3 x 1920 czyli trzy niezrealizowane filmy o wojnie polsko-bolszewickiej

W kinematografii Polski Ludowej sporo jest białych plam i czarnych dziur. Istniały tematy, o których nie można było nawet wspominać i takie, które należało ukazywać we właściwym (często fałszywym) świetle. Czasem udało się coś przemycić, czasem zakamuflować, jednak nic ponadto. Nic więc dziwnego, że po upadku komunizmu oczekiwano wysypu filmów poruszających wątki dotąd zakazane. Tak się jednak nie stało. Czy przyczyną były zmiany w modelu produkcji? Podejście twórców? Czy też widownia nie miała ochoty na polskie obrazy historyczno-rozrachunkowe, kiedy W KOŃCU dostała nieograniczony dostęp do produktów made in Hollywood? Trudno powiedzieć. Warto jednak zauważyć, że brak filmów już-nie-zakazanych na ekranach kin nie znaczy, że nikt na takie filmy nie miał pomysłu.

Do tematów, których nie należało poruszać w okresie PRL, należała wojna polsko-bolszewicka 1920 r. oraz jej najsłynniejszy punkt – bitwa warszawska. Film o tych wydarzeniach zrealizował w 2011 roku Jerzy Hoffman, jednak „1920 Bitwa Warszawska” nie znalazła uznania w oczach widzów i krytyków. Wygórowanych oczekiwań nie zaspokoił też serial „Marszałek Piłsudski” w reżyserii Andrzeja Trzosa-Rastawieckiego. Być może większy sukces odniósłby jeden z kilku wcześniejszych projektów, które nigdy nie trafiły do realizacji?

„Nasz człowiek w Rostowie czyli Bednarski kontra Czeka”

„Na kłopoty… Bednarski” – jak się okazuje także na te najpoważniejsze, takie jak inwazja bolszewików…

Postać detektywa działającego w Wolnym Mieście Gdańsk pojawiła się po raz pierwszy w 1983 roku, kiedy Paweł Pitera nakręcił film telewizyjny „Szkatułka z Hongkongu”. Wprawdzie bohater nosił wówczas nazwisko Piekarski, ale i tak można w nim łatwo rozpoznać Bednarskiego (imię nieznane), który w kilka lat później podbił serca polskich widzów. Siedmioodcinkowy serial „Na kłopoty… Bednarski” był mieszaniną gatunków i stylów: opowieść detektywistyczna, ale z silnym zabarwieniem politycznym, kino akcji połączone z komedią, no i ta piosenka!

Nic więc dziwnego, że twórcy nie zamierzali tak łatwo z Bednarskiego rezygnować. Ale cóż począć, skoro ostatni odcinek zakończył się wybuchem II wojny światowej, co uniemożliwiało kontynuowanie serialu w dotychczasowym kształcie? Oczywiście cofnąć się w przeszłość! A konkretnie do roku 1920, tak by opowiedzieć o początkach kariery detektywa i jednocześnie zyskać okazję do ukazania jego losów w burzliwych latach 20. A że zbliżała się właśnie 70. rocznica bitwy warszawskiej postanowiono to wykorzystać. 12 kwietnia 1990 roku Paweł Pitera i Stefan Friedmann złożyli w Studiu Filmowym OKO nowelę zatytułowaną „Nasz człowiek w Rostowie czyli Bednarski kontra Czeka”.

