmu, mógł się wydarzyć bo był owocem spirali nienawiści, która miała początek w przedwojennych animozjach między Polakami i Żydami. Ta spirala zaczęła się nakręcać po zajęciu terenów wschodniej Polski przez Sowietów, których żydowscy sąsiedzi witali często z otwartymi ramionami zyskując przy tym okazję żeby odegrać się na Polakach. Po wybuchu wojny niemiecko – sowieckiej, karta się odwróciła. Teraz Polacy mogli się zemścić i za przyzwoleniem Niemców oraz przy ich pomocy skwapliwie z tego skorzystali. To wszystko jest w tym filmie.

Co więcej, Smarzowski zauważa, że dziś podobna spirala nienawiści znowu się rozkręca. Dzisiaj w roli Żydów obsadza osoby homoseksualne i nie wiedzieć czemu Ukraińców zamiast uchodźców z krajów arabskich. Ja widziałbym to jeszcze inaczej. Nienawiść, która wylewa się codziennie z mediów społecznościowych ma swoje źródło w politycznych podziałach, które są już tak głębokie jak nigdy wcześniej. Przekroczono granicę odczłowieczenia politycznego przeciwnika, a nieczłowieka znacznie łatwiej spalić w stodole w metaforycznym Jedwabnem.

Problem w tym, że snując tę opowieść Smarzowski używa tak tandetnych środków i prostackich zabiegów, że aż trudno mi uwierzyć, że zwraca się do ludzi inteligentnych. Niejako bez sensu, bo wobec ludzi na pewnym poziomie intelektualnym nie trzeba przemawiać tak łopatologicznie, a pozostali i tak filmu nie obejrzą albo dostrzegą w nim wyłącznie szkalowanie Polski, Chrystusa narodów.

Przykłady? Ksiądz podżegający z ambony do rozliczenia z Żydami w 1939 roku zestawiony jest wprost ze współczesnym kazaniem, w którym dobrodziej wskazuje na zarazę spod tęczowego znaku. Taka sama przebitka palącej się stodoły w Jedwabnem, w której giną Żydzi i palonych baraków, w których mieszkają ukraińscy robotnicy. Inny trywialny zabieg to sztuczne wypowiedzi wprost do kamery uczestników wesela, w których nawet małe dzieci deklamują jakieś upiorne wierszyki o Żydach. Denerwujące jest to przedawkowanie antysemickich zachowań we współczesnym wątku. Żydzi to naprawdę nie jest już problem, o którym dyskutuje się przy każdej okazji, robi aluzje i wplata antysemickie dowcipy.

I choć reżyser próbuje niuansować obraz kreowanej historii – jest zakazana miłość młodego Antoniego Wilka i żydowskiej dziewczyny, która przetrwała wszystko, podłości, pogromy i holocaust, jest rabin mówiący o dwóch stodołach, gdzie w jednej Żydów palono a w drugiej przechowywano, jest sprawiedliwy wśród narodów świata – to jednak po seansie pozostaje wrażenie że Żydów jednak głównie palono a nie ratowano. I jest to wrażenie znacznie mocniejsze niż pozostawiły po sobie „Pokłosie” czy „Ida”. Swoją drogą sporo tego biczowania się Jedwabnem w kinie ostatnich lat.  Nie jestem znawcą niemieckiej kinematografii ale nie wydaje mi się żeby Niemcy w równym stopniu katowali się holocaustem. A nie ma się co czarować, efektem ubocznym takiej terapii będzie utrwalenie w świecie obrazu Polaków antysemitów jeśli ktoś tam ten film obejrzy.

Żeby nawiązanie do „Wesela” Wyspiańskiego było pełne w końcowych sekwencjach filmu pojawiają się postacie/zjawy Dmowskiego, Piłsudskiego i Norwida wygłaszające swoje „programowe” sentencje.

Ale nie wszystko w tym filmie zrozumiałem. Zupełnie nie wiem po co reżyserowi jest wątek z szantażystą? Wydaje się, że film doskonale mógłby się bez niego obejść. Musi chyba pełnić jednak jakąś ważną rolę, skoro okraszono go słynną już, rzeczywiście mocną, sceną ze świnią. Epatowanie dla epatowania?

Podsumowując, film mnie specjalnie nie zachwycił, choć aktorsko jest to bardzo solidna robota, na równym wysokim poziomie, zarówno w wykonaniu starych wyg jak i debiutantów, nie widzę potrzeby żeby kogoś specjalnie wyróżniać. Jedno jest pewne, nowy film Smarzowskiego bez ogródek zabiera się za narodowe traumy i potężnym klinem wbija między podziały polityczne, historyczne i kulturowe. I bez wątpienia tych podziałów nie zmniejszy. Obie strony barykady zyskają jedynie więcej argumentów żeby się jeszcze bardziej nienawidzić.

O film możemy pospierać się na naszym FORUM.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.