Warszawa, lato 1920 roku. Młody gdańszczanin Bednarski traci pracę jako żywa reklama firmy „OSRAM” i zatrudnia się w policji. Jego kariera trwa zaledwie jeden dzień – zostaje wyrzucony ze służby za wypuszczenie znajomego złodzieja. Z polecenia swego byłego już szefa trafia jako służący do domu pułkownika Skalskiego, jednego z szefów wywiadu. Nieoczekiwanie Skalski zleca mu nadzwyczaj istotną misję – odzyskanie supernowoczesnej radiostacji, którą wycofujący się „biali” ukryli w opanowanym przez bolszewików Rostowie. Bednarski podejmuje się tego zadania, nie wiedząc, że ma być tylko przynętą, ułatwiającą prawdziwemu agentowi wykonanie misji. Bohater wyrusza na tereny zajęte przez Armię Czerwoną w towarzystwie doktora Reutta, który zna miejsce ukrycia radiostacji, jednak w rzeczywistości pragnie przede wszystkim odnaleźć ukrywającą się w Rostowie córkę.  Podróż dwóch szpiegów-amatorów obfituje w absurdalne i niebezpieczne przygody. Mężczyźni udają kalekich pielgrzymów, współpracują z przestępczym półświatkiem, stają przed plutonem egzekucyjnym, dołączają do zespołu ludowego „Czeremucha”… Wychodzą cało z kolejnych opresji dzięki pomysłowości i szczęściu. Na ich drodze staje niejaki Burow, najlepszy agent Czeka, który pił herbatę z samym Feliksem Dzierżyńskim. Siedemnaście filiżanek.

Oczywiście misja – a raczej misje – Bednarskiego i Reutta kończą się sukcesem. Profesor odnajduje córkę, a cudowna radiostacja okazuje się kluczem do wygrania bitwy warszawskiej.

Nowelę Pitery i Friedmanna cechuje iście szalone tempo akcji. Bohaterowie dosłownie wpadają z jednych tarapatów w następne. Fabuła jest niemal absurdalna, celowo pozbawiona realizmu i pretensji do miana filmu historycznego. Co najważniejsze – „Nasz człowiek w Rostowie” to przede wszystkim komedia, i to komedia określonego rodzaju. Oparta na prostym humorze sytuacyjnym, z założenia niezbyt ambitna, za to zwariowana i efektowna. Głównymi elementami akcji są przebieranki, pomyłki, pechowe lub szczęśliwe przypadki, pościgi i ucieczki. Twórcy świadomie posługują się znanymi schematami gatunkowymi i dowcipami, za które Kain zabił Abla. Konstruują umowną rzeczywistość, w której rządzi konwencja przygody i rozrywki, a widz gotów jest zaakceptować nawet najbardziej nieprawdopodobne rozwiązania.

Sama nowela nie prezentuje się zbyt obiecująco. Duża część zaprezentowanych w niej pomysłów to tzw. suchary, a wojna wydaje się tylko pretekstem do ukazania przygód bohaterów. Jednak jeśli spróbujemy wyobrazić sobie ten materiał jako film, to na myśl przychodzi „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”. W przypadku projektu „Nasz człowiek w Rostowie” wszystko zależało bowiem od sposobu, w jaki te wszystkie „odgrzewane kotlety” zostałyby pokazane na ekranie. Nie tylko „co”, ale i „jak”.

Co jest największą słabością noweli? Wbrew pozorom żaden z wymienionych już elementów. Problemem jest za to postać głównego bohatera, którego niemal nic nie łączy z serialowym Bednarskim. Można wręcz odnieść wrażenie, że uczynienie z niego młodszej wersji gdańskiego detektywa było jedynie zabiegiem marketingowym. „Nasz człowiek w Rostowie” mógłby nazywać się Jan Kowalski i kompletnie nic by to nie zmieniło. Zwłaszcza, że z przyczyn nazwijmy to obiektywnych i tak nie mógłby zagrać go Stefan Friedmann…

„Nagan”

Kompletnie inaczej do tematu wojny polsko-bolszewickiej podszedł Maciej Karpiński, scenarzysta lub współscenarzysta takich filmów jak „Kobieta samotna”, „Różyczka”, „Najlepszy” czy „Cud purymowy” (cykl „Święta polskie”). Na początku lat 90. doświadczony twórca sięgnął na górną półkę: po niemal zapomnianą, przez lata zakazaną powieść „Nagan” pióra Stanisława Rembeka.

Rembek brał udział  w wojnie polsko-bolszewickiej jako kanonier  10.  Kaniowskiego  Pułku  Artylerii  Polowej. Swoje doświadczenia z tego okresu przelał na papier. W okresie dwudziestolecia międzywojennego wydał dwie głośnie powieści: „Nagan” (1928) i „W polu” (1937). Utwory te przyniosły mu uznanie części krytyków, którzy określili „W polu” jako arcydzieło prozy batalistycznej. Przeciwnicy zarzucali pisarzowi postawę probolszewicką („Nagan” ukazywał się pierwotnie w piśmie „Robotnik”) oraz szarganie narodowych świętości. Cóż, ukazany przez Rembeka obraz wojny i wojska polskiego raczej nie pasował do hurrapatriotycznej propagandy tego okresu…

Po przejęciu władzy przez komunistów Rembek znalazł się na indeksie. Przez 40 lat w Polsce Ludowej udało mu się opublikować zaledwie dwie książki. W 1947 r. nakładem prywatnej oficyny Eugeniusza Kuthana ukazał się „Wyrok na Franciszka Kłosa” – ponura historia kolaborującego z Niemcami granatowego policjanta. Na fali popaździernikowej odwilży wydano z kolei „Balladę  o  wzgardliwym  wisielcu  oraz  dwie  gawędy  styczniowe”, zbiór opowiadań, których akcja rozgrywała się w okresie powstania styczniowego. Parokrotnie wydawało się, że zła karta się odwróci. W 1958 roku powieść „W polu” została opublikowana w  paryskim  Instytucie  Literackim  Jerzego  Giedroycia. W 1963 ekranizację „Wyroku…” planował Stanisław Lenartowicz (z Bogumiłem Kobielą (!) w roli głównej). W 1977 opowiadaniami „styczniowymi” zainteresował się Juliusz Machulski… Niestety na planach się kończyło. Dopiero w latach 90. książki Rembeka wróciły na półki i znalazły się w polu zainteresowania filmowców. Niektóre przeniesiono na ekran, inne pozostały niezrealizowane. Do tej drugiej kategorii zalicza się „Nagan” i projekt Macieja Karpińskiego.

UWAGA! Poniższy tekst zawiera streszczenie scenariusza, a więc i powieści Rembeka. Jeśli ktoś zamierza przeczytać „Nagan” i nie toleruje spoilerów – proszę o opuszczenie tych fragmentów.

Zima 1919-1920, linia frontu gdzieś nad Berezyną. Porucznik Konrad Pomianowski, doświadczony, choć wciąż jeszcze młody żołnierz, ma poczucie bezsensu życia, co doprowadza go do myśli samobójczych (dziś pewnie powiedzieliśmy, że cierpi na przewlekłą depresję). Nieoczekiwanie w okolicy zjawia się jego dawna ukochana – Maryśka, teraz żona innego oficera i sanitariuszka. Okazuje się, że ich rozstanie nastąpiło w wyniku intrygi obecnego męża kobiety.

Wkrótce dochodzi do ataku bolszewików. Broniąca przyczółku szósta kompania zostaje odcięta. Początkowo żołnierze liczą na odsiecz, nie wiedząc, że na skutek dezinformacji dowództwo jest przekonane, że cały teren znalazł w rękach wroga. Kiedy sytuacja staje się krytyczna Konrad wydaje rozkaz odwrotu. Bohaterowie podejmują straceńczą próbę przedarcia się do swoich. Do celu dociera zaledwie garstka. Wyczerpany Konrad dowiaduje się, że w międzyczasie Maryśka została zamordowana przez próbującego ją zgwałcić polskiego żołnierza…

Scenariusz Karpińskiego można podzielić na dwie części. Pierwsza, dość przeciętna, opiera się na wątku melodramatycznym i to w bardzo sztampowym wydaniu: On kocha ją, Ona kocha jego, On jedzie na front, zły kolega przejmuje listy, które zakochani do siebie piszą, Ona – przekonana, że On jej nie kocha – wychodzi za złego kolegę… Część druga, ukazująca stopniową zagładę szóstej kompanii, jest o wiele lepsza. Ma w sobie emocje, siłę i autentyzm, której brakuje początkowym fragmentom.

Na wojnie widzianej oczami Rembeka nie ma miejsca na romantyzm, kodeks honorowy, ideały i patos. Jest za to brud, strach i śmierć. Bezwzględność staje się czymś pospolitym, normalnym. Polacy pod względem postępowania nie różnią się szczególnie od bolszewików. Bohaterowie porzucają swoich rannych kolegów, a sowieccy jeńcy giną podczas przesłuchania lub „próby ucieczki”. W obliczu zagrożenia życia przetrwanie staje się celem, który uświęca środki. Przy czym u Rembeka  odrzucenie wartości humanitarnych nie równa się bestialstwu. Prowadzi raczej do czegoś w rodzaju socjopatii – zachowań, które są nieludzkie przez swój pragmatyzm, niezależne od wszelkich etosów, przykazań, norm społecznych czy nakazów sumienia.

Przykład? Jeden z bohaterów wariuje i w ataku paniki rozmontowuje karabin maszynowy, wyrzucając zamek na otwarty teren, znajdujący się pod ciągłym obstrzałem bolszewików. Konrad wyciąga rewolwer i zmusza najbliższego  żołnierza, by przyniósł brakującą część. To logiczna decyzja. Zamek trzeba odzyskać. Dowódca nie powinien się narażać. Na szukanie ochotników nie ma czasu. Dlaczego więc ten epizod zaskakuje? Właśnie dlatego, że w dziewięciu książkach/filmach na dziesięć samobójczego zadania podjąłby się sam Pomianowski. Albo wysłał ochotnika, wybranego z całej grupy gotowych do poświęceń podkomendnych.

Jak prezentowałby się „Nagan” na ekranie? Możemy tylko zgadywać i przypuszczać, opierając się na istniejących ekranizacjach prozy Stanisława Rembeka. Z jednej strony mamy więc telewizyjny „Wyrok na Franciszka Kłosa” Andrzeja Wajdy, a z drugiej – kinowy „Szwadron” Juliusza Machulskiego, będący adaptacją opowiadań „Przekazana sztafeta” oraz „Igła wojewody”. Paradoksalnie to właśnie ten ostatni obraz mógł przekreślić szanse na sfilmowanie „Nagana”. Dzieło Machulskiego powstało w tym samym okresie, co scenariusz Macieja Karpińskiego. Może gdyby „Szwadron” odniósł większy sukces producenci zdecydowaliby się pójść za ciosem?

„Skrzydła wolności”

W 2005 r. Michał Orzechowski napisał scenariusz „Skrzydła wolności”, który zgłosił do polskiej edycji konkursu Hartley-Merrill. Autor zdecydował się na temat niezwykle ciekawy, ale też ryzykowny: film historyczny, ukazujący dzieje amerykańskich ochotników walczących w szeregach wojska polskiego przeciwko bolszewikom. Jako podstawę scenariusza wykorzystał autentyczne losy żołnierzy 7 Eskadry Myśliwskiej im. Tadeusza Kościuszki, w której służyło 21 obywateli Stanów Zjednoczonych.

Głównym bohaterem filmu miał być Merian C. Cooper, amerykański pilot, którego barwny życiorys mógłby stać się podstawą nie jednego, a kilku scenariuszy. Człowiek ten znany jest nie tylko jako jeden z współtwórców Eskadry Kościuszkowskiej, ale również jako producent filmowy, któremu zawdzięczamy ikoniczny obraz „King Kong” (1933) i kilka westernów Johna Forda. Cooper był ponadto biologicznym ojcem Macieja Słomczyńskiego, polskiego pisarza i tłumacza, który największą popularność zdobył pod pseudonimem Joe Alex.

Rok 1919, Francja. W jednej z paryskich kawiarni spotykają się dwaj zdemobilizowani amerykańscy piloci: Merian Caldwell Cooper i Cedric Fauntleroy.  Cooper przedstawia koledze swój plan: zamierza wyjechać do Polski, by walczyć przeciwko Rosjanom. W ten sposób pragnie spłacić dług, jaki Amerykanie mają wobec Polaków, którzy walczyli po ich stronie w czasie wojny o niepodległość. Wtedy to generał Kazimierz Pułaski uratował życie prapradziadkowi Coopera. Fauntleroy angażuje się w to przedsięwzięcie. Wspólnie werbują kilku kolegów i wyruszają na wschód. Po początkowych trudnościach stają się częścią polskiej armii i uczestniczą w działaniach wojennych, dokonując wielu bohaterskich czynów. Nawiązują też przyjaźnie i… romanse. Podczas jednej z akcji Cooper trafia do bolszewickiej niewoli. Skazany na pobyt w obozie pracy ucieka i wraca do „swoich”.

Na pierwszym planie pojawiali się także Cedric Fauntleroy oraz  Ludomił Rayski, na drugim – liczne postacie historyczne. Co ciekawe, Orzechowski postanowił podrasować biografię Coopera, nie tylko przypisując mu dokonania jego kolegów, ale i dodatkowo je ubarwiając. Przykładowo zgodnie z przekazem historycznym Fauntleroy „podczas jednego z lotów rozpoznawczych 31 maja dostrzegł Rosjan minujących tory kolejowe na drodze polskiego pociągu pancernego. Za pomocą akrobacji lotniczych wykonywanych bezpośrednio przed lokomotywą zatrzymał skład i poinformował o zasadzce.”[1] W scenariuszu bolszewików szykujących zasadzkę zauważa Cooper. Zatrzymuje zbliżający się polski pociąg, którym – jak się okazuje – podróżuje sam Piłsudski. Następnie wraz z ostrzeżonymi żołnierzami atakuje Rosjan, ostrzeliwując ich z powietrza.

Samolot Meriana C. Coopera w wersji dla modelarzy 😉
https://squadronshop.files.wordpress.com/2013/09/albatros_box.jpg

Tym, co przede wszystkim rzuca się w oczy podczas lektury „Skrzydeł wolności”, jest ogromny rozmach, potrzebny do realizacji tego projektu. Scenariusz zakłada nakręcenie wysokobudżetowego widowiska w iście hollywoodzkim stylu – sceny batalistyczne, kostiumy, dekoracje, sekwencje walk powietrznych… Nawet dzisiaj polska kinematografia prawdopodobnie nie mogłaby pozwolić sobie na tak kosztowne przedsięwzięcie. Michał Orzechowski musiał zdawać sobie z tego sprawę. Na pierwszej stronie materiału zamieścił informację: „ZE WZGLĘDU NA PORUSZANĄ TEMATYKĘ SCENARIUSZ TEN PIERWOTNIE PLANOWANY BYŁ W JĘZYKU ANGIELSKIM”. Można przypuszczać, że autor początkowo myślał o nakręceniu filmu w USA lub jako koprodukcji polsko-amerykańskiej.

„Skrzydła wolności” nie stronią też do chwytów rodem z hollywoodzkich superprodukcji. Los styka bohaterów z kilkoma bardzo znaczącymi postaciami historycznymi. Amerykańscy piloci podróżują do Polski wraz z Charlesem de Gaullem, a następnie poznają Piłsudskiego i Witosa. Schwytany przez bolszewików Cooper jest przesłuchiwany (bardzo grzecznie!) przez samego Feliksa Dzierżyńskiego, który proponuje mu współpracę. Nie brak też scen pełnych patosu i podniosłych wypowiedzi, jednak są one złagodzone nutką humoru. Uczynienie głównymi bohaterami obywateli USA ma też dodatkową zaletę: uprawdopodobnia prezentowanie różnych kwestii historycznych i społecznych. W innym kontekście takie wtręty miałyby nieznośnie dydaktyczny wydźwięk. Tutaj są uzasadnione ignorancją obcokrajowców, którym pewne sprawy trzeba wytłumaczyć jak przysłowiowej „krowie na miedzy”.

…………………………………………………………………………………..

Trzy niezrealizowane filmy: komedia, dramat i superprodukcja. Trzy bardzo różne projekty, które dzieli piętnaście lat. Każdy miał swoje wady i zalety, jednak każdy miał też potencjał, który nie został wykorzystany. Czy któraś z tych produkcji miała szansę odnieść sukces, komercyjny lub artystyczny? Czy którąś z nich chcielibyście zobaczyć na ekranie?

Swoje zdanie na ten temat można wyrazić tutaj: https://znienacka.com.pl/index.php/forum/film/o-filmach-ktorych-nie-ma/paged/3/#post-2822

[1] https://pl.wikipedia.org/wiki/7_Eskadra_My%C5%9Bliwska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